Ultima Thule

Forum fanów Armii i 2TM2,3
Dzisiaj jest czw, 14 grudnia 2017 07:06:14

Strefa czasowa UTC+1godz.




Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 65 ]  Przejdź na stronę Poprzednia  1, 2, 3, 4, 5  Następna
Autor Wiadomość
 Tytuł:
PostWysłany: pn, 16 lipca 2007 06:59:53 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pt, 24 grudnia 2004 14:34:22
Posty: 12745
Skąd: Poznań
Ś.p. Kurt Vonnegut ze "Śniadania mistrzów":

Kino, w którym Trout siedział ze swoimi paczkami na kolanach, wyświetlało wyłącznie filmy pornograficzne. Słychać było łagodną muzykę. Na srebrnym ekranie cienie młodego mężczyzny i młodej kobiety przysysały się nieszkodliwie do swoich różnych miękkich otworów.
I siedząc tam Trout wymyślił nową powieść. Jej bohaterem był ziemski astronauta przybywający na planetę, gdzie wskutek zatrucia środowiska wyginęły wszelkie formy życia roślinnego i zwierzęcego poza istotami człekopodobnymi. Ci humanoidzi odżywiali się produktami uzyskiwanymi z węgla i ropy naftowej.
Urządzono przyjęcie na cześć astronauty, który nazywał się Don. Jedzenie było okropne. Rozmowy toczyły się głównie wokół cenzury. W miastach namnożyło się kin wyświetlających wyłącznie filmy pornograficzne. Humanoidzi zastanawiali się, jak uporać się z tą plagą nie naruszając wolności słowa.
Spytali Dona, czy problem pornografii istnieje również na Ziemi, i Don odpowiedział że tak. Spytali go, czy ziemskie filmy są bardzo świńskie.
-Są tak świńskie, że już bardziej nie można – odpowiedział Don
Humanoidzi potraktowali to jako wyzwanie, gdyż uważali, że ich filmy pornograficzne nie mają sobie równych. W rezultacie wcisnęli się do poduszkowców i popłynęli do centrum obejrzeć film pornograficzny.
Trafili akurat na przerwę w seansach, więc Don miał czas zastanowić się, co może być bardziej świńskiego od tego, co już widział na Ziemi. Poczuł podniecenie płciowe zanim jeszcze zgasło światło. Kobiety z jego towarzystwa tez kręciły się niespokojnie.
Wreszcie w sali zgaszono światła i rozchyliła się kurtyna. Początkowo nie było obrazu, tylko z głośnika rozlegały się jęki i mlaskanie. Potem pojawił się obraz. Był to wysokiej klasy film o męskim humanoidzie jedzącym coś w rodzaju gruszki. Kiedy ostatni kawałek znikł w jego oślinionych wargach, kamera skoncentrowała się na grdyce, która drgnęła nieprzyzwoicie. Beknął z satysfakcją i na ekranie ukazało się, oczywiście w języku tej planety, słowo

KONIEC

Wszystko to była gra, oczywiście. Na planecie nie rosły żadne gruszki. Zresztą jedzenie gruszki nie stanowiło głównej atrakcji wieczoru. Była to tylko krótkometrażówka wyświetlana podczas zajmowania miejsc.
Główny film rozpoczął się później. Występowali w nim mężczyzna, kobieta, dwoje dzieci oraz pies i kot. Jedli systematycznie przez półtorej godziny: zupę, mięso, biszkopty, masło, jarzyny, tłuczone kartofle i kaszę, owoce, cukierki, ciasto, tort. Kamera rzadko odjeżdżała dalej niż na stopę od ich ociekających śliną warg i chodzących grdyk. A potem ojciec posadził kota i psa na stole, żeby też mogły wziąć udział w orgii.
Po jakimś czasie aktorzy nie mogli już więcej jeść. Byli tak opchani, że oczy wychodziły im z orbit. Ledwo się ruszali. Mówili, że chyba przez tydzień nie będą mogli patrzeć na jedzenie i różne takie rzeczy. Potem wolno sprzątnęli ze stołu, zataczając się poszli do kuchni i wyrzucili ze trzydzieści funtów resztek do kubła.
Widownia szalała z zachwytu.

Kiedy Don i jego znajomi wychodzili z kina, nagabywały ich humanoidalne prostytutki, proponując jajka, pomarańcze, masło i fistaszki. Oczywiście nie mogły naprawdę dostarczyć tych rzeczy.
Humanoidzi wyjaśnili Donowi, że gdyby poszedł do prostytutki, ta przyrządziłaby mu za słoną cenę posiłek z syntetycznych produktów.
A potem podniecałaby go w czasie posiłku, opowiadając, jak świeże i soczyste jest to co jedzą, chociaż wszystko byłoby tylko imitacją.

_________________
w sumie fajnie byłoby uratować jakiegoś przystojniaka


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: czw, 23 sierpnia 2007 17:31:21 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 09 listopada 2004 21:37:55
Posty: 20067
Z Delicji ciotki Dee chciałem wkleić jakiś fragment, ale co tu dać? Tu całą książka sie nadaje do cytowania, ale dłuższymi partiami, bo inaczej kontekst ucieka.
Spróbujemy taki fragment o rozmowie typu "przyjemna pogawędka" czyli small talk:

Tych, którzy mieli pecha wyssać z mlekiem matki przeświadczenie, że język winien służyć zbliżeniu dwóch istot, small talk doprowadza do rozpaczy swą bezprzedmiotowością i kompletnym skonwencjonalizowaniem. Wysłuchując konwersacji w autobusie (wszyscy się znają, bo miasto jest niewielkie i z transportu publicznego korzysta może pół procent mieszkańców), przybysze zadają sobie pytanie: po co oni właściwie mówią? Dlaczego nie poprzestaną na uśmiechu lub pozdrowieniu, skoro nie mają sobie nic do powiedzenia?

I dlaczego - jeżeli już otwierają usta - wkłądają tyle wysiłku w imitowanie rozmowy?

- Cześć, Mike. Miło Cię znów spotkać
- Cześć Jerry, to znowu ty. Dość zimno, prawda?
- Masz rację, zimno. No, ale nie traćmy nadziei, może będzie cieplej.
- Nie traćmy. Jak tam Bobsie, widziałem ją wczoraj.
- W porządku. Powiem jej cześć od ciebie.
- Powiedz jej cześć ode mnie.
- Jak tam ostatnia wyprzedaż?
- W porządku, zawsze coś się trafi.
- Taa, zawsze coś się trafi. Takie jest życie.
- Jedziesz w tym roku na urlop?
- Trzeba odpocząć. Bez odpoczynku ciężko pracować.
- Nie ma to jak odpoczynek. No a jak się udały urodziny?
- W porządku. Była cała paczka.
- Powiedz im cześć ode mnie. No to cześć.
- Cześć, do miłego.

Co gorsza, są sytuacje, w których small talk bezwzględnie obowiązuje. Nie można nie rozmawiać: z kelnerem w restauracji, z dentystą, sprzedawcą w pustym sklepie, kolegą z pracy przy zdejmowaniu płaszczy, osobą czekającą razem z anmi na taksówkę, interesantem odprowadzanym do windy, współżałobnikiem etc. ktoś, kto się chroni w milczenie, jest nie tylko źle wychowany - jest "wyniosły, nietowarzyski, nieprzystępny". A tubylcy niczego nie przyjmują tak źle, jak pretensji do bycia innym niż wszyscy. Niektórych przybyszów konieczność odbębniania tego społecznego rytuału po kilkanaście razy dziennie przyprawia o sióme poty. O czym mówić, jeśli small talk stanowczo wyklucza wszystko, co niebanalne, co osobliwe, co kontrowersyjne. Próby wtargnięcia w small talk z jakimkolwiek problemem - czy będzie to religia, polityka czy też zwykła smakowita plotka - budzą konsternację i natychmiastową zmianę tematu. A już nie daj Bóg wyskoczyć - uwaga Słowianie! - ze zwierzeniami, żalem, rozterką, z szeroką opowieścią o naszych perypetiach czy z monologiem o naszym życiu wewnętrznym. Tubylca wpędza to - nawet wtedy gdy jedziemy z nim kilknaście godzin koleją lub dzielimy z nim wspólny pokój - w stan bliski paniki. Zwariował czy co? nie ma to żony, kochanki, matki, księdza, psychoanalityka?

_________________
ćrąży we mnie zła krew


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: pt, 24 sierpnia 2007 21:07:14 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
czw, 22 czerwca 2006 08:44:39
Posty: 809
Skąd: Warszawa
O tak ! "Delicje ciotki Dee" to prawdziwe delicje. Chwilami płakałem ze śmiechu. :D

_________________
Czekając na noc układam sobie pieśni,
Nie wsłuchuj się za długo, nie wpatruj się za bardzo...


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: ndz, 26 sierpnia 2007 17:21:01 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
czw, 03 lutego 2005 20:54:20
Posty: 6231
Ostatnio przeczytałam zbiór reportaży Kapuścińskiego "Busz po polsku". Akcja prawie wszystkich toczy się na polskiej prowincji w latach 50. Wyjątkiem jest ostatni, tytułowy reportaż, który Polski dotyczy, ale dzieje się w Ghanie. Bardzo do mnie trafia ostatnia część tego tekstu.
Poniekąd a propos beskidzkiej dyskusji o patriotyzmie...

RYSZARD KAPUŚCIŃSKI - BUSZ PO POLSKU


Ogień dzielił nas i łączył. Chłopak dorzucił drewien, płomień poszedł wyżej, rozjaśnił twarze.
- Jakie jest imię twojego kraju?
- Polska.
Polska była daleko, za Saharą, za morzem, na północ i na wschód. Nana powtórzył głośno. Dobrze? - zapytał. Dobrze - odpowiedziałem. - Właśnie tak.
- Tam jest śnieg - odezwał się Kwesi.
Kwesi pracuje w mieście, w Kumasi, teraz przyjechał na urlop. Raz w kinie na ekranie padał śnieg. Dzieciarnia biła brawo i wśród śmiechu wołała: - anko! anko! - żeby jeszcze pokazali śnieg. Jakie to fajne: białe kłębki sypią i sypią. Bardzo szczęśliwe są te kraje: nie muszą uprawiać bawełny, bawełna leci z nieba. Mówią na nią - śnieg, i depczą po niej, a nawet wyrzucają do rzeki.
Utknęliśmy w przygodnym miejscu. Szofer, mój przyjaciel z Akry - Kofi – i ja. Było już ciemno, kiedy trzasnęła opona. Stało się to na bocznej drodze, w buszu, koło wsi Mpango, w Ghanie. Za ciemno, żeby naprawiać. Nie macie pojęcia, jak czarna może być noc. Wyciąga się rękę i tej ręki nie widać. Tutaj są takie noce. Poszliśmy do wsi.

(...)

Polska.
Nie znali takiego kraju.
Starcy patrzyli na mnie niepewnie albo podejrzliwie, niektórzy z zaciekawieniem. Chciałem jakoś przełamać tę nieufność. Nie wiedziałem jak i byłem zmęczony.
- Gdzie leżą wasze kolonie? - spytał Nana.
Kleiły mi się oczy, ale teraz oprzytomniałem. Często tak pytali. Pierwszy zagadnął mnie kiedyś Kofi. Tłumaczyłem mu. Było to dla niego odkrycie i odtąd czyhał zawsze na pytanie o polskie kolonie, żeby w krótkim wywodzie ujawnić jego absurdalność.
Kofi odparł:
- Oni nie mają kolonii, Nana. Nie wszystkie białe kraje mają kolonie. Nie wszyscy biali to kolonialiści. Musisz wiedzieć, że biali byli często kolonialistami dla białych.
To brzmiało szokująco. Starcy drgnęli, cmokali: cu, cu, cu - dziwili się. Kiedyś ja się dziwiłem, że oni się dziwili. Ale nie teraz.

(...)

Kofi tłumaczył później:
- Przez sto lat uczyli nas, że biały to coś ponad, to super, ekstra. Mieli swoje kluby, swoje baseny, swoje dzielnice. Swoje dziwki, auta, swój bulgocący język. Wiedzieliśmy, że na świecie jest tylko Anglia, że Bóg jest angielski, a po całej ziemi poruszają się tylko Anglicy. Wiedzieliśmy ledwie to, co oni chcieli, żebyśmy wiedzieli. Teraz trudno się oduczyć.
Z Kofi byliśmy sztama, nie poruszaliśmy już tematu skóry, ale tu, wśród nowych twarzy, sprawa musiała odżyć.
Jeden stary zapytał:
- Czy wszystkie wasze kobiety są białe?
- Wszystkie.
- Czy są piękne?
- Są bardzo piękne - odparłem.
- Wiesz, Nana, co on mówił? - wtrącił Kofi. – Że kiedy u nich jest lato, ich kobiety rozbierają się i leżą w słońcu, żeby dostać czarnej skóry. Te, które stają się ciemne, są z tego dumne, a inni podziwiają, że opalone jak Murzynki.
Bardzo dobre! No, Kofi, toś trafił świetnie! Rozruszałeś ich na dobre. Grzybom oczy się śmieją do tych ciał rumienionych w słońcu, bo wiecie, jak jest - mężczyźni są na całym świecie tacy sami: podoba im się to. Starcy zacierali ręce, cieszyli się, ciała kobiet w słońcu, tu ogień wypędzał im reumatyzm, mościli się w swoich obszernych kente wzoru rzymskich tóg.
- Mój kraj nie ma kolonii - powiedziałem. - A był taki czas, kiedy mój kraj był kolonią. Szanuję wasze cierpienia, ale u nas było strasznie: były tramwaje, restauracje, dzielnice "Tylko dla Niemców". Były obozy, wojna, egzekucje. Nie znacie obozów, wojen i egzekucji. Tamto nazywało się faszyzmem. To najgorszy kolonializm.
Słuchali, marszcząc czoła i zamykając oczy. Dziwne rzeczy zostały powiedziane, myśli muszą to przetrawić. Dwóch białych, a nie mogą jechać jednym tramwajem.
- Powiedz, jak wygląda tramwaj?
Realia są ważne. Może nie mogą, bo ciasno. Nie ciasno, tu chodzi o pogardę. Jeden człowiek depcze drugiego. Nie tylko Afryka jest ziemią przeklętą. Każda ziemia może taka być. Europa i Ameryka, wiele miejsc na świecie. Świat zależy od ludzi. Oczywiście, ludzie dzielą się na typy. N a przykład człowiek w skórze węża. Wąż nie jest ani czarny, ani biały. Jest śliski. Człowiek w śliskiej skórze. To najgorsze.
- Nana, a potem byliśmy wolni. Budowaliśmy miasta, do wsi przychodziło światło. Kto nie umiał, uczył się czytać.

Nana wstał i uścisnął mi rękę. Reszta starców tak samo. Teraz byliśmy friends, druzja, amigos. Chciało mi się jeść. W powietrzu pachniało mięsem. Żadną dżunglą, palmą czy kokosem, tylko naszym schabowym za 11,60 w gospodzie na Mazurach. I duże piwo.
Zamiast tego jedliśmy kozę.

Polska
- pada śnieg, kobiety w słońcu, brak kolonii, dawniej wojna, budują domy, ktoś kogoś uczy czytać.
Coś jednak powiedziałem - tłumaczyłem sobie. - Za późno na szczegóły, chcę spać, o świcie wyjeżdżamy, zostać, żeby zrobić wykład, to niemożliwe.

Ale nagle poczułem wstyd, jakiś niedosyt, uczucie po chybionym strzale. To, co zostało opisane, nie jest moim krajem. Zaraz: śnieg, brak kolonii - przecież racja. Ale to jest nic, nic z tego, co wiemy, co nosimy w sobie, nawet się nie zastanawiając, co jest naszą dumą i rozpaczą, życiem, oddechem i śmiercią.
- Więc - śnieg, to prawda, Nana, śnieg jest cudowny i straszny, wyzwala cię w górach na nartach i zabija pijanego pod płotem, śnieg, bo styczeń, ofensywa styczniowa, popiół, wszystko popiół - Warszawa, Wrocław i Szczecin, cegła, łapy marzną, wódka grzeje, człowiek układa cegłę, tu będzie stał tapczan, a tu szafa, lud wejdzie do śródmieścia, lód na szybach, lód na Wiśle, brak wody, jedziemy nad wodę, nad morze, piasek, lasek, upał, piasek, namioty i Mielno, śpię z tobą, z tobą, z tobą, ktoś płacze, nie tu, pusto i noc, więc płaczę, te noce, nasze zebrania do świtu, ciężkie dyskusje, każdy coś mówi, Towarzysze!, łuny i gwiazdy, bo Śląsk, piece, sierpień, siedemdziesiąt stopni przy piecach, tropik, nasza Afryka, czarna i gorąca, gorąca kiełbasa, dlaczego podajecie zimną, chwileczkę, kolega, czy kolega wstąpi, nie jazz, mooowa, Sienkiewicz i Kurylewicz, piwnice, wilgoć, to gniją kartofle, idźta, baby, okopać zimnioki, baby na Nowolipkach, proszę szybciej przechodzić, nie ma cudu, jak to, nie ma, jak to na wojence ładnie, dajcie spokój z tą wojną, chcemy żyć, cieszyć się, chcemy szczęścia, powiem ci coś, Ty jesteś moim szczęściem, mieszkanie, telewizor, nie, najpierw motor, kiedy to warczy, hałas, dzieci budzą się w parku, zamiast spać, takie powietrze, nie ma chmur, nie ma odwrotu, jeżeli pan Adenauer myśli, za dużo mogił, do bitki i do wypitki, czemu nie do pracy, jeśli nie nauczymy się, nasze statki pływają po wszystkich morzach, sukcesy w eksporcie, sukcesy w boksie, młodzież w rękawicach, mokre rękawice wyciągają z gliny traktory, Nowa Huta, trzeba budować, Tychy i Wizów, kolorowe domy, awans kraju, awans klasy, wczoraj pastuch, dziś inżynier, polibuda zawsze na gapę, ładne inżyniery, tramwaj w śmiech (powiedz, jak wygląda tramwaj), całkiem proste, cztery koła, pałąk, zresztą dosyć, dosyć, to jest szyfr, same znaki w buszu, w Mpango, klucz do szyfru leży w mojej kieszeni.
Wozimy go zawsze do obcych krajów, w świat, do innych ludzi, i jest to klucz naszej dumy i naszej bezsiły. Znamy jego schemat, ale nie sposób uprzystępnić go drugim. Zawsze będzie nie to, nawet jeśli bardzo się chce. Coś nie będzie powiedziane, to najważniejsze, najistotniejsze coś.
Opowiedzieć jeden rok mojego kraju, wszystko jedno który, rok 1957, powiedzmy, tylko jeden miesiąc tego roku, weźmy lipiec, tylko jeden dzień, choćby szósty.
Nie sposób.
A jednak ten dzień, miesiąc i rok istnieje w nas, musi istnieć, przecież wtedy byliśmy, szliśmy ulicą, kopaliśmy węgiel, cięliśmy las, szliśmy ulicą, jak opisać jedną ulicę w jednym mieście (może być Kraków), tak aby odczuli jej ruch, jej klimat, jej trwanie i zmienność, jej zapach i szum, tak żeby ją widzieli.

Nie widzą, nic nie widać, noc, Mpango, zwarty busz, Ghana, dogasają ogniska, starcy idą spać, my też zaraz (o świcie odjazd), Nana drzemie, gdzieś pada śnieg, kobiety jak Murzynki, myśli, uczą czytać, coś takiego powiedział, myśli, mieli wojnę, uuuch wojna, coś powiedział, tak, brak kolonii, brak kolonii, ten kraj, Polska, biały, a nie ma kolonii, myśli, busz krzyczy, dziwny ten świat.

_________________
A lot of people don't have much food on their table.
But they got a lot of forks 'n' knives.
And they gotta cut somethin'.


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: pn, 11 lutego 2008 21:30:22 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pt, 24 grudnia 2004 14:34:22
Posty: 12745
Skąd: Poznań
"Opowieści czerwcowe" Michał Lorenc
---

Panuje tu jeszcze jeden powszechny zwyczaj, który wam opiszę.
W Państwie Zdrowego Rozsądku każdy kto się rano obudzi, pędzi do sąsiada, z obowiązkowym uśmiechem wali do drzwi, a gdy te się otworzą, mówi:
"Dokumenty proszę".
Na to zagadnięty z takim samym uśmiechem pyta:
"A czy ma pan dokumenty zezwalające na sprawdzenie pańskich dokumentów?"
Przez chwilę uśmiechają się do siebie i wreszcie pierwszy mówi:
"A czy ma pan pozwolenie na sprawdzenie dokumentów upoważniających mnie do pytania o pańskie dokumenty?"
Znowu chwilę się uśmiechają.
"A czy ma pan papiery, zezwalające panu pytać mnie o pozwolenie na sprawdzenie moich dokumentów upoważniających mnie do kontroli pańskich dokumentów?"
Z uśmiechem patrzą sobie w oczy.
"A czy ma pan zezwolenie na piśmie na to, żeby sprawdzić moje pozwolenie na to aby..."
Ceremonia taka odbywa się codziennie o świcie we wszystkich domach, we wszystkich mieszkaniach. Kto się pierwszy obudzi ten lepszy. Wreszcie w którymś momencie zaczynają sprawdzać sobie dokumenty, pozwolenia, papiery i wszystko na drugi dzień zaczyna się od nowa.

_________________
w sumie fajnie byłoby uratować jakiegoś przystojniaka


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: pn, 11 lutego 2008 21:59:36 
Vincenz we ZWADZIE pisze:
Pod huk muzyki zapytała cicho:
- Wy z Żabiego?
Pancio nie odwracając się, niedbale wyjąkał z kupy szmat:
- Z Ża-żabiego, a jeszcze więcej nie z Żabiego.
- A skąd to?
- Stamtąd gdzie pali pod nogami.
Marika pytała cierpliwie:
- A w Żabiem nie pali?
- Pa-pali już, dlatego uciekłem.
- A tu nie pali?
- Jeszcze nie pali, ale wnet podpali.
- Kto podpali?
- Ten co wszędzie - odparł Pańcio gładko.
Marika zamilkła, Pańcio wcale nie odwrócił się. Marika pytała nieco głośniej:
- A wyście nieżonaty?
- Żo-żona mi w kołysce umarła - odparł Pańcio przez plecy.
Marika uśmiechnęła się i ożywiła nieco.
- A skąd wiecie, że umarła?
- Bo się nie ożeniłem.
- Nie było drugiej?
- Nie, tylko ta jedna.
Uśmiechnięta Marika pytała śmielej:
- A dzieci nie mieliście?
- Byłyby, ale kwaterę nam zmienił ten-tamten...
- Któż zmienił?
- Ten główny na wielkich manewrach.
- Generał? - pytała Marika.
- Nie, ten ponad generały.
- Nasz cesarz?
- Nasz, ale czort uparł się, że jego.
Marika zaśmiała się głośniej i zapytała:
- I cóż zakomenderował?
- Zakomenderował: Marsz na inną kwaterę! A do roboty dzieci ktoś inny! Abtreten!
Marika odwróciła się całkiem ku Pańciowi. Uparła się, aby wyciągnąć z niego coś do rzeczy.
- A matka - ojciec?
- Sierota jestem okrągła, jajko bez kury.
- Nie pamiętacie rodziców?
- Matki nie miałem, ciotka porodziła - chwalił się Pańcio.
- A ojciec?
- Nie miał czasu, pognał za drugą ciotką.
(...)
- A wy lubicie tańczyć?
- Z pstrągami tańczę wciąż, łapię aby im było wesoło.
- Jakże wesoło?
- Każdemu gdy go zjedzą.
- A nie temu co je?
Pańcio rozgadał się:
- Zjedzony ma spokój, sam jeść nie chce i nikt go więcej nie zje. A temu co je najgorzej, wciąż głodny, nigdy się nie naje. Pchły i wszy męczą się najgorzej.
- I one się męczą?
- A któż? Tyle mają do zjedzenia, a nigdy nie skończą.


Na górę
 
 Tytuł:
PostWysłany: sob, 12 kwietnia 2008 13:02:50 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 09 listopada 2004 21:37:55
Posty: 20067
świetny ten wątek! przejrzałem sobie dotychczasowe wpisy, wielu fragmentów jeszcze nie czytałem, ale właściwie wszystkie mam ochotę poznać (chyba to niebawem zrobię!)

tymczasem po raz kolejny - Kapuściński, a fragment taki nieco zabawny bym powiedział, z tym że nie do końca ;-):

Spotkało mnie osobliwe nieszczęście, gdyż syn mój, Hailu, w tych przygnębiających latach student uniwersytetu, zaczął myśleć. Tak jest, zaczął myśleć, a muszę objaśnić cię, przyjacielu, że myślenie było w tamtych czasach dotkliwą niedogodnością, a nawet kłopotliwą ułomnością i jaśnie wysoki pan w swojej nieustającej trosce o dobro i wygodę podwładnych nigdy nie zaniedbywał starań, aby ich przed tą niedogodnością i ułomnością chronić. Wszak po cóż mieli tracić czas, który powinni oddawać sprawie rozwoju, zakłócać swój spokój wewnętrzny i nabijać głowę wszelką nieprawomyślnością? Nic przywoitego i łagodnego ie mogło wyniknąć z faktu, że ktoś postanowił myśleć albo nieopatrznie i wyzywająco wdał się w towarzystwo tych, którzy myśleli. A taką, niestety, nieopatrzność popełnił mój lekkomyślny syn, co jako pierwsza zauważyła moja żona, ktrej instynkt matczyny podpowiedział, że nad naszym domem gromadzą sięciężkie chmury, i która pewnego dnia powiada mi, że chyba Hailu zaczął myśleć, ponieważ wyraźnie posmutniał.

_________________
ćrąży we mnie zła krew


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: ndz, 27 kwietnia 2008 21:57:21 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pt, 24 grudnia 2004 14:34:22
Posty: 12745
Skąd: Poznań
Miron Białoszewski, "Zawał"

- - - - - - - -

Fryzjer goli mnie dziś rano (za 10 złotych) i opowiada Chrobremu żarciki.
-idę ja, proszę brata, do kina z jedną panią, przecinam już bilet, a tu do mnie jeden pan: "pan żyje z moją żoną!" Skoczył na mnie jak wyr. To przez zadrość.
-jak wampir - poprawia Chrobry
-jak wampir - chytrze zgodził się fryzjer i dalej to samo opowiadał, ale bez wampira
Po wyjściu fryzjera powiedziałem na głos
-"zadrość" - i spodobało mi się to słowo z wielką zadrą - "skoczył na mnie jak wyr"
-co to za wyr?
-nowe zwierzę, albo bardzo stare
Chrobry w śmiech, ale znów dał się ponieść nieznajomości rzeczy
-on chciał chyba powiedzieć "wampir"?
-o, nie

_________________
w sumie fajnie byłoby uratować jakiegoś przystojniaka


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: czw, 05 czerwca 2008 09:25:37 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pt, 28 stycznia 2005 14:46:47
Posty: 18718
Skąd: Autonomiczne Księstwo Służew Nad Dolinką
Penetrując wirtualny zbiór opowiadań SF podany przy okazji dyskusji o "Piasecznikach" natknąłem się na opowiadanie "Weekend w mieście" Włodzimierza Różyckiego. Akcja dzieje się w Londynie XXII wieku. Cała ludnosć miasta toczy ze sobą nieustającą wojnę. Ludzie (jeśli już muszą) wychodzą na ulice poryte okopami będąc uzbrojonymi po zęby. Jednak zdecydowanie większość obywateli woli siedzieć w swoich domach zamienionych na małe fortece, choć i tam nie mogą się czuć bezpieczni (całe opowiadanie tu: http://niniwa2.cba.pl/weekend_w_miescie_sf.htm ). Wszystko to brzmi bardzo złowieszczo i przygnębiająco, ale wbrew pozorom opowiadanie jest napisane z niezłym jajem i raczej śmieszy niż przeraża. Szczególnie ujął mnie ten moment:

Podszedł do okna i wesoło gwiżdżąc motyw z trzeciej części sonaty b-moll Chopina, pozwolił promieniom słonecznym smagać się po twarzy. Stojąc tak i tryskając na wszystkie strony radością życia - poczuł naraz ukłucie w prawej stopie. Bezzwłocznie wykonał przepisowy pad płaski z osłoną głowy i przykurczeni nóg, ale to było tylko robociątko do nawlekania igieł, figlarne maleństwo o wysokiej skali integracji. Piszczało teraz z uciechy:

- Wujcio, hi, hi! Taki duży wujcio i tak się wyłożył!

- Poszedł precz, maluchu - stęknął Znawca, choć nie mógł powstrzymać uśmiechu.

- A nie pójdę! Wujcio będzie zaraz pokłuty przez robocika!

- Daj spokój, mały! Bo jak nie, to!... - Badacz zrobił groźną minę.

- Ojej, wujcio zaraz wyłączy robocika! - malec zasłonił swe receptory chwytakami, aż ze strachu poczerwieniała mu dioda.

- Już dobrze, uspokój się. Nic ci nie zrobię. Tylko bądź grzeczny i nawlekaj, zamiast kłuć!

- Iii, wujcio tak gada, a potem weźmie i wyłączy! Każdy wujcio wciąż tylko wyłącza i wyłącza! Ja się boję!

- Nie pleć głupstw - obruszył się Znawca. - Nikt nie wyłącza robotów bez powodu! Tylko wtedy, gdy są niegrzeczne lub bardzo chore.

- Ale wujciowie siebie nawzajem często wyłączają bez powodu, prawda?

- Zdarza się - przyznał John McHmm.

- A dlaczego tak jest, że robocików nie wyłącza się bez powodu, a wujciów - tak?

- Ba!... tego chyba nikt nie wie.

- A ja wiem! A ja wiem! - zapiszczał triumfalnie robocik. - Bo robociki są potrzebne, a wujciowie nie!

- Jak w ogóle możesz coś podobnego... - zirytował się Znawca tym razem całkiem serio.

- A tak! Wujciowie są niepotrzebni! Nic się nie stanie, jak powyłączają się wszyscy! Jeszcze lepiej będzie! I robocik będzie kłuł, kogo tylko będzie chciał!

I wypiszczawszy te groźne słowa, pędrak umknął do swego kącika na zapiecku wieloczynnościowej maszyny do szycia, zostawiając naszego Badacza w konfuzji, trochę zakurzonego, leżącego pośród nieuprzątniętych odpadków - digitalny odkurzacz zbiesił się bowiem i głuchy na wszelkie pertraktacje, podjął strajk ostrzegawczy.


Ten robocik, to wypisz, wymaluj moja kotka, która (gdyby tylko mogła) klepała by wszystko i wszystkich swoimi łapkami.

Inna sprawa, że ostateczny wniosek robocika jest niezbyt wesoły dla gatunku homo sapiens :|

Zdrówka życzę


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: wt, 30 grudnia 2008 16:00:35 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 09 listopada 2004 21:37:55
Posty: 20067
W Poznaniu była piąta rano.

Ulicą Słowackiego, dokładnie tak samo, jak wszystkimi ulicami wszystkich polskich miast, pierwsi drżący przechodnie przemykali pod ścianami domów, to oblewając się nieziemską poświatą, wydzielaną przez lampy jarzeniowe, to znów ginąc w mroku poranka. Gdyby któremuś z tych niewyspanych ludzi przyszła fantazja spojrzeć w górę, ujrzałby zapewne widok godny uwagi. Ale o piątej rano, w grudniu, fantazja jest ostatnią rzeczą, jaką może poszczycić się przechodzień. O godzinie piątej rano, w grudniu, przechodzień szczęka zębami, patrzy pod nogi i sunie do pracy. Nie ma zbyt wiele czasu, żeby się rozglądać. Gdyby miał zbyt wiele czasu, toby raczej wstał o kwadrans później.

W tych okolicznościach nikt nie dostrzegł, że na balkonie starego domu z wieżyczką płonie ognisko.



Co za rewelacyjny początek dla książki!


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: wt, 30 grudnia 2008 16:18:33 

Rejestracja:
sob, 09 sierpnia 2008 20:41:01
Posty: 915
Rozżalenie, tęsknota, piękność szczupłego kształtu przed nami - z czegóż pochodziły, jeśli nie z tego, żę nie był mężczyzną? Bo my przyprowadziliśmy mu Henię, jak kobietę - mężczyźnie, lecz on, jeszcze, nim nie był... nie był samcem. Nie był panem. Nie był władcą. I nie mógł posiadać. Nic nie mogło być jego, nie miał prawa do niczego, był tym, który musi służyć i ulegać - szczupłość jego i giętkość wezbrały nagle na tym gumnie, tuż obok desek, drągów, a ona odpowiedziała mu tym samym: szczupłością i giętkością. Połączyli się naraz, ale nie jak mężczyzna i kobieta, tylko w czymś innym, we wspólnej ofierze składanej niewiadomemu Molochowi, niezdolni siebie posiąść, zdolni tylko siebie ofiarować - i ów dobór płciowy między nimi uległ zwichnięciu na rzecz jakiegoś innego doboru, w czymś okropniejszym i chyba piękniejszym. Powtarzam iż działo się to na przestrzeni sekund. A właściwie nic się nie działo: po prostu staliśmy.

Witold Gombrowicz - Pornografia

Ostatnie zdanie rozkłada na łopatki. Uwielbiam ten fragment. Jeden z moich ulubionych Gombrowicza :).


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: wt, 30 grudnia 2008 16:31:08 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 09 listopada 2004 23:39:35
Posty: 12221
Skąd: Nieznajowa/WarsawLove
ha ha crazy, widzę, że przerabiasz jeżycjadę?

_________________
ja herez ja herez
Obrazek


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: wt, 30 grudnia 2008 16:49:33 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 09 listopada 2004 21:37:55
Posty: 20067
nie, ja nie nadaję się do "przerabiania" żadnych serii książkowych

ze dwa lata temu przeczytałem Opium w rosole i naprawdę BARDZO mi się podobało, ale aż do teraz nie odczuwałem potrzeby sięgnięcia po inną książkę z tego cyklu. mam jednak przeczucie, że Szósta klepka sprosta wyzwaniu ;-)

co do czytania seriami, i też a propos Kapuścińskiego, który w tym wątku chyba najczęściej przywoływanym autorem był, po przeczytaniu Cesarza (parę postów wcześniej cytowanego ;-)) miałem ochotę przeczytać coś jeszcze... ale też nie od razu; chciałem potem wziąć się za Heban, ale okazało się, że nie mamy na stanie ani my, ani najbliższa rodzina, więc zastępczo przeczytałem Busz po polsku (który nomen omen cytowała tu Monika). Na Heban nadal mam ochotę, ale tak bezpośrednio po tamtym nie. Może po Szóstej klepce przyjdzie czas.

_________________
ćrąży we mnie zła krew


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: pn, 23 lutego 2009 12:13:26 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pt, 24 grudnia 2004 14:34:22
Posty: 12745
Skąd: Poznań
Ostatnio poczułem chęć sięgnięcia po coś standardowego, mieszczącego się w nurcie gatunku, bez udziwnień. A zatem: Alistair MacLean i "Ostatnia granica". Wciągnęło mnie jak cholera! I fajne, typowe smaczki - gdy Anglik-szpieg Reynolds wędruje po Budapeszcie lat 50-tych z Hrabią, polskim arystokratą, który robi tam za węgierskiego pułkownika Kwiatkowskiego.

Hrabia poczekał, aż portier odejdzie, wyjął złotą papierośnicę, pieczołowicie wybrał papierosa, przyjrzał mu się, włożył starannie do lufki, bez pośpiechu poszukał zapałek i w końcu wyjąwszy jedną, zapalił. Piękny spektakl, przyznał w duchu Reynolds. Dyrektor, już dostatecznie wystraszony, był teraz na granicy histerii.
-Co się stało towarzyszu, czy coś nie w porządku? – Starając się opanować drżenie głosu, przemówił głośniej niż zamierzał, zaraz więc zniżył głos niemal do szeptu. – Jeśli mogę w czymkolwiek pomóc AVO, to zapewniam...
-Odzywajcie się tylko, kiedy was zapytam. – Hrabia nawet nie podniósł głosu, ale dyrektor skurczył się o połowę, a jego usta zacisnęły się w białą kreskę strachu. – Widzieliście się dzisiaj z moimi ludźmi?
-Tak, tak całkiem niedawno. Jeszcze nawet nie spałem...
-Oczekuję tylko odpowiedzi na pytanie – powtórzył Hrabia łagodnie.- Mam nadzieję, że nie będę już musiał o tym przypominać... Pytali, czy macie tu jakiegoś nowego gościa albo świeże rezerwacje, sprawdzili książkę hotelową i pokoje. Zostawili oczywiście rysopis człowieka, którego poszukiwali?
-Mam go tutaj, towarzyszu. – Dyrektor poklepał się po kieszeni na piersi.
-I kazali wam natychmiast telefonować, jeśli ktoś taki się pojawi?
Dyrektor skinął głową.
-Zapomnijcie o tym wszystkim – rozkazał Hrabia. – Sprawa szybko posuwa się naprzód. Mamy podstawy sądzić, że ten człowiek tu przyjedzie, a jego łącznik albo już tu mieszka albo zjawi się w ciągu dwudziestu czterech godzin. – Hrabia wydmuchał długą, cienką strużkę dymu i spojrzał przeciągle na dyrektora. – Z tego co nam wiadomo, już po raz czwarty w ciągu ostatnich trzech miesięcy udzielacie w swoim hotelu schronienia wrogowi naszego państwa.
-Co? My? W naszym hotelu? – Dyrektor wyraźnie pobladł. – Przysięgam na Boga, towarzyszu...
-Na Boga? – Hrabia zmarszczył brwi. – Jakiego Boga? Czyjego Boga?
Twarz dyrektora nie była już blada ale szara: prawdziwi komuniści nie popełniają tego rodzaju gaf. Reynoldsowi było go niemal żal, wiedział jednak co Hrabia chce osiągnąć: poprzez zastraszenie absolutne podporządkowanie się jego życzeniom, ślepe i bezwolne posłuszeństwo. I już to sobie zapewnił.
-Przejęzyczyłem się, towarzyszu. – Dyrektor zaczął się jąkać w panice, ręce i nogi mu się trzęsły.- Zapewniam was, towarzyszu...
-Nie. Nie, to ja was zapewniam, towarzyszu.-Hrabia mówił niemal szeptem – Jeszcze jeden niewłaściwy krok a będziemy musieli zadbać o pewną reedukację, o wyeliminowanie tych żałosnych burżuazyjnych ciągot, tej gotowości udzielania schronienia ludziom, którzy tylko patrzą, żeby wbić naszej ojczyźnie nóż w plecy.

_________________
w sumie fajnie byłoby uratować jakiegoś przystojniaka


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: wt, 26 stycznia 2010 20:47:38 
(-)


Ostatnio zmieniony sob, 23 lipca 2016 21:03:11 przez chewbacca, łącznie zmieniany 1 raz

Na górę
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 65 ]  Przejdź na stronę Poprzednia  1, 2, 3, 4, 5  Następna

Strefa czasowa UTC+1godz.



Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 4 gości


Nie możesz tworzyć nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Przejdź do:  
Technologię dostarcza phpBB® Forum Software © phpBB Group