Ultima Thule

Forum fanów Armii i 2TM2,3
Dzisiaj jest pn, 24 lipca 2017 01:49:08

Strefa czasowa UTC+1godz.




Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 65 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3, 4, 5  Następna
Autor Wiadomość
PostWysłany: wt, 23 maja 2006 07:19:57 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pt, 24 grudnia 2004 14:34:22
Posty: 12367
Skąd: Poznań
Ok. Poezję już mamy. Ale są jeszcze kawałki prozy, które zapadły nam w pamięć - bawią, irytują lub wzruszają - w każdym razie siedzą w głowie...
Nie ma sensu oczywiście wklejać całych rozdziałów, tylko... zresztą sami wiecie co i jak. :-)

Ode mnie - i smieszno i straszno - czyli Dwayne Hoover tłumaczy sobie (i innym) skąd wziął się na tym świecie... "Śniadanie mistrzów" Kurt Vonnegut.

"Pokazano nam wszystkie urządzenia doświadczalne - mówił Hoover. Powiedział, że najwększe wrażenie zrobił na nim ciąg laboratoriów i stanowisk doświadczalnych pod gołym niebem, gdzie niszczono różne części samochodów, a nawet całe samochody. Naukowcy od Pontiaka podpalali tapicerkę, cskali żwirem w szyby, łamali wały korbowe i napędowe, inscenizowali czołowe zderzenia, wyrywali dźwignie zmiany biegów z korzeniami, puszczali silniki na wysokich obrotach prawie bez smarowania, otwierali i zamykali schowek na rękawiczki sto razy na minutę całymi dniami, ochładzali tablicę rozdzielczą prawie do zera absolutnego i tak dalej.
-Robili z samochodami wszystko, czego nie należy z samochodami robić- mówił Hoover do Francine - Nigdy nie zapomnę napisu na drzwiach budynku, w którym odbywały się te wszystkie tortury.
Oto napis, o którym mówił:

PRÓBY NISZCZĄCE

-Zobaczyłem ten napis - powiedział Hoover - i nie mogłem powstrzymać się od myśli, że być może po to właśnie Bóg umieścił mnie na Ziemi: chciał się przekonać, ile człowiek może wytrzymać, zanim się rozsypie."


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: śr, 24 maja 2006 07:08:24 
Bruno Schulz „Nawiedzenie”:

Mieszkaliśmy w rynku, w jednym z tych ciemnych domów o pustych i ślepych fasadach, które tak trudno od siebie odróżnić.
Daje to powód do ciągłych omyłek. Gdyż, wszedłszy raz w niewłaściwą sień i na niewłaściwe schody, dostawało się zazwyczaj w prawdziwy labirynt obcych mieszkań, ganków, niespodzianych wyjść na obce podwórza i zapominało się o początkowym celu wyprawy, ażeby po wielu dniach, wracając z manowców dziwnych i splątanych przygód, o jakimś szarym świcie przypomnieć sobie wśród wyrzutów sumienia dom rodzinny.


Samuel Beckett „Watt”:

Jedynym bowiem sposobem mówienia o niczym jest mówić o nim tak, jakby było czymś, tak samo jak jedynym sposobem mówienia o Bogu jest mówić o nim tak, jakby był człowiekiem, czym z pewnością był, na swoją modłę, przez jakiś czas, i tak jak jedynym sposobem mówienia o człowieku, a zdali sobie z tego sprawę nawet nasi antropologowie, jest mówić o nim tak, jakby był termitem.


Na górę
 
 Tytuł:
PostWysłany: wt, 23 stycznia 2007 23:06:12 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
czw, 03 lutego 2005 20:54:20
Posty: 6178
Ryszard Kapuściński - jeden z moich ulubionych pisarzy...

Wiem, że miało nie być całych rozdziałów, ale... specyfika reporterskiego pisania Kapuścińskiego sprawia, że trudno mi było wybrać krótki fragment, a coś wkleić chciałam i stwierdziłam, że to będzie najlepszy ku temu wątek. Zawsze można nie czytać ;-).

"Heban", rozdział 17.
Czarne kryształy nocy

W Afryce kierowcy unikają podróży nocą - ciemność ich niepokoi. Boją się jej tak bardzo, że często odmawiają jazdy po zachodzie słońca. Obserwowałem ich, kiedy mimo wszystko musieli nocą jechać. Zamiast patrzeć przed siebie, zaczynają się nerwowo rozglądać na boki. Ich twarze mają rysy napięte i wyostrzone. Na skroniach pojawiają się krople potu. (...)

- Kuna nini? - pytam (w swahili: czy stało się coś złego?). Nigdy nie odpowiadają, tylko pędzą dalej w tumanach kurzu, w łoskocie żelastwa.

- Hatari? - pytam po jakimś czasie (jakieś niebezpieczeństwo?). Dalej milczą, nie zwracają uwagi.

Czegoś boją się, zmagają z jakimś demonem, którego nie widzę i nie znam. Dla mnie ta ciemność ma cechy określone i proste: jest mroczna, prawie czarna, upalna, bezwietrzna i - jeżeli staniemy i Sebuya wyłączy silnik - pełna ciszy. Ale jestem przekonany, że zdaniem Sebui na temat ciemności nie wiem właściwie nic. Nie wiem mianowicie, że dzień i noc to są dwie różne rzeczywistości, dwa światy. W dzień człowiek może jakoś radzić sobie z otoczeniem, może istnieć i trwać, nawet żyć spokojnie, natomiast noc czyni go bezbronnym, wystawia na pastwę wrogów, kryje w ciemnościach siły, które czyhają na jego życie. Dlatego lęk, który w ciągu dnia drzemie w sercu człowieka skryty i przytłumiony, w nocy przemienia się w gwałtowny strach, w prześladującą go, napastującą zmorę. Jakże ważne jest, żeby być wówczas w gromadzie! Obecność innych przynosi nam ulgę, uspokaja nerwy, zmniejsza napięcie.

***

(...)
Tacy ludzie jak Amba i ich pobratymcy głęboko wierzą, że światem rządzą siły nadnaturalne. Są to siły konkretne, duchy, które mają imiona, czary, które można określić. To one nadają bieg i sens zdarzeniom, rozstrzygają o naszym losie, decydują o wszystkim. Dlatego w tym, co się dzieje, nic nie jest przypadkowe, przypadek po prostu nie istnieje. Weźmy taki przykład. Sebuya jedzie samochodem, ma wypadek i ginie. Dlaczego właśnie Sebuya miał wypadek? Przecież tego dnia na całym świecie jechały miliony samochodów, które bezpiecznie dotarły do celu, a akurat Sebuya miał wypadek i zginął. Biali ludzie będą szukać różnych przyczyn. Na przykład - że zepsuły mu się hamulce. Ale takie myślenie do niczego nie prowadzi, nic nie objaśnia. Bo dlaczego właśnie Sebui zepsuły się hamulce? Przecież tego samego dnia na całym świecie jechały miliony samochodów, które miały dobre hamulce, a właśnie Sebuya - złe. Dlaczego? Biali ludzie, których myślenie jest przecież szczytem naiwności, powiedzą, że Sebui zepsuły się hamulce, bo za wczasu nie pomyślał, aby je sprawdzić i naprawić. Ale dlaczego właśnie Sebuya miał pomyśleć? Przecież tego samego dnia, miliony itd., itd.

Widzimy więc, że sposób rozumowania białego człowieka nic nie daje. Gorzej! Biały człowiek, ustaliwszy, że przyczyną wypadku i śmierci Sebuyi były złe hamulce, sporządza o tym protokół i zamyka sprawę. Zamyka! Kiedy ona w tym momencie powinna się właśnie zacząć! Bo Sebuya zginął, gdyż ktoś na niego rzucił czary. To jest proste i oczywiste. Nie wiemy natomiast, kto był tym sprawcą, i to właśnie musimy teraz ustalić.

Najogólniej - zrobił to czarownik. Czarownik to zły człowiek, zawsze działający w złej intencji. Istnieją dwa rodzaje czarowników (ale język polski tego nie rozróżnia). Pierwszy jest groźniejszy, bo to diabeł w ludzkiej skórze. Anglicy nazywają go - witch. Witch to groźna postać. Ani wygląd, ani zachowanie nie zdradzają jego szatańskiej natury. Nie nosi specjalnych strojów ani nie ma czarnoksięskich instrumentów. Nie warzy mikstur, nie preparuje trucizn, nie wpada w trans i nie czyni zaklęć. Ten rodzaj czarownika działa siłą mocy psychicznej, z którą się rodzi. Jest ona cechą jego osobowości. To, że czyni źle i przynosi nieszczęścia, nie wynika z jego upodobań. Nie sprawia mu to przyjemności. On po prostu taki jest.
(...)
Drugi typ czarownika to odmiana bardziej łagodna, słabsza, mniej demoniczna. O ile witch urodził się już jako zło upostaciowane, jako diabeł wcielony, to sorcerer (bo tak nazywa się po angielsku ów słabszy typ) jest czarownikiem profesjonalistą, dla którego rzucanie czarów jest zawodem wyuczonym, rzemiosłem i źródłem utrzymania.

(...)

Jeżeli Sebuya zginął w wypadku, to dla jego rodziny najważniejsze będzie teraz ustalić nie to, czy hamulce były dobre, bo nie ma to przecież żadnego znaczenia, tylko czy czary, które spowodowały tę śmierć, rzucił czarownik-diabeł (witch), czy zwyczajny czarownik-rzemieślnik (sorcerer). Jest to zasadnicze pytanie i w tym kierunku pójdzie całe długie i zawiłe śledztwo, w które zostaną zaangażowani wróżowie, starcy, znachorzy itd. Wynik tego śledztwa będzie miał kapitalne znaczenie! Bo jeśli Sebuya zginął od czarów czarownika-diabła, to stała się tragedia dla rodziny i klanu, gdyż klątwa witcha spada na całą zbiorowość i śmierć Sebui była ledwie zapowiedzią, wierzchołkiem góry lodowej: tylko czekać w rodzinie następnych chorób i zgonów. Jeżeli natomiast Sebuya zginął, bo tak chciał czarownik-rzemieślnik, to nie jest źle, bo rzemieślnik może razić i niszczyć tylko jednostki, tylko cele pojedyncze, więc rodzina i klan mogą spać spokojnie!

***

Zło jest przekleństwem świata i dlatego czarowników, którzy są jego agentami, nosicielami i rozsadnikami, muszę trzymać jak najdalej od siebie i mojego klanu, ponieważ ich obecność zatruwa powietrze, rozsiewa zarazę i sprawia, że życie jest niemożliwe, że staje się swoim przeciwieństwem - śmiercią. Jeżeli umarł ktoś bliski, spłonął dom, padła krowa, jeżeli wiję się z bólu albo leżę bezwładny powalony atakiem malarii, wiem, co się stało: ktoś rzucił na mnie czary. Toteż jeżeli mam siłę, to sam, a jeżeli jestem zbyt słaby, to moja wieś czy klan, zaczynamy poszukiwać winowajcy-czarownika. Ten czarownik, ex definitione, musi żyć i działać wśród innych, w innej wiosce, w innym klanie czy plemieniu. Nasza współczesna podejrzliwość i niechęć do Innego, do Obcego, bierze się jeszcze z owego lęku naszych plemiennych prapraprzodków, którzy widzieli w Drugim, w Obcoplemieńcu, nosicieli zła, źródło nieszczęścia. Przecież ból, pożar, zaraza czy susza i głód nie brały się same z siebie. Ktoś musiał je przynosić, zadawać, rozpleniać. Ale kto? Nie moi, nie najbliżsi, nie nasi - bo ci są dobrzy: życie jest możliwe tylko wśród ludzi dobrych, a przecież - żyję. Winowajcami są więc Inni, Obcy. Dlatego szukając zemsty za nasze krzywdy i porażki, wchodzimy z nimi w zatargi, popadamy w konflikty, prowadzimy wojny. Słowem, jeżeli spotkało nas nieszczęście, jego źródło nie jest w nas, jest gdzie indziej, na zewnątrz, poza mną i moją społecznością, daleko, w Innych.

***

Dawno już zapomniałem o Sebui, o naszej wyprawie do Konga i nocy spędzonej w wiosce Amba, kiedy lata później, w Maputo, wpadła mi w ręce książka o świecie czarów w Afryce Wschodniej, a w niej raport antropologa E.H. Wintera, w którym zdaje on sprawę z badań, jakie prowadził wśród Amba.

Amba, stwierdza Winter, stanowią bardzo osobliwą społeczność. To prawda, że podobnie jak inne ludy kontynentu również oni traktują poważnie istnienie zła i groźbę czarów i z tego powodu boją się i nienawidzą czarowników. Ale w przeciwieństwie do powszechnego przekonania, że czarownicy żyją wśród innych, że działają na zewnątrz, z daleka, Amba utrzymują, że czarownicy są wśród nich, w ich rodzinach, w ich wioskach, że tworzą integralną część plemienia. To przekonanie sprawia, że społeczność Amba rozpada się, bo przeżera je nienawiść, niszczy wzajemna podejrzliwość, unicestwia wspólny lęk: brat boi się brata, syn - ojca, matka - własnych dzieci, jako że wszyscy mogą być czarownikami. Amba odrzucili tak wygodny i kojący pogląd, że wróg to ktoś obcy, to cudzoziemiec, człowiek innej wiary lub koloru skóry. Nie! Amba opętani masochistyczną myślą żyją w udręce i poniżeniu przekonani, że wróg jest wśród nich, że może w tej chwili być pod moim dachem, spać razem ze mną, jeść z tej samej miski. W dodatku, trudność szczególna jest w tym, że właściwie nie można określić, jak czarownik wygląda. Nikt go przecież nie widział. Wiemy o ich istnieniu dzięki temu, że widzimy skutki ich działań: spowodowali suszę, więc nie ma co jeść, coraz to wybuchają pożary, wielu ludzi jest chorych, ciągle ktoś umiera. Ergo, czarownicy nie spoczywają na chwilę, aby zwalać nam na głowy nieszczęścia, klęski, tragedie.

(...)

Amba, którzy stanowią jednolite, zwarte plemię, żyją w małych wioskach rozrzuconych w rzadko zalesionym buszu i choć przyjęli, że czarownicy stanowią integralną część ich społeczności, często posądzają sąsiednią wioskę swoich pobratymców, że czarownik, który zesłał nieszczęście, żyje w utajeniu właśnie tam. Wtedy takiej wiosce, którą podejrzewają o zło, wypowiadają wojnę. Napadnięta wioska broni się, a z czasem przystąpi do wojny odwetowej, wówczas, w odpowiedzi, zagrożeni itd., itd. W rezultacie Amba toczą nieustanne wojny między sobą, które osłabiają ich do reszty i czynią bezbronnymi wobec zewnętrznych, obco- plemiennych agresorów. Są jednak tak zajęci sobą, że nie potrafią dostrzec tego zagrożenia. Sparaliżowani widmem wroga wewnętrznego, niepowstrzymanie staczają się w przepaść.

Mimo dzielącej ich podejrzliwości i wrogości przygnębiające fatum, które nad nimi zaciążyło, łączy też ich we wspólnotę, sprawia, że potrafią być solidarni. Jeżeli na przykład przekonam się, że żyjący w mojej wiosce utajony czarownik nie daje mi żyć, wówczas przeniosę się do innej wioski i choćby moja wieś była z nią w stanie wojny, będę gościnnie przyjęty. Bo też czarownik może człowieka naprawdę zadręczyć. Ot, chociażby na ścieżkach, po których chodzimy, zacznie rozkładać kamyki, listki, piórka, patyczki, zdechłe muchy, włosy małpy lub skórki mango. Wystarczy, abyśmy na jedną z tych rzeczy weszli - zaraz rozchorujemy się i umrzemy. A przecież na każdej ścieżce mogą leżeć podobne drobiazgi. Więc praktycznie nie można się ruszyć? Tak, nie można. Człowiek boi się nawet wyjść z lepianki, bo od razu na progu może leżeć kawałek kory baobabu albo zatruty kolec akacjowca.

Czarownik chce nas zamęczyć na śmierć - oto, do czego dąży. W dodatku nie ma na niego lekarstwa, nie wiadomo, jak się bronić. Jedynym ratunkiem jest ucieczka. Oto dlaczego ludzie, których widziałem wówczas nocą, jak nieśli chorego na noszach, przemykali się chyłkiem, uciekali. Czarownik rzucił na chorego czary, a choroba była sygnałem, że szykuje on jego zgon. I dlatego krewni, pod osłoną nocy, próbowali schować gdzieś ofiarę, ukryć ją przed wzrokiem czarownika, aby w ten sposób uratować jej życie.

Choć nikt nie wie, jak wygląda czarownik, dużo o nim wiemy. Porusza się tylko nocą. Uczestniczy w sabatach, na których zapadają na nas wyroki. Śpimy, a tam zdecydowano o naszym nieszczęściu, którego się nawet nie spodziewamy. Może przenosić się w dowolne miejsce z wielką szybkością, nawet szybciej niż błyskawica. Pasjami lubi ludzkie mięso, przepada za ludzką krwią. Nie mówi, nie znamy jego głosu. Nie znamy rysów twarzy, kształtu głowy.

Ale być może urodzi się kiedyś człowiek o takim wzroku i takiej sile woli, że usilnie wpatrując się w ciemności nocy, zobaczy, jak zaczynają one gęstnieć, tężeć, skupiać w czarne kryształy i jak coraz wyraźniej układają się one w milczącą i mroczną twarz czarownika.

_________________
A lot of people don't have much food on their table.
But they got a lot of forks 'n' knives.
And they gotta cut somethin'.


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: śr, 24 stycznia 2007 07:27:50 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pt, 24 grudnia 2004 14:34:22
Posty: 12367
Skąd: Poznań
Bardzo dobre :!:

_________________
W życiu może zdarzyć się wszystko, a zwłaszcza nic


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: śr, 24 stycznia 2007 09:37:31 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
czw, 03 lutego 2005 20:54:20
Posty: 6178
No to jeszcze jeden cytat - tym razem już krótki, z "Lapidarium".

(z dedykacją dla Antiwitka i jego Antikotki ;-))


Do swojej pracowni wpuściłem małego kotka. Taki kot ożywia rzeczy, nadaje im nowych sensów i znaczeń. Powyciągał jakieś druty i przewody, które leżały nieruchome i zapomniane od lat, zwalił na podłogę stertę książek (w ten sposób znalazłem w niej książkę od dawna poszukiwaną, o której myślałem, że ktoś ją zabrał). Dzięki jego hasankom, całe pomieszczenie nabrało nowych wymiarów i proporcji.

_________________
A lot of people don't have much food on their table.
But they got a lot of forks 'n' knives.
And they gotta cut somethin'.


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: śr, 24 stycznia 2007 21:34:22 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
czw, 11 listopada 2004 16:00:25
Posty: 19880
kontynuując czytanie Kapuścińskiego...

Cytat:
Ryszard Kapuściński
Reportaż z tomu ""Chrystus z karabinem na ramieniu"

W czasie jednego ze spotkań ktoś z sali prosi mnie, żebym porównał postać Guevary z postacią Allende i żebym powiedział, który z nich miał rację.

Za tym pytaniem kryje się pogląd, że tylko jeden z nich mógł mieć rację, i oto sala czeka, żebym dokonał wyboru między drogą Che Guevary i drogą Salvadore Allende.

W pewnym momencie swojego życia Guevara porzuca gabinet ministra, porzuca biurko i wyjeżdża do Boliwii, gdzie organizuje oddział partyzancki. Ginie jako dowódca tego oddziału.

Allende - odwrotnie: Allende ginie broniąc swojego biurka, swojego gabinetu prezydenta, z którego - jak zawsze zapowiadał - "wyniosą mnie tylko w drewnianej piżamie", to znaczy - w trumnie.

Pozornie są to więc śmierci bardzo różne, w rzeczywistości różnica dotyczy tylko miejsca, czasu i okoliczności zewnętrznych. Allende i Guevara oddają życie za władzę ludu. Pierwszy - broniąc jej, drugi - walcząc o nią. Biurko Allendego jest tylko symbolem, podobnie jak symbolem są chłopskie buty Guevary.

Do ostatniej chwili obaj są przekonani, że idą najbardziej słuszną drogą: dla Guevary jest to droga zbrojnego czynu. Czyn taki zakłada konieczność ofiar ludzkich. Dla Allende jest to droga walki politycznej. Chce on uniknąć ofiar za wszelką cenę.

Obaj byli z zawodu lekarzami. Guevara był chirurgiem, Allende - internistą. Czy miało to jakiś wpływ na ich postawy? Człowiek wybierając swoją specjalność kieruje się jakimiś motywami psychologicznymi. Z pewnością, ale czy tak było w tym przypadku - nie wiem. Strzały, które kończą życie Guevary i życie Allendego, nie były oddane z ukrycia. Obaj przyjmują swoją śmierć świadomie, wiedząc, że nadchodzi. Każdy z nich może się uratować, ma wszystkie szansę, ma czas. Między ujęciem rannego Guevary a jego egzekucją upływa dwadzieścia godzin. Pułkownik Zentano obiecuje mu życie, jeżeli Guevara zgodzi się stanąć przed sądem w roli oskarżonego. Guevara odrzuca tę propozycję. Siedzi spętany, na glinianej podłodze wiejskiej szkółki w Higueras, milczy, nie chce się więcej odezwać. Boli go przestrzelone udo, bolą go czyraki, dusi go astma. Może nawet nie słyszy i nie widzi, że w oknie staje sierżant i pociąga za spust automatu.

Allende ma osiem godzin czasu. Rano dowiaduje się, że czeka na niego samolot, że może odlecieć dokąd chce, niech tylko ustąpi, niech tylko zejdzie z posterunku. Ale Allende nie ustąpi. Jeszcze wczoraj był to starszy, zmęczony pan o zatroskanej twarzy, na przemian surowej i łagodnej, zawsze ubrany z wyszukaną elegancją. Dzisiaj wstąpiła w niego nowa energia, zaskakująca wszystkich siła i żywotność: sam strzela, wydaje rozkazy, dowodzi swoją ostatnią bitwą. Mijają godziny. Wokół niego są ranni i zabici. On też jest ranny. Ale ręce zachowują sprawność, automat w tych rękach jest nadal celny. Wojsko wdziera się do pałacu. W jednym z salonów, wśród dymu, kurzu i swądu strzela do ostatka mężczyzna niski, ale postawny, już dobrze po sześćdziesiątce, w hełmie górnika, w swetrze golfowym: prezydent republiki.

W sposobie, w jaki giną Guevara i Allende, jest jakaś bezwzględna determinacja, jakaś świadomie wybrana nieodwracalność, jakaś szalona godność. W tych ostatnich godzinach wszystko, co mogłoby służyć ocaleniu, zostaje odrzucone: przetargi, rozgrywki, kompromisy, poddanie lub ucieczka. Droga oczyszcza się i prostuje, prowadzi już tylko w śmierć.

Jedna i druga śmierć jest manifestacją, jest wyzwaniem. To chęć publicznego zaświadczenia swojej racji i wolna od wahań gotowość zapłacenia za nią ceny najwyższej. Muszę odejść, ale odchodzę niecały, niezupełnie, nie na zawsze. Muszę odejść - o tym wiedzą obaj, przygotowują się do tego zawczasu. Guevara żegna się z Fidelem, z rodzicami, z dziećmi w listach napisanych na wiele miesięcy przed śmiercią. Allende rozpoczyna swój tragiczny, ostatni dzień od pożegnania z córkami i - w przemówieniu radiowym - z ludem. Dalej pozostaną już sam na sam z losem, otoczeni przez garstkę tych, którzy pójdą z nimi do końca. Pójść aż do końca - tak brzmi ta myśl, która będzie im na resztę godzin towarzyszyć. Do końca działają, nie mają czasu, są pochłonięci swoimi zadaniami.

Obaj padają w marszu.

Ich śmierć - tak podobna, ich życie - tak różne. Różne osobowości, inne temperamenty.

Guevara jako chłopiec podróżuje tratwą po Amazonce, chce przejechać rowerem całą Amerykę Łacińską. Jedzie do Boliwii, bo była tam rewolucja, jedzie do Gwatemali, bo była tam rewolucja, wreszcie trafia do Meksyku, gdzie też kiedyś była rewolucja. Tam poznaje Fidela Castro, razem organizują desant partyzancki na Kubę. Desant po wylądowaniu na Kubie wpada w zasadzkę. Jest 2 grudnia 1956. Z 82 ludzi zostaje 12. Nie wszyscy nawet mają karabiny. Guevara jest ranny. Tych dwunastu zaczyna największą epopeję w najnowszej historii Ameryki Łacińskiej.

Niespokojna natura Guevary popycha go ciągle naprzód, ale jest to niepokój ukierunkowany, jego energia ogniskuje się na sprawie rewolucji.

Całe życie Guevary to nieustanne poszukiwanie pola walki.

Urodził się w 1928 roku, kiedy zginął, miał 39 lat. Należy on do pokolenia młodych Latynosów, które w latach pięćdziesiątych chwyciwszy za broń odniosło wspaniałe, ale dopiero pierwsze zwycięstwo. Odtąd uwierzyli, że historia zawsze i natychmiast staje po stronie szlachetnych racji. Wielu z nich przypłaciło tę wiarę własnym życiem. Byli przekonani, że masy tylko czekają na sygnał, że beczka jest pełna prochu, że wystarczy jedna iskra. Taką iskrą miał być oddział partyzancki składający się z ludzi oddanych sprawie, gotowych na wszystko. Stopniowo do oddziału przyłączaliby się ochotnicy, oddział stałby się ludową armią, armia zdobyłaby władzę i przeprowadziła rewolucję.

Guevara tworzy taki oddział w Boliwii i zaczyna walkę. Czeka, że zaczną napływać ochotnicy, przede wszystkim, że zaczną napływać chłopi. Ale chłopi nie wstępują, odnoszą się do Guevary nieufnie, potem kolaborują z wojskiem. Chłop nazwiskiem Rojas wydaje na śmierć 13 ludzi z oddziału Guevary. Oficer płaci mu za to 5 dolarów i daje tabliczkę czekolady. W swoim dzienniku Guevara ciągle wspomina o tym, jak trudno mu porozumieć się z chłopami. Nie jest to dziwne. Guevara pochodzi z mieszczańskiej rodziny argentyńskiej, jest człowiekiem białym i mówi po hiszpańsku. A chłop, na którego czeka, jest Indianinem, mówi tylko językiem kiczua i jest podejrzliwy wobec białych, ponieważ wiekami go wyzyskiwali. Ten chłop z głuchej i pustynnej prowincji boliwijskiej, z której jest tak daleko do współczesnej cywilizacji, jak z księżyca na ziemię, nie chce walczyć przeciw sprzedajnej dyktaturze prezydenta Barrientosa, ponieważ słyszał, że kiedyś prezydent przyjechał do jakiejś wioski i rozdał wszystkim buty. Buty są wielkim marzeniem tych chłopów. A cóż mogą im dać partyzanci?

Poza tym ci partyzanci przyjechali z miasta albo z innych krajów. A żołnierze, którzy z nimi walczą, to są chłopcy z okolicznych wiosek. Indianie, którzy mówią kiczua. Owszem, oficerowie to ludzie biali, szkoleni w amerykańskich akademiach. Ale prosty ranger to chłopski syn, tu urodzony i wychowany. W tym bezludnym, jałowym i kamienistym terenie, w którym partyzanci co chwila gubią drogę i nigdy nie są pewni, czy idą w dobrym kierunku, żołnierze czują się jak ryba w wodzie. Znają tu każdy kamień, każdą rozpadlinę. Tu bawili się w dzieciństwie, tą ścieżką chodzili po wodę.

Wokół oddziału Guevary zaciska się pierścień śmierci. Zgłodniali i wyczerpani staczają nierówną potyczkę, w której ponoszą klęskę. Jest słoneczny i gorący ten ich dzień ostatni.

Życie Salvadwa Allende biegnie innym torem. Jest to życie oddane sprawie, ale ułożone, regularne, bez wstrząsów. Mając 29 lat Che dowodzi frontem partyzanckim w Sierra Maestra, ma rękę na temblaku i kilka razy ledwie uchodzi z życiem. Mając 29 lat Allende zostaje deputowanym do Parlamentu, przyjaciele wróżą mu zawrotną karierę. Ma 31 lat, kiedy obejmuje tekę ministra zdrowia w rządzie radykała Aguirre Cerdy. Wstępuje do loży masońskiej. Zakłada partię socjalistyczną. W 1945 roku zostaje senatorem.

Kandyduje na prezydenta Chile czterokrotnie - w latach 1952, 1958, 1964, 1970. Przez dwadzieścia lat jest jedynym kandydatem lewicy na ten urząd. Całe życie Allendego upływa w Santiago - w Parlamencie, albo na prowincji chilijskiej, gdzie przebywa w czasie nieustannych kampanii wyborczych. Parlament Chile: brzydki, szary gmach przy calle Catedral w centrum miasta. Tutaj Allende ma swój gabinet senatora. Półki od sufitu do podłogi, na tych półkach dziesiątki tomów ustaw, poprawek do tych ustaw, uzupełnień do tych poprawek. W tym gmachu Allende urzęduje i walczy przez 33 lata, najpierw jako deputowany, później jako senator. Ten gmach formuje jego mentalność legalistyczną, jego bezwzględne opanowanie prawa, konstytucji, ustawy. Zresztą lewica chilijska była zawsze bronią burżuazyjnej konstytucji i burżuazyjnego Parlamentu. Tylko z pozoru wyglądało to na paradoks. Konstytucja i Parlament gwarantowały lewicy swobodę legalnego działania, dawały jej możliwość prowadzenia otwartej walki politycznej. W 1968 roku, w czasie rządów prezydenta Freia, generał Roberto Viaux chciał zrobić przewrót wojskowy i zamknąć Parlament. To właśnie lewica uratowała wówczas Parlament, ten sam Parlament, który za rządów prezydenta Allendego stanie się głównym ośrodkiem opozycji, prowokacji i dywersji. Ale Allende, który przez całe życie buduje autorytet Parlamentu, nie rozwiąże go po objęciu urzędu prezydenta nawet za cenę utraty władzy i żyda.

Pada często pytanie, dlaczego Allende nie uzbroił ludu i nie rozpoczął wojny domowej. Uzbroić lud na skalę masową było niemożliwe, ponieważ w Chile sieć wywiadu wewnętrznego jest w rękach armii, armia od razu wiedziałaby o większych transportach broni, o szkoleniu oddziałów ludowych itd. Mogłoby to tylko przyspieszyć przewrót. Allende wiedział zresztą, że jest to armia nowoczesna, dysponująca potężną siłą ognia i że wezwanie źle uzbrojonego ludu do walki z tą armią mogłoby pociągnąć setki tysięcy ofiar, wykrwawienie połowy narodu.

W tej niezgodzie na wojnę domową Allende kieruje się również ważną zasadą moralną. Kiedy obejmował swój urząd - on, pierwszy ludowy prezydent Chile - przysięgał szanować konstytucję. Konstytucja nakłada na prezydenta obowiązek niedopuszczenia do wojny domowej w kraju.

Allende chce zachować moralną uczciwość.

W ten sam sposób postępuje Guevara.

Oddział Guevary raz po raz chwyta jeńców, szeregowych i oficerów, którzy zaraz zostaną wypuszczeni. Militarnie jest to błąd ciężki, jeńcy donoszą natychmiast o położeniu oddziału, o jego liczebności i uzbrojeniu, ale Guevara nie rozstrzela żadnego z nich. - Jesteście wolni - tłumaczy im - my, rewolucjoniści, jesteśmy ludźmi moralnie uczciwymi, nie będziemy się znęcać nad bezbronnym przeciwnikiem.

Ta zasada moralnej uczciwości jest cechą lewicy latynoamerykańskiej. Jest częstą przyczyną jej porażek w polityce, w walce. Ale trzeba zrozumieć sytuację. Młody człowiek w Ameryce Łacińskiej dojrzewa otoczony światem skorumpowanym. To świat polityki robionej za pieniądze i dla pieniędzy, świat rozpasanej demagogii, świat morderstw i terroru policyjnego, świat rozrzutnej i bezwzględnej plutokracji, zachłannej na wszystko burżuazji, cynicznych wyzyskiwaczy, pustych i zdeprawowanych dorobkiewiczów, dziewcząt łatwo zmieniających mężczyzn. Młody rewolucjonista chce ten świat odrzucić, chce go zniszczyć, a nim będzie do tego zdolny - chce mu przeciwstawić świat inny, czysty i uczciwy, chce mu przeciwstawić siebie.

W buncie lewicy latynoamerykańskiej występuje zawsze ten czynnik moralnego oczyszczenia, poczucie moralnej wyższości, dbałość o utrzymanie moralnej przewagi nad przeciwnikiem. Przegram, zginę, ale nikt nie będzie mógł powiedzieć, że naruszyłem reguły walki, że zdradziłem, że zawiodłem, że mam brudne ręce.

I Guevara, i Allende są najlepszymi wyrazicielami tej postawy, tej szkoły myślenia. Czy w ich działaniu odnajdujemy świadome tworzenie wzoru dla przyszłych pokoleń, dla tego świata, o który walczą i giną? Jest to ważne pytanie.

Czy można odpowiedzieć, który z nich miał rację? Obaj mieli rację. Działali w różnych okolicznościach, ale cel ich działania był ten sam. Czy popełniali błędy? Byli ludźmi - oto jest odpowiedź. Obaj zapisują pierwszy rozdział w historii rewolucji Ameryki Łacińskiej. Ta historia dopiero się zaczyna, dopiero się tworzy.

_________________
„Roszczeniowe juwenalia" - nowy Spirit of 84 w dużym skrócie


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: śr, 24 stycznia 2007 21:41:29 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pt, 24 grudnia 2004 14:34:22
Posty: 12367
Skąd: Poznań
Znów - warsztat literacki z wysokiej półki!
(nie mówię o racjach politycznych... nie o tym ten topik)

_________________
W życiu może zdarzyć się wszystko, a zwłaszcza nic


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: śr, 24 stycznia 2007 21:45:28 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 09 listopada 2004 14:36:56
Posty: 6670
Skąd: 52,2045 N, 20,9694 E
arasek pisze:
Znów - warsztat literacki z wysokiej półki!


Zgadza się - bardzo ładny opis. Właśnie to w Kapuścińskim jest najcenniejsze, że umie pokazać lokalne uwarunkowania i lokalny sposób myślenia. Tak samo potrafi oddać klimat afrykańskich łowców czarowników, jak latynoskich lewicowców.

_________________
Poranek jest dziwnym zjawiskiem, nie rozumiem go


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: pn, 29 stycznia 2007 19:42:16 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
czw, 03 lutego 2005 20:54:20
Posty: 6178
Cytat z Kapuścińskiego raz jeszcze. "Lapidarium".

Z dedykacją dla... Panka :-)


W nocy była burza. Rano opowiadaliśmy o niej wrażenia. Ależ lało! Ależ grzmiało! Właściwie to więcej błyskało, niż grzmiało itd., i temu podobne banały. Pomyślałem, że zabijamy naturę nie tylko techniką i nadmiarem chemii, ale także - choć może w sposób mniej widoczny - przez to, że stopniowo usuwamy ją z naszego słownictwa, z naszego języka. Ot, byłem wczoraj w pięknym nieborowskim parku. Ale jak opisać wrażenia? Brakuje słów, brakuje nazw. To drzewo - jak się nazywa? A te krzewy? A to zielone, co pływa po wodzie? A ten ptak, co takie wyciąga trele? A to stworzonko wielonogie, co bezgłośnie pełza po liściu? To się przecież wszystko jakoś musi nazywać! Ale jak? Jak?

_________________
A lot of people don't have much food on their table.
But they got a lot of forks 'n' knives.
And they gotta cut somethin'.


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: pn, 29 stycznia 2007 19:45:07 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 10 listopada 2004 14:59:39
Posty: 23740
O, z Lapidariów które czytałem to jest jeden z dwóch cytatów, które zapamiętałem najbardziej! Może jako sumienia wyrzut?

Drugi dotyczył cmentarzy, musiałbym poszukać.

_________________
BUCEM BYĆ ŁATWIEJ ŻYĆ


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: pn, 29 stycznia 2007 23:17:34 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 09 listopada 2004 21:37:55
Posty: 19739
Rafał Ziemkiewicz "Pieprzony los kataryniarza"

W rzeczywistości dziennikarzenie było robotą nudną i głupią, przypominającą do złudzenia przerzucanie węgla. Z tą jedyną różnicą, że szuflowało się i porcjowało informacje. (...)

Wszystko po to, aby wyrobić codzienną porcję niusów, zwięzłych i szybkich, piętnaście wersów, pół minuty. Aby wypchać łamy gazet i czas antenowy dzienników informacyjną masą, dostarczyć ludziom na czas kolejnej porcji kitu do przeżuwania. nie dlatego, by naprawdę potrzebowali wiedzieć, co w kraju i na świecie słychać. I tak połowy z tego nie rozumieli, a to, co przypadkiem zrozumieli, zapominali po minucie. Ludzie potrzewali jedynie kojącego uszy szumu, ciągłego utwierdzania ich w fałszywym przekonaniu, że wiedzą, co się wokół nich dzieje, że świat jest mniej więcej taki jak sądzą, nie wymyka się spod kontroli, a w razie gdyby się wymykał, zostaną o tym w porę powiadomieni. Cała potężna maszyneria, w której Andrzej był maleńkim trybikiem, istniała po to, żeby dawać im poczucie bezpieczeństwa.


Często, gdy będąc gdzieś z moim tatą, byłem zmuszony wysłuchiwać radiowych wiadomości co pół godziny a nawet co piętnaście minut (odkąd RMF wymyślił serwisy o godzinach za piętnaście...), miałem dokładnie takie myśli...

A potem zwerbalizowałem sobie te wnioski w okresie, gdy jeszcze kupowaliśmy regularnie jakieś gazety, i nigdy nie zdążałem ich w porę przeczytać. Za to czytałem je z opóźnieniem - wyobraźcie sobie, czyta człowiek jakieś dziennik tydzień po jego wydaniu albo miesięcznik po miesiącu... okazuje się, że z tzw. "świeżych wiadomości" 90% to rzeczy totalnie pozbawione znaczenia.

_________________
ćrąży we mnie zła krew


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: wt, 30 stycznia 2007 00:13:47 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
czw, 03 lutego 2005 20:54:20
Posty: 6178
O, tak... dobry cytat.

Z tej samej książki, na inny temat...
O przedmiotach we wspólnym domu... oryginalnie :-) :


Tamten Robert nie lubił rzeczy. W balladach, których potrafił słuchać do rana, z ogniem w duszy, przy butelce gitarze i rozmowach o życiu, jego prorocy szydzili z rzeczy. Judzili, że być, a nie mieć, śmiali się z takich, co to marzą o telewizorze, meblach i małym fiacie i wyśpiewywali dziesiątki podobnych bzdur, a Tamten wierzył w to głęboko. (...)

Ale potem w życiu Tamtego pojawiła się Miłość i stopniowo przerastała go całego, aż zmieniła wszystko. (...) Te wszystkie rzeczy, którymi otoczyli się z Wiktorią, podtrzymywały ich płomień. Jeśli można czegoś nie utracić, nie zagubić w tym ciągłym wirowym ruchu obijających się o siebie atomów, w ciągłym pędzie i jazgocie, tylko wtedy, gdy nada się każdej ulotnej chwili gęstość i ciężar przedmiotu. (...)

A wtedy te wszystkie rzeczy zebrane wokół, drogocenne naczynia z życiodajnym płynem, ulewały miłosiernie odrobinę ze swego niewyczerpalnego zapasu, tłoczyły kropla po kropli leczniczą miksturę do żył, dopóki nie wypełniła go całkowicie, nie ukoiła bólu, nie zabliźniła delikatną błoną przyniesionych z Tamtego Świata ran.

I nie mógłby żyć bez tego. Oszalałby już dawno, umarł, spłonął i wysypał się czarnym próchnem ze skorupy ciała. Jakimiż głupcami byli prorocy Tamtego, jakimż głupcem był on sam, że wierzył im głęboko i z przejęciem. Czym byłby bez tego miejsca na Ziemi, czym byłby bez tych wszystkich rzeczy, przechowujących w sobie minione chwile? Tym, czym tylko może być człowiek odarty z rzeczy: śmieciem, rzucanym przez wiatr, zmiętym nieszczęściem, myślącą i cierpiącą trzciną. W najlepszym wypadku błędną iskrą.

_________________
A lot of people don't have much food on their table.
But they got a lot of forks 'n' knives.
And they gotta cut somethin'.


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: śr, 31 stycznia 2007 09:27:58 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 09 listopada 2004 21:37:55
Posty: 19739
i ten znakomity!

właśnie przeczytałem tę książkę... pozostaję pod wrażeniem. CHyba trzeba się będzie przejść do awanturum do tematu o tym panu, może jakieś dyskusje były...

_________________
ćrąży we mnie zła krew


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: śr, 31 stycznia 2007 09:35:08 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pn, 10 stycznia 2005 11:49:49
Posty: 20839
Skąd: Kamienna Góra/Poznań
A ja bym chyba sobie chętnie Kataryniarza odświeżył, bo czytałem mniej więcej wtedy gdy to wyszło (1995), a mam głód dobrych rzeczy Rafała, gdyż (FAKT OBIEKTYWNY) ostatni dobry kawałek jego prozy to był "Walc Stulecia" (1998).

_________________
In an interstellar burst
I am back to save the Universe.


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: śr, 31 stycznia 2007 09:57:06 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pt, 24 grudnia 2004 14:34:22
Posty: 12367
Skąd: Poznań
Crazy pisze:
okazuje się, że z tzw. "świeżych wiadomości" 90% to rzeczy totalnie pozbawione znaczenia.


Tak, to jest niesamowite gdy się temu uważnie przypatrzeć. Wkleję tu niedługo kawałek z Zajdla w ten deseń mniej więcej...

_________________
W życiu może zdarzyć się wszystko, a zwłaszcza nic


Na górę
 Wyświetl profil
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 65 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3, 4, 5  Następna

Strefa czasowa UTC+1godz.



Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość


Nie możesz tworzyć nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Przejdź do:  
Technologię dostarcza phpBB® Forum Software © phpBB Group