Ultima Thule

Forum fanów Armii i 2TM2,3
Dzisiaj jest śr, 22 listopada 2017 13:40:30

Strefa czasowa UTC+1godz.




Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 22 ]  Przejdź na stronę 1, 2  Następna
Autor Wiadomość
PostWysłany: pn, 21 listopada 2005 22:55:04 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 10 listopada 2004 14:59:39
Posty: 24065
Zaszaleję i to wkleję :D . Tym razem to wypracowanie z jesieni 2003. Z czasów przed-forumowych. Może rozpęta sie jakaś dyskusja.

OKOLICE „TAŃCA SZKIELETÓW”

„Tak tedy będziemy zbierali te aluzje, te ziemskie przybliżenia, te s t a c j e i etapy po drogach naszego życia, jak ułamki potłuczonego zwierciadła. Będziemy zbierali po kawałku to, co jest jedno i niepodzielne, naszą wielką epokę, genialną epokę naszego życia”
[B. Schulz, Sanatorium pod Klepsydrą, Warszawa 2000, s. 115. Podkreślenie moje.]

Twórczość Tomasza Budzyńskiego jest zjawiskiem nietypowym i dosyć oryginalnym. Szczególną cechą tej twórczości, wywodzącej się, było nie było, z kontrkultury, z undergroundu, jest żywe odwoływanie się do różnych nurtów europejskiej kultury.
Chciałbym zastanowić się pod tym kątem nad płytą „Taniec szkieletów”- spróbować odnaleźć konteksty, w których jej treść stanie się bardziej wyrazista, a jej przekaz łatwiej zrozumiały. Nie będę tu przedstawiał szczegółowych analiz tekstów poszczególnych piosenek, lecz poprzestając przy treści wrażenia jakie one na mnie wywarły, przedstawię garść cytatów, które w mojej opinii dobrze ilustrują pewne aspekty solowej (i nie tylko) twórczości pana Tomka.
Zacząć jednak wypada od samej płyty.
Tekstowo, muzycznie a także wizualnie (okładka) Taniec szkieletów stanowi pewną całość. Pozostańmy przy tekstach, gdyż mimo wszystko o nich mówić najłatwiej. One również, mimo, że nierozerwalnie związane z muzyką, są głównym nośnikiem czytelnych treści kulturowych.
I cóż my tu mamy? Co autor uznał za rzeczy istotne, o których warto śpiewać? Słyszymy piosenki o miłości, o bliskich osobach. O doświadczaniu świata, o chwilach szczególnych i nieszczególnych. O przeczuciach. O różnych miejscach na mapie naszego kraju. Słyszymy kilka tajemniczych historii. Wspominana jest również Dobra Nowina. Prócz tego, hmm... Prosty przedziałek, Wiatraczna, panowie Balcy i Mol, trupia czaszka, pomidorowa, karty, autobus, torba – borba, ogień, kadzidło i dzwon, spis powszechny i tak dalej.
Wbrew pozorom wiele kryje się za tym urokliwym przemieszaniem zwyczajności i niezwyczajności. Aby określić rzecz bliżej sięgnijmy do wielkiego w tej dziedzinie autorytetu. Bruno Schulz wyjaśniał podobne kwestie następująco:
„W dziele sztuki nie została jeszcze przerwana ta pępowina łącząca je z całością naszej problematyki, krąży tam jeszcze krew tajemnicy, końce naczyń uchodzą w noc otaczającą i wracają stamtąd pełne ciemnego fluidu” [B. Schulz za J. Ficowski, Okolice sklepów cynamonowych, Kraków – Wrocław 1986, s. 20.] I dalej:
„Jakieś zdarzenie może być co do swej proweniencji i swoich własnych środków małe i ubogie, a jednak, zbliżone do oka, może otwierać w swym wnętrzu nieskończoną i promienną perspektywę(...)” [B. Schulz, Sanatorium pod Klepsydrą, Warszawa 2000, s. 115.]
W takim kontekście, dla znających „Sanatorium pod Klepsydrą”, ośmielę się porównać zbiór kolorowych opowieści pana Tomasza do markownika Rudolfa, czyli do albumu z pocztowymi i egzotycznymi znaczkami, będącego w posiadaniu koleżki z opowiadania „Księga”. Szukajmy podobieństw:
„I oto, gdyśmy już stracili nadzieję, pełni gorzkiej rezygnacji, pogodzili się wewnętrznie z jednoznacznością świata, z tą ciasną niezmiennością, której potężnym gwarantem był Franciszek Józef I – wtedy znienacka, jak rzecz nieważną otworzyłeś przede mną ten markownik, o Boże, pozwoliłeś rzucić mimochodem spojrzenie w tę księgę łuszczącą się blaskiem, w markowniku strojący swe szaty, stronica za stronicą, coraz jaskrawszy i coraz przeraźliwszy...” [Tamże, s. 136.]
Aby poszerzyć ów kontekst, a przy okazji wytłumaczyć się trochę ze śmiałości porównania czymś innym niż nadmierna egzaltacja, wspomnieć należy o tym do czego Bruno–drohobycznin nawiązuje. I do czego, zdaje się, nawiązuje w swej twórczości również Budzyński. Chodzi mianowicie o wątki kultury żydowskiej, mające swe źródła w szesnastowiecznej kabale luriańskiej (może nawet w starszej jeszcze „Księdze blasku”?) Podstwą jest tu mit o stworzeniu świata, o iskrach boskiego światła uwięzionych w „skorupach”, czyli w świecie materii. [Z konieczności piszę tu krótko, przez nieudolność niejasno. Więcej i kompetentnie na ten temat znajdzie czytelnik w cytowanych pracach Bubera.] Na tej koncepcji opierała się mistyka chasydów. Martin Buber streszczał jej sens następująco: "Izrael rozproszył się po całym świecie, by uwalniać i przywracać Bogu rozproszone wszędzie iskry boskiego światła i naprawić w ten sposób skutki nie zawinionej przez człowieka katastrofy”. [M. Buber, Posłowie do książki: Rabbiego Izraela Ben Eliezera zwanego Baal Szem Tow to jest mistrzem dobrego imienia zestawione z okruchów przez Martina Bubera, 1993, s. 51.]
Hmm... Zerknijmy do wywiadu z Budzyńskim z 1997 roku. Czytamy tam co następuje: „Gdyby ktoś zapytał: „Dlaczego śpiewasz, dlaczego malujesz?”, mógłbym odpowiedzieć, że w rzeczywistości, tej stworzonej, widzę porozrzucane iskry Boga i chcę je odnaleźć”. [Brum, 1(39)/1997.] Ale to tak na marginesie.
Wydaje się, że to, co we wspomnieniach lśni blaskiem – warte jest utrwalenia. Najwięcej takich gwiazdeczek odnajdujemy w krainie dzieciństwa. Ale nie tylko. Mechanizm tego zjawiska wyjaśnia po swojemu Bruno: „(...) są rzeczy, które się całkiem, do końca nie mogą zdarzyć. Są za wielkie, aby się zmieścić w zdarzeniu, i za wspaniałe. Próbują one tylko się zdarzyć, próbują gruntu rzeczywistości, czy je uniesie. I wnet się cofają, bojąc się utracić swą integralność w ułomności realizacji. A jeśli nadłamały swój kapitał, pogubiły to i owo w tych próbach inkarnacji, to wnet zazdrosne odbierają swą własność, odwołują ją z powrotem, reintegrują się i potem w biografii naszej zostają te białe plamy, wonne stygmaty, te pogubione srebrne ślady bosych stóp anielskich, rozsiane ogromnymi krokami po naszych dniach i nocach, podczas gdy ta pełnia chwały przybiera i uzupełnia się nieustannie i kulminuje nad nami, przekraczając w triumfie zachwyt po zachwycie.
A jednak w pewnym sensie mieści się ona cała i integralna w każdej ze swych ułomnych i fragmentarycznych inkarnacyj. Zachodzi tu zjawisko reprezentacji i zastępczego bytu”
. [B. Schulz, dz. cyt., s. 115.]
Dopowiedzieć warto, że wiąże się to wszystko z kluczową cechą duchowości chasydów (choć oczywiście nie tylko!): z uświęcaniem codzienności. Skoro sacrum objawia się za pośrednictwem czegoś, co jest od niego różne...? W ten sposób rodzi się świat, gdzie przenikają się doczesność i zaświaty. Świat portretowany, zdaje się, np. przez Chagalla.
W takim kontekście nawet zaskakująco drobne wydarzenie może mieć swą świetlistą wartość, a rzecz błaha wagę mini-objawienia. Powstaje w ten sposób swoista mitologia, wszak „życiorys (...), który zmierza do wyjaśnienia swego własnego sensu, wyostrzony na własne duchowe znaczenie, jest niczym innym jak mitem” [B. Schulz [w:] J. Ficowski, dz. cyt., s. 60.], a w nim pozostaje utrwalone postrzeganie świata i rozmaite odkrycia na temat jego natury. To wydaje mi się bardzo ważne.
W książce Bubera o chasydach czytamy: „ruch ten (...) w istocie usuwał mur dzielący to co święte, od tego co świeckie, a także pouczał, w jaki sposób można uświęcić wszelkie świeckie działanie (...)”. „Nie trzeba być ani uczonym w piśmie ani mędrcem: wystarczy jednolita, niepodzielnie ku jej boskiemu celowi skierowana dusza człowieka. Świat w którym żyjemy, taki jaki jest, on właśnie, a nie cokolwiek innego, zapewnia nam obcowanie z Bogiem, które wyzwala zarówno nas, jak obecność Bożą w świecie w takiej mierze, w jakiej została nam udzielona. A to zaś czym się zajmujemy, jacy jesteśmy, stanowi o naszym własnym dostępie do Boga, o naszej odrębnej możliwości dotarcia do niego”. [M. Buber, Opowieści chasydów, Poznań 1986, s. 18.]
Z takiego punktu widzenia nieco inaczej wygląda kwestia osobistego charakteru tekstów Budzyńskiego, ich „zrozumiałości” dla słuchaczy, zarzutów o hermetyczność. Do pewnego stopnia jest to zjawisko uzasadnione: bądź co bądź możemy mieć tu do czynienia z objawieniami, więc raczej nie powinniśmy zacierać ich pierwotnego blasku nadmiernym wyjaśnianiem i obiektywizowaniem.
Pochylmy się nad kolejnym cytatem z Bubera. Mimo że jest nieco długi i nieco zawiły. Ale za to sporo wnosi do naszych zagadnień. Autor ten pisze o opowieściach chasydów: „Pochodzą od ludzi ogarniętych zachwyceniem, którzy we wspomnieniach i zapiskach utrwalili to, co – będąc w stanie owego zachwycenia – uznali za prawdziwe lub też sądzili, że za takie uznali, a więc zarówno to, co wprawdzie się wydarzyło, lecz było dostępne jedynie oku człowieka trwającego w zachwyceniu, jak i to, co nie zdarzyło się tak jak o tym opowiedziano i jak zdarzyć się nie mogło, lecz co dusza człowieka trwającego w zachwyceniu odczuła jako całkiem rzeczywiste, toteż ów człowiek opowiada o tym, jak o czymś najzupełniej rzeczywistym. Muszę więc – kontynuuje autor - nazwać to rzeczywistością, rzeczywistością doświadczoną przez dusze trwające w zachwyceniu, czystą i niewinną, w której nie ma miejsca na zmyślenia i dowolności. Dusze te nie mówią jednak o sobie, lecz o tym, co na nie oddziałało. To więc co z ich opowieści możemy zaczerpnąć, nie jest jedynie faktem psychologicznym, lecz wydarzeniem, które przytrafiło się w życiu. Zdarzyło się coś, co wprawiło owe dusze w zachwycenie i oddziałało na nie tak, jak oddziałało: opowieść więc o owym zdarzeniu mówi o tym, co tak oddziałało (...). Oto prawdziwa l e g e n d a i jej rzeczywistość” .[Tamże, s. 15. Podkreślenie moje.]
No cóż, dochodzimy do najważniejszego. Buber pisze tu o doświadczeniu, które możemy nazwać doświadczeniem mistycznym. Rzecz ujmuje w dodatku - nie przypadkiem – bardzo precyzyjnie pod względem gnoseologicznym. Otóż doświadczenie owo nie daje się zamknąć w kategorii mistyki subiektywnej, indywidualnej, mistyki „przeżyć”, w ramach doświadczania stanów psychologicznych i irracjonalnych. Przeciwnie: nosi ono znamiona obiektywizmu, odnosi się do czegoś powszechnego, przynajmniej dla pewnej wspólnoty, która uznaje to doświadczenie, która dostrzega ów blask. Mamy tu do czynienia z wyjściem poza codzienny racjonalizm, ale nie w dziedzinę ułudy, psychodelii czy irracjonalnych doświadczeń indywidualnych [Lekkomyślny poeto!], lecz na poziom mistyki będącej poznaniem. Poznaniem wyższych rejonów rzeczywistości. [A tych jak mówili znawcy nie ma. Cóż jeśli zdobędą świat...]
Przyznają państwo, że postawa tego typu w postmodernistycznej kulturze jest dosyć nieoczekiwana.
To bardzo ciekawe. Buber pisze dalej tak: „Ponieważ doświadczenia człowieka w zetknięciu ze światem i z sobą są (...) takie, że nie budzą w nim uczucia zachwycenia, koncepcje religijne wskazują mu byt inny, inny świat, doskonały, w którym jego dusza też jest doskonała. Z perspektywy owego bytu doskonałego życie ziemskie to zaledwie przedsionek lub po prostu zwykłe złudzenie (...)”. [M. Buber. dz. cyt., s. 16.]
Konsekwentne otwarcie się na doświadczenie mistyczne wiąże się z opieraniem się na tym co niewidzialne. Czyli z wiarą. W przypadku twórczości Budzyńskiego nie tylko deklarowanej, ale i określającej, jak widzimy, kształt tej twórczości.
Sięgnijmy do kolejnego autora, do kolejnego autorytetu. Mikołaj Bierdiajew w swej niesłychanej pracy pt. „Filozofia wolności” pisze w ten sposób: „Cały świat, cały porządek przyrody jest zamkniętym pomieszczeniem, w którym działają dane w nim siły. Te siły w sposób immanentny nie mogą siebie przerosnąć, dokonać cudu. Jednak w zamknięte pomieszczenia naszego świata [Tu mnie wrzucono. Gdzieś podobno jest tajemne przejście.] mogą się wedrzeć siły świata innego, siły boskie, siły łaski. Wówczas nastąpi cud. [M. Bierdiajew, Filozofia wolności, Białystok 1995, s. 40.]
Doświadczenie cudu ma charakter nie tylko indywidualny, ale i powszechny. Dla chasydów i dla Bierdiajewa ma też wymiar kosmiczny. Wiąże się z przeistaczaniem świata.
Zajrzyjmy do „starego” wywiadu z Budzyńskim (1991), gdzie mówi on o działalności zespołu Armia: „Być może nie uda się nam zmienić świata jedną piosenką, ale podejmujemy taką próbę” [Magazyn Muzyczny, Nr. 6 (388), s. 22 – 23.]. Ale to tak na marginesie.
Pan Tomasz kilkakrotnie przywoływał Dostojewskiego i jego słynne zdanie o tym, że piękno zbawi świat. U Bierdiajewa znajdujemy pogłębienie tej myśli:
„Haniebna proza racjonalizmu to tylko choroba bytu. Wszystko w historii żyje tajemniczym życiem, a piękno jest najbardziej autentyczną rzeczywistością. Mistyka i piękno – oto gdzie jest to, co najbardziej realne, oto gdzie jest istność. Brzydota empirycznego bytowania i rozsądkowość świadomości to widma, niebyt, grzeszny sen. Żyjemy w grzesznym śnie rozsądkowości, śnie naszej złej woli, a sny nasze są haniebnie prozaiczne i nudne” [M. Bierdiajew, dz. cyt., s. 166.]
W tej samej, wydanej w 1911 roku książce Bierdiajew pisał: „Nadchodzi (...) czas, kiedy myśl, znużona chorobliwym hamletyzmem, powinna wrócić do zdrowej d o n k i s z o t e r i i...” [Tamże, s.49.]
Taką postawę zarysować możemy również w nieco innym kontekście, mimo że pozostajemy na gruncie duchowości prawosławnej. W słowniczku na końcu książki Paula Evdokimova, w wyjaśnieniach dotyczących tzw. teologii negatywnej czytamy: "Teologia wschodnia traktuje świat stworzony jako „miejsce teofanii”, „księgę objawień”, której „odczytywanie” winno polegać na rozszyfrowywaniu znaków (śladów, obrazów, symboli) Bożej czynnej Obecności – zagadkowej i tajemniczej, objawiającej się poprzez fakty i wydarzenia zbawcze o znaczeniu profetycznym i eschatologicznym. Przeniknięcie okiem wiary do tej nadprzyrodzonej „warstwy” rzeczywistości jest możliwe wyłącznie na drodze bezpośredniego, doświadczalnego wglądu, a nie poprzez schematy pojęciowe i rozumowania dyskursywne, które prowadzą do „racjonalistycznej idolatrii”. [P. Evdokimow, Kobieta i zbawienie świata, Poznań 1991 r., s. 293.]

Zamierzeniem moim było tylko przedstawienie kilku kontekstów, w odniesieniu do których płyta Taniec szkieletów nabiera szczególnego wyrazu. Dlatego nie będzie wniosków i podsumowania. Zachęcam do własnej refleksji. W zamian podzielę się jeszcze jednym skojarzeniem. Tym razem kolejowym.
Pociągi są ważne na płycie. Nie mniej ważne jak autobusy w październiku. Już na „Drodze” niesamowity jest przyjazd parowozu numer osiem w postaci utworu „ Jezus Chrystus panem jest”. Zwłaszcza gdy przechodzi on w ten inny wymiar i mija już tylko tajemnicze semafory i dziwne niebieskie światła coraz wyżej i wyżej... To coś jak biała lokomotywa. Musieliście o niej słyszeć: „Wspaniałe te dwa słowa rzucił kiedyś na wiatr Ryszard Milczewski – Bruno. Znajdowałem się akurat w pobliżu, w Grudziądzu nad Tryszką, i pochwyciłem je, nie dając im umknąć w przestworza. Uczyniłem z nich synonim smugi światła, która to smuga światła – biała lokomotywa jest na pewno nie mniej słynna, co słynna smuga cienia.
„Biała Lomokotywa”, zauważyłem to post factum, po napisaniu tej piosenki, nawiązuje wyraźnie do mitu Orfeusza i Eurydyki. Z tym, że nie Eurydyka, lecz Orfeusz znajduje się w krainie zmarłych – Eurydyka nie idzie tam za nim, ale posyła mu białą lokomotywę, aby Orfeusz chwycił się jej i na smudze światła – białej lomokotywie wyjechał, wydostał się z krainy zmarłych do krainy żywych, gdzie między innymi: brzęczą pszczoły, pluszcze rzeka, słońca blask, cienie drzew i Eurydyka gdzieś, gdzieś w cieniu drzew, którą Orfeusz będzie chciał odnaleźć (bowiem nie zna jej) aby skłonić się przed nią i rzec: Dziękuję ci Pani, za twój piękny gest!”
[E. Stachura, Poezja i proza, t. 5, s. 294.]
Ach - i jeszcze jedno na koniec. Kilka lat temu, j e s i e n i ą, wałęsaliśmy się (pociągi, autobusy) z kolegą po części tzw. ziem odzyskanych. Buszując w fortach pod Nysą natknęliśmy się na zapomniany, zaniedbany, zarośnięty krzakami, poniemiecki cmentarz. Na jednym nagrobku, jako epitafium widniał napis: auf Wiedersehen. Bo śmierci już nie ma?

EDIT:Przywróciłem zaginioną wśród wklejania kursywę. Od razu widać, że niewiele sam tu napisałem...


Ostatnio zmieniony wt, 22 listopada 2005 20:06:33 przez antiwitek, łącznie zmieniany 1 raz

Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: wt, 22 listopada 2005 09:47:39 
Witek, jestem porażony... z takim tekstem warto polemizować, choćby dla zasady... szczególnie, jeśli się jest zaprzysięgłym schulzo- i budzofilem... porównanie TAŃCA SZKIELETÓW do markownika Rudolfa, a tym bardziej do chasydzkiego uświęcania codzienności, to jedna z najcenniejszych rzeczy, które tu przeczytałem... żałuję tylko, że czas potraktował tę część mej pamięci, która gromadzi to co wyczytane tak, jak u Schulza wiatr - poddasza i strychy...


Na górę
 
 Tytuł:
PostWysłany: pt, 25 listopada 2005 18:22:45 
Trochę myślałem o tym porównaniu TAŃCA SZKIELETÓW do markownika Rudolfa i wciąż jestem nim zachwycony, tym bardziej, że przecież Patagonia i byle co...
Jedno trzeba jednak wyraźnie podkreślić: to są dwa różne światy! Nie mogę się niestety podeprzeć tym wszystkim, co o Schulzu przeczytałem, bo mi wywietrzało, o czym w poprzednim wpisie już było; niemniej, kilka słów odważę się napisać. Otóż, o ile u Budzego wszystko - nawet śmierć - jest świetliste i jest to świetlistość czysta, nieskażona, o tyle u Schulza wszystko jest co najmniej dwuznaczne - nawet światło. Budzy szuka śladów Boga, Bruno - trawiony nieustannie nieustępliwością własnych demonów - kawałków potłuczonego lustra, noszącego znamiona głębokiego pokrewieństwa z jakimś Demiurgiem...
Tak to zawsze widziałem, choć dotąd (do wpisu Antiwitka), nigdy nie przyszło mi do głowy te dwie rzeczywistości ze sobą zestawiać...


Na górę
 
 Tytuł:
PostWysłany: pn, 28 listopada 2005 19:58:38 
Fajne Prztyku (antyPrztyczku ;).
Tez se esejne odrobinkę (polemicznie ;)
Do tekstów Budzyńskiego mam stosunek nie do końca określony. Bardziej je czuję, niż odczytuję. Najbardziej (oceniając teksty) lubię Drogę, potem (zależnie od humoru) Pocałunek, Taniec Szkieletów i Czas i Byt. Mają w sobie zarówno prostotę, jak i dużą ilość odautorskich aluzji. Często odczytuję je błędnie (w stosunku do intencji autora), lecz te interpretacje zwykle (czasem? ;) mieszą się w ogólnej możliwości interpretacyjnej (przynajmniej wg. teorii, iż dzieło które wyjdzie z rąk autora staje się autonomiczną całością, którą można odczytać, nie znając kontekstu jej powstania).
Powyższy akapit mozna czytać zarówno jako odrebną całość, ajk i zakręcony wstęp do nastepnego akapitu ;)
W każdym razie nie przemawiają do mnie akcenty związane z cholernym Bruno Schulzem :) Jest to autor bardzo specyficzny, który ślizga się (jak dla mnie rzecz jasna) po cienkiej linii między artyzmem a grafomanią.
Słów Budzego jak wspomniałem w pewnym sensie, nie czytam, a czuję, stąd mój wew. opór! ;) Rozumiem natomiast że Ty cenisz go nadzwyczaj :)

antiwitek pisze:
Hmm... Zerknijmy do wywiadu z Budzyńskim z 1997 roku. Czytamy tam co następuje: „Gdyby ktoś zapytał: „Dlaczego śpiewasz, dlaczego malujesz?”, mógłbym odpowiedzieć, że w rzeczywistości, tej stworzonej, widzę porozrzucane iskry Boga i chcę je odnaleźć”. [Brum, 1(39)/1997.]

Ten cytat odczytywalbym bardziej w kontekście koncepcji oświecenia boskiego wynikającej z pism kartezjańskich (podstaw tej teorii można doszukiwać się wcześniej u św.Augustyna i Platona).
Twoja interpretacja wydaje się ciekawa w kontekście połączenia pism Schulza (jeśli dobrze rozumiem Twe streszczenie jego myśli, sam czytałem jedynie jego opowiadania(?) ) i innych myślicieli (chasydyzm w interpretacji Bubera). Dla mnie (podobnie jak dla Kamika?) Schulz nterpretuje twóczość artysty (jeśli dobrze czytam Twój tekst) jako zapisu jego umysłu, w którym wszelkie elementy mają swój własny autonomiczny byt i ich znaczenie oraz pozycja są czysto subiektywne, do pewnego stopnia przypadkowe, a przy tym czesto irracjonalne.
Połączenie tekstu Schulza z chasydzkim (?) odczuwaniem światła wydaje mi się nadmiernym wykorzystaniem pism Brunona.
Bardziej przemawia ta część w której świata który jest uporządokowany w Panu, a autor tekstu oddaje jakąś część mistycznego planu, lecz jego możliwości kreacyjne są nieprzypadkowe, a subiektywizm czysto pozorny.

Bardzo do mnie przemawia w ogóle ta koncepcja :) Może zostanę chasydem :)
Większość tekstu napisałem przed przeczytaniem postów Kamika. Potem jedynie nieco przekształciłem pewne fragmenty. Tekst Antiwitka przeczytałem 2 razy - przy czym pierwsze czytanie liczy się nie w pełni, bo mam umysł i możliwości percepcyjne zryte przez poprzednią pracę. Mam nadzieję że Witek wyprostuje wszelkie moje błędy w tym niepełnym odczytaniu zatem. no i Dzięki w każdym razie Witku za wyrwanie z marazmu intelektualnego :piwo:


Na górę
 
 Tytuł:
PostWysłany: śr, 30 listopada 2005 11:18:32 

Rejestracja:
śr, 01 grudnia 2004 14:16:01
Posty: 2647
kurcze, nie da sie tego przeczytac w pracy. wydrukuje sobie i na spokojnie w zacisznym pokoiku przetrawie, bo z tak jednej trzeciej ktora przeczytalem w miare dokladnie to bardzo warto.


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: śr, 30 listopada 2005 19:17:19 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 09 listopada 2004 19:39:34
Posty: 2858
Skąd: bydzia
udaję sie odkopac pana Schulza... :)

_________________
you create your hell...


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: śr, 30 listopada 2005 22:24:55 
skopać Bronka, skopać ;)


Na górę
 
 Tytuł:
PostWysłany: śr, 30 listopada 2005 22:27:59 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 10 listopada 2004 14:59:39
Posty: 24065
Jakiego Bronka? Jakiego Bronka?

3bajek, królu złoty - ja tu Ci wkrótce odpowiem :)


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: śr, 30 listopada 2005 22:33:10 
Ludzkim zdrobnieniem od Bruno(na?) jest dla mnie Bronek ;)
I lepiej nie odpowiadaj, bo się znów zamyślę, a udawało mi się w maraźmie intelektualnym już od dłuższego czasu pobyć i potem boli mnie głowa ;)


Na górę
 
 Tytuł:
PostWysłany: ndz, 11 grudnia 2005 10:24:52 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 09 listopada 2004 21:37:55
Posty: 20007
Wydrukowałem i przeczytałem!

Pierwszy kontakt z tekstem był o tyle pechowy, że zaczytawszy się, minąłem swoją stację w metrze i spóźniłem się do pracy... lol.

Za to na niedzielny poranek - idealna lektura.
Choć trudna. Przeczytanie jej zajęło mi dokładnie tyle, co przesłuchanie całego Tańca szkieletów... wiele akapitów trzeba było zacząć od nowa. Może dlatego nigdy nie umiałem tak naprawdę czytać pism myslicieli rozmaitych. Zawsze miałem ochotę, teraz też: o! muszę sobie tego Bierdiajewa poczytać! ale juz czuję pismo nosem, że gdybym zaczął czytać, to bym ugrzązł i zaczął na potęgę zasypiać nad książką.
W dodatku mam tak jak Kamik, że co przeczytam, to wywietrzeje, więc i zabłysnąć potem nie mam czym... motywacja spada ;-)

Ale kilka uwag nad świeżo przeczytanym tekstem przecież się należy.
Na początek powtórzę za Kamikiem - porównanie Tańca szkieletów do chasydzkiego uświęcania codzienności (o markowniku pierwsze słyszę) to wielkie odkrycie. Może zresztą odkrycie czegoś, co było od początku oczywiste, ale czasem dopiero ujęcie czegoś w słowa i podparcie się cytatem nadaje rangę.
A cytaty z Bubera są doskonale dobrane. "Nie trzeba być uczonym w piśmie ani mędrcem (...) Świat, w którym żyjemy (...), a nie cokolwiek innego, zapewnia nam obcowanie z Bogiem" - czy to nie jest idealne podsumowanie poezji Tańca szkieletów? Codzienność, to okno w pralni, które sprawia, że zaświaty przychodzą na świat, kiedy dusza ludzka jest ogarnięta zachwyceniem.

Fragment o zachwyceniu jest dla mnie prawdziwą rewelacją. Pozwolę sobie przecytować:

Martin Buber o opowieściach chasydów pisze:
Pochodzą od ludzi ogarniętych zachwyceniem, którzy we wspomnieniach i zapiskach utrwalili to, co – będąc w stanie owego zachwycenia – uznali za prawdziwe lub też sądzili, że za takie uznali, a więc zarówno to, co wprawdzie się wydarzyło, lecz było dostępne jedynie oku człowieka trwającego w zachwyceniu, jak i to, co nie zdarzyło się tak jak o tym opowiedziano i jak zdarzyć się nie mogło, lecz co dusza człowieka trwającego w zachwyceniu odczuła jako całkiem rzeczywiste, toteż ów człowiek opowiada o tym, jak o czymś najzupełniej rzeczywistym. Muszę więc – kontynuuje autor - nazwać to rzeczywistością (...). Oto prawdziwa l e g e n d a i jej rzeczywistość


Tak, bo to jest rzeczywistość! I to jest dokładnie rzeczywistość Tańca szkieletów - ale też i Legendy (brawo Witek za wyłuszczenie tego fragmentu, pozornie nie związanego z tematem). Odbicie różnych stanów zachwycenia, które rozsiane są po historii życia człowieka. Zupełnie przestaje mieć znaczenie, czy te zdarzenia, o których mowa miały miejsce "naprawdę", czy były tylko w duszy ogarniętej zachwyceniem - bo również jako takie są one w pełni realne i, co więcej, można je podzielić z innymi. A więc da się je niejako zobiektywizować - są one nie tylko doznaniem, ale i poznaniem, o czym pisze już nie Buber, ale sam antiwitek:

antiwitek pisze:
Mamy tu do czynienia z wyjściem poza codzienny racjonalizm, ale nie w dziedzinę ułudy, psychodelii czy irracjonalnych doświadczeń indywidualnych [Lekkomyślny poeto!], lecz na poziom mistyki będącej poznaniem. Poznaniem wyższych rejonów rzeczywistości.



I tak Taniec szkieletów zanurza się w rzeczywistości Mitu , bo "nawet zaskakująco drobne wydarzenie [takie jak prosty przedziałek albo pomidorowa i mielone] może mieć swą świetlistą wartość", która odbija Absolut. A czym innym jest Mit (słowo, które nieodmiennie przemawia do mojego sposobu myślenia, podobnie jak archetyp!), jak nie odbiciem Absolutu i daniem człowiekowi możliwości dotykania tego absolutu w życiu.


Niezwykłe jest to, jak bardzo Witek w swoim tekście NIE pisze o samym Tańcu szkieletów, Budzyński pojawia się tam sporadycznie, czasem trzeba się nieźle orientować, żeby jego obecność wykryć.
Tym bardziej wartościowe są te porozrzucane aluzje z innych płyt, te legendy i donkiszoterie, cytaty z Wyludniacza i Podróży na wschód. Mitologia, którą odbija Budzyński w swoich piosenkach, może została ujęta na Tańcu szkieletów w sposób najbardziej swoisty i charakterystyczny (czy to dlatego autor właśnie tę swoją płytę ceni najbardziej?), ale przecież przewija się przez całą jego twórczość.

Bardzo cenię takie jednolite uniwersum, w którym dany twórca się konsekwentnie porusza (przychodzi mi oczywiście na myśl Lynch). Bo staje się ono tak naprawdę wielką opowieścią o historii odbijania się Absolutu w życiu człowieka. Jego prywatną mitologią.

_________________
ćrąży we mnie zła krew


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: ndz, 11 grudnia 2005 10:30:48 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 09 listopada 2004 21:37:55
Posty: 20007
A tu jeszcze osobny post o tym, jak Ola poznawała Szkielety krasnopotockie.

Pokazałem jej rano wydrukowane kartki, kiedy zabierałem się za czytanie, powiedziałem, że to Witek napisał - niespodziewanie Ola mi kartki zabrała i zaczęła czytać sama, i jeszcze bardziej niespodziewanie przeczytała całe! :shock:
Bez słowa, z pełnym skupieniem... oddała mi pierwszą kartkę, ja zacząłem ją czytać, potem drugą i tak dalej... kiedy skończyła nadal nic nie mówiła, jakby zamyślona, nie przeszkadzała mi skończyć tekstu.

Wreszcie po jakimś czasie stwierdziła: "Nic nie zrozumiałam z tego tekstu. Skąd Witek to wszystko wytrzasnął?"

:lol:

_________________
ćrąży we mnie zła krew


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: ndz, 11 grudnia 2005 16:53:32 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 10 listopada 2004 14:59:39
Posty: 24065
Oj Crazy, dziękuję - przyzam, ze rankem przeczytałem obydwa Twoje posty z przejęciem :) .
Oj, Oleńka :) :oops: trochę mi wstyd... skąd ja to wszystko wytrzasnąłem?

A o wytłuszczeniu czy roztrzeleniu Legendy wspomniał mi już Miki - tyle że on stwierdził, że to podprogowa promocja tej płyty naprzeciw Triodante, hihi.


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: pn, 12 grudnia 2005 00:43:19 
antiwitek pisze:
Oj, Oleńka trochę mi wstyd... skąd ja to wszystko wytrzasnąłem?

Diabeł jakiś :twisted:


Na górę
 
 Tytuł:
PostWysłany: śr, 06 lutego 2008 23:28:44 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 10 listopada 2004 14:59:39
Posty: 24065
Hmm, nie znalazłem innego wątku poświęconego płycie „Taniec szkieletów” (może poza tym), więc popiszę sobie tutaj, podbijając przy okazji ten zapomniany wątek.

Wczoraj rano /powiedzmy koło południa/ przypomniały mi się dwa ostatnie utwory, a potem słuchałem płyty cały dzień. Można to jakoś spróbować podsumować. Zrobię to trochę listowo/gwiazdkowo.

1. Cztery utwory na płycie chciałbym wyróżnić szczególnie: Radio Rivendell, Taniec szkieletów, Kazimierz przez Nałęczów oraz Jesień. Posiadają one jakąś szczególną intensywność, a przy tym postrzegam je jako najbardziej moje – te niepokoje, upojenia, trans :wink: .
Radio Rivendell -***** - oparte na jakimś jakby bliskowschodnim motywie, znacznie zyskało teraz w moich oczach. Nastrój nocnego, zagubionego przebudzenia, które trafia się chyba każdemu i zostaje też w pamięci. Usłyszałem dopiero dziś solową partię gitary akustycznej, która dotąd kryła się pod żeńskim głosem - zachwyciła mnie. A w tekście najbardziej lubię wers "jak pocałunek twoich ust" oraz to nawiązanie do skrzypka Herzowicza.
Taniec szkieletów ***** - ożywienie, odpowiednik "Zimowej opowieści" na "Tańcu...". Najwyraźniejsze od "Radia..." szkieletostuki, głębia tajemniczej nocy, ciepłe podmuchy, fosforyzujące poświaty i szelesty ("w geografii wewnętrznego kosmosu te karty jeszcze nie są zapisane"). I do tego koda - z dyskretnym, rozbrajającym bitem, tajemnicze ektoplazmy - czy da się pokazać co jest jeszcze dalej? W tekście bardzo lubię wers/zestawienie: "Butenko, beret, pustynie", trupią czaszkę oraz dziwność zielonego muchomora.
[Profesor Tutka na peronie - bez gwiazdek, ale właśnie tu - bo wzrusza w podobny sposób jak inne omówione tu utwory]
Kazimierz przez Nałęczów +***** - chyba najmocniejszy utwór, żadne żarty - zwrotka pierwsza, zwrotka druga, po prostu: :shock:, "brat życie, siostra śmierć". Szkieletostuki pełną parą, przeszywająca elektrogitara Banana (i solo - zwłaszcza od 2:30) i to co dzieje się na końcu, od 3:33, "chodź idziemy...!" Ulubiony fragment tekstu: "Kazimierz przez Nałęczów/Przez góry i przez sen/Pagórki, drzewka i domki/Hildegarda przez Bingen".
Jesień ***** - hm, wszystko co dobre jest w tym utworze - oszołomienia krainą żywych plus sola Banana - na melodice i na gitarze. I szczególnie wyraźny puls, który jest też w innych utworach: niskie dźwięki wsparte gitarą akustyczną (tu szczególnie fajną), spokojny, wewnętrzny rytm dobrego czasu, gdy wszystko trafia na swoje miejsce jak solo melodiki 4:07.

Tajemnicza uroda świata, tajemnica bycia z drugimi, kresy oraz rzeczy dziwne. Miłość i śmierć wzajem ze sobą powiązane, tajemne przejścia między nimi - w te i we wte.

2. Widać to i dalej:
Aniela **** - ale czasem zachwyci bardziej, to z tych bardziej stojących utworów. Tekst jeden z fajniejszych (a i wspomagany obrazami z teledysku): magia kart i ulubione słowa: "Niech słońce zajdzie gdzie chce/Przegrajmy wszystko przed snem/By nie mieć przy sobie nic/Dwa zera, ofiary dwie".
Cuda +**** - wciąż porywające - zwłaszcza muzyka po wstępie a przed zwrotką, gitara Banana, żydowskie motywy. Ha! - i ta logika tekstu: certum est quia impossible!
Di end **** - Iluzjon zawsze mi się podobał – tajemnice zwrotek i części "reggae", świeżość i kolory refrenów, choć niewątpliwie dziwnym jest on zjawiskiem na płycie "Taniec szkieletów" - dobry czy zły?
Biedny, chudy i zły **** - początkiem drugiej strony winyla cichy gwizd. Po gwiezdnych dalach, białych drogach mlecznych, nieskończonym labiryncie Koloseów i forów, gdzie aksamitne zgęszczenia, pasma jaśminowej woni, kaskady ozonu (o, sorry - tu mnie trochę cytatami poniosło) budzi człowieka gwizdek czajnika czy coś. Stojący utwór, ale coś tam w nim wyrasta, zaznacza się też kontrast między zwyczajnym życiem a wyciem czy też kosmosuszumem 2:30 - 2:55, akcenty elektrogitary, dostojnie płynie złota waltornia, a tekst taki, że zdarzało się z nim utożsamiać. No i na koniec koniki :) .
Stacja Deblin ++****, ale właściwie na granicy dwóch światów (1 i 2). Dużo dobrego. Kaczusia gitary, wysoki, wilgowy dźwięk po refrenie i mgławice 2:20 - 2:38, hehe. "Na drugi brzeg, na tamten świat". I te co gadajo na koniec jak by im miał za chwilę wlecieć gżdacz z innego wszechświata :) .
[Trango Tower- o, o tym możnaby więcej napisać]

Dobre jest to, że słowa, muzyka, okładka, teledysk - wszystko do siebie niezwykle pasuje. Obrazy Budzego i ta muzyka: dale, dalsze plany, plamy, które mówią i korespondują ze sobą. Też w tym utworze, który zajmuje to ostatnią rubryczkę.

3. Choć muszę powiedzieć, że te gwiazdki tak dość surowo, umownie i całkiem subiektywnie - co mi najbliższe dostaje najwięcej. Więc tu sam, samotnieosamotniony :wink: utwór:
Tygrysy już śpią: +*** - kiedyś Budzy zagrał fragment jak Armia próbowała przed koncertem i tam było więcej ognia. Podoba mi się historia, leśne łenooo... łenooo...


Na koniec chciałem powiedzieć, że do tej płyty pasuje mi to co Ola tak trafnie napisała "pocztówkach z Rivendell" (się mi to bardzo podoba, ale o obrazach nie umiałem napisać).

"Nostalgia, bogactwo świata i wyobraźnia może działać, myśl może biec!"
"Domy - ludzie - życie - sen. I nad tym snem ktoś czuwa. Kolorystyka mi bliska!" - super, naprawdę wypisz wymaluj :D <lol>

I jeszcze to, że wokalnie ta płyta też jest cudna. A ja wywaliłem ją z dziesiątki postpankum, hehe.


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: czw, 07 lutego 2008 11:18:22 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
czw, 03 lutego 2005 20:54:20
Posty: 6219
Przyznam, że początkowo ta płyta mnie nie zachwyciła (w przeciwieństwie do dotychczasowych luno-wrażeń) - wzbudzała odczucia letnie... aż do czasu poznańskiego koncertu w "Czytelni". Wczesna jesień, wzruszenie, świeżość... To był pierwszy prawdziwy nią zachwyt.
Czasem miewałam wrażenie, że daję się zwieść delikatności tej płyty, która momentami jest pozorna. Z jednej strony mamy tu sielskość... pagórki i drzewka. Ale jest to przecież świat, w którym przegrywa się wszystko przed snem..., w którym krążą przeczucia, które każdy zna. Niepokój jest nieunikniony, przynajmniej na pewnym etapie. Niepokój związany z odejściem, z pożegnaniem tego, co się dotąd znało... Rivendell (dla mnie „Radio” jest piosenką elficką, nie hobbicką). Aż do odkrycia, że...

na mapie morza nie ma w końcu nic
dla ciebie jak i dla mnie


które podane jest w formie... kojącej. (To jaki w końcu jest ten Iluzjon?...)
Jest tu zapatrzenie i - jak pisze Witt - trans: niech słońce zajdzie gdzie chce. Na końcu drogi jest uspokojenie lub nadzieja na nie - my wiemy co jest co. Szczegóły codzienności otwierają oczy na inny wymiar. Ale jednocześnie z pewnym wymiarem tej codzienności się żegnamy. Zawróćmy póki jest czas. To mi się też kojarzy ze snem, którego nie warto już śnić z PMK.

Jeszcze pociągowość. Tak, wszystko tu ma swój rytm, toczy się i oplata... "Biała lokomotywa" trafna. Aż się sięgnęło po "Się" Stachury ;-). Motyw pociągu znów:

Cytat:
Się pomyślało, że gdyby, że gdyby tak miało być, że się miałoby nagle skamienieć, zastygnąć z nagła w głaz, to się podobałoby się, gdyby się to stało w jakimś ruchomym pojeździe, na przykład właśnie w jadącym pociągu, w latającym pociągu, w perpetuum mobile pociągu, w pociągu-zjawa (nie widmo, nie mara), w którym by się sobie siedziało przy oknie z twarzą tam zapatrzoną, tam w przesuwające się za oknem kolorowe obrazy lasów i pól, równin, pagórków, rzek, łodzi (...). Się pomyślało, że może w ten sposób... w jakiś sposób... I, samemu nie wiedząc kiedy, jakby się skamieniało właśnie. Się zapatrzyło się nieruchomymi, jakby kamiennymi oczami w przesuwające się za oknem kolorowe obrazy. (...)


Teraz konkrety. :-)
(Przepraszam za chaotyczność powyższego pisania)
Ulubione utwory na dziś:

Jesień
Kazimierz
Cuda
Radio Rivendell


Ulubione momenty tekstowe (oczywiście - w kon-tekście, którego już nie cytuję), katalizatory skojarzeń i emocji.

Przez głupie myśli, biedne słowa

Zresztą tu też mam linka z PMK - słowa na wiatr...
(A nikt nas nie szuka, tylko ta muzyka jest jak mapa morza, na której nie ma nic))

Odetchnij głęboko

A miłość ma szczęście do złych

Bez ciebie nie chce mi się żyć

Wszędzie i nigdzie
Tak niedaleko stąd




(To ostatnie znów skojarzyło mi się ze Stachurą - z końcowym fragmentem "Się": Się za daleko szukało tej kryształowej kuli, co chowa odpowiedzi na dwa, trzy pytania...)


To płyta dychotomii. Ukojenie i niepokój. Radość i samotność. Upojenie ostateczną wolnością i smutek ziemskich pożegnań.

_________________
A lot of people don't have much food on their table.
But they got a lot of forks 'n' knives.
And they gotta cut somethin'.


Na górę
 Wyświetl profil
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 22 ]  Przejdź na stronę 1, 2  Następna

Strefa czasowa UTC+1godz.



Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość


Nie możesz tworzyć nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Przejdź do:  
Technologię dostarcza phpBB® Forum Software © phpBB Group