Ultima Thule

Forum fanów Armii i 2TM2,3
Dzisiaj jest pt, 19 października 2018 19:43:07

Strefa czasowa UTC+1godz. [letni]




Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 95 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3, 4, 5 ... 7  Następna
Autor Wiadomość
PostWysłany: wt, 02 stycznia 2007 15:22:24 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pt, 24 grudnia 2004 15:34:22
Posty: 13502
Skąd: Poznań
Była wojna, taka czy taka. Stało się i się nie odstanie. Jednak to co się działo, bywa niezwykle interesujące.
Oczywiście najlepiej by było, gdybym mógł się interesować zamkniętym już katalogiem wojen... z pewnością starczyłoby ich na kilka lat.
Co jakiś czas wrzucę tu coś ciekawego.
Na pierwszy ogień :twisted: nomen omen - zapomniana "wojna dziesięciodniowa" jugosłowiańsko-słoweńska z 1991 roku. Zwróćmy uwagę na bohaterstwo tych policjantów i pospiesznie zmilitaryzowanych cywilów, którzy podjęli skuteczną choć krwawą walkę z silną i w pełni wyposażoną armią. I jeszcze ciekawa rzecz - na tym przykładzie widać, jak łatwo można przegrać, gdy żonierzom jednej ze stron zwyczajnie brakuje motywacji a co za tym idzie - ducha walki.
Oto link: http://www.greendevils.pl/konflikty/woj ... _1991.html

_________________
ach, jaki dziwny świat!
moralność jak przekleństwo
czas, który jest smutkiem
świat, który nie jest światem!


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: śr, 03 stycznia 2007 01:17:58 
Niby najgorsi byli Serbowie, ale w tym konflikcie ludobójstwa dokonały niemal wszystkie strony (serbowie, chorwaci, i inni), również amerykanie przez swoje bomby ze wzbogaconym uranem (test na ambasadzie Chin ;), jak UE (tutaj wina przez zaniechanie). I wiara też była.
Smutna, ciemna karta historii w samym środku Europy :cry:


Na górę
 
 Tytuł:
PostWysłany: pn, 05 lutego 2007 10:36:23 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pt, 24 grudnia 2004 15:34:22
Posty: 13502
Skąd: Poznań
Fascynującą wojną była "wojna o Chaco" pomiędzy Paragwajem i Boliwią w latach 1932-1935. Obszar ten został uznany za bogaty w złoża ropy naftowej, więc oba kraje rościły sobie do niego pretensje (umiejętnie podsycane przez koncerny naftowe: Standard Oil, który postawił na Boliwię i popierający Paragwajczyków Shell Oil).
Gran Chaco to niemal bezludny płaskowyż porośnięty gęstymi trawami i lasami, wielkości prawie połowy Polski. Granica między rywalami nie była tam dokładnie wyznaczona i nieustannie przez nich kwestionowana.
Paragwaj wykazywał początkowo większą ustępliwość i chęć załagodzenia konfliktu drogą arbitrażu. Łatwo to zrozumieć - po przegranej kilkadziesiąt lat wcześniej wojnie z trójprzymierzem brazylijsko-argentyńsko-urugwajskim, ten najzamożniejszy niegdyś kraj Ameryki Płd. stanął na krawędzi bankructwa. W tamtej wojnie zginęło prawie 90% paragwajskich mężczyzn! Skutki były odczuwane jeszcze w latach 30-stych XX w. Paragwaj praktycznie nie posiadał ciężkiego uzbrojenia i znaczniejszej infrastruktury wojskowej (np: cała jego flota powietrzna składała się z kilku myśliwców, wobec kilkudziesięciu samolotów boliwijskich).
Boliwia odwrotnie - przystępowała do konfliktu w sytuacji kraju nieźle prosperującego i dobrze uzbrojonego a w dodatku również upokorzonego po przegranej czterdzieści lat wcześniej tzw. "wojnie o saletrę" z Chile, która odcięła go od Oceanu Spokojnego. Państwo mające regionalne ambicje "dusiło się" i potrzebowało impulsu, który potwierdziłby jego siłę, toteż absolutnie nie zamierzało rezygnować z terenu Chaco.
Arbitraż nie dał rezultatu, utarczki graniczne narastały i wreszcie w 1932 oddziały boliwijskie zaatakowały garnizon paragwajski w Vanguardia, rozpoczynając działania wojenne. Początkowo Boliwia, dysponująca czołgami, nowoczesnymi działami i kilkudziesięcioma samolotami osiągnęła przewagę, spychając nieprzyjaciela w głąb Chaco. Kłopoty zaczęły się wraz ze zwiększaniem się niedostępności terenu i wydłużania linni zaopatrzeniowych. Armia boliwijska, dowodzona przez najemnika - niemieckiego weteraa gen. Hansa Kundta, usiłowała działać wg taktyki z I wojny światowej. Stąd skłonności do tworzenia okopów i umocnień, ataków dużymi oddziałami, silnych przygotowawczych ostrzałów artyleryjskich itp.
Paragwajczycy przeciwnie - pod dowództwem wybitnego stratega gen. Estigarribii i wspomagani przez byłych rosyjskich "białych" generałów Biełajewa i Erna, preferowali taktykę szybkich przemieszczeń małymi grupami, niespodziewanych ataków i znikania w dżungli i błyskawicznych manewrów okrążających. Częściowo była to taktyka wymuszona - Paragwaj był tak słabo uzbrojony, że początkowo jego oddziały były wyposażone jedynie w maczety (!) i jeden karabin typu Mauser na kilka osób. Z drugiej strony to Paragwajczycy znacznie lepiej znali specyfikę dżungli, poza tym po ich stronie stanęli Indianie Guarani, którzy często bez jednego strzału wyprowadzali duże oddziały boliwijskie w głąb lasów na ich zgubę. Nieprzebyte błota i bagna, wysoka temperatura, ulewne deszcze, zamieniające gruntowe drogi w błoto - wszystko to sprzyjało
quasipartyzanckiej taktyce opracowanej przez Estigarribię i Biełajewa. Już wkrótce Paragwajczycy zaczęli odnosić sukces za sukcesem. Po dwóch latach szarpaniny Boliwia miała 3000 jeńców wroga, a Paragwaj ...30.000!
Wraz z rosnącą ilością zdobytego sprzętu przez Paragwajczyków, wyrównywały się też dysproporcje sprzętowe - pod koniec wojny Paragwaj dysponował już kilkoma zdobycznymi czołgami i tysiącami sztuk lżejszej broni. W 1935 r. było już jasne, że wojna to kompromitacja gen. Kundta i jego armii a wojska paragwajskie dotarły do podnóża Andów. Obie strony były już jednak na wyczerpaniu. Rozpoczęto rozmowy pokojowe, które zakończyły się przyznaniem Paragwajowi 3/4 spornego terenu. Ponadto Paragwaj na osłodę zaoferował sąsiadowi wolność spływu handlowego rzeką Paragwaj.
Gdy oba kraje zaczęły lizać rany po krwawej wojnie na tereny Chaco weszła Shell Oil, by zbudować tam szyby naftowe i uzyskawszy od zwycięskiego rządu w Asuncion odpowiednie glejty - zacząć robić kokosy.
I wtedy okazało się, że tam jednak nie ma ropy. Ani baryłki. :shock:
Całą tę wojnę można było o kant dupy roztrzasnąć. :roll:

_________________
ach, jaki dziwny świat!
moralność jak przekleństwo
czas, który jest smutkiem
świat, który nie jest światem!


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: pn, 05 lutego 2007 11:30:10 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 09 listopada 2004 22:37:55
Posty: 20877
dzięki za linka o wojnie 10-dniowej - bardzo to ciekawe, taka wojna, powiedziałbym, "w starym dobrym stylu" (za przeproszeniem) - same konwencjonalne działania militarne, wszystko jasne i przejrzyste, żadnej specjalnie zaawansowanej technologii; czytało się to jak o bitwie pod Grunwaldem.

a co najbardziej mi się kojarzy z dawnymi wojnami - miała ona bardzo konkretny cel i konkretny efekt: wygrali walkę = wyrzucili wroga i zyskali niepodległość.

ja przepraszam, bo nie chcę mówić, że to była "fajna" wojna :oops: , ale w takiej historii to przynajmniej jest jakaś jasność kto jest kim i o co mu chodzi... i jest tam jeszcze miejsce na zwykłe, jednostkowe bohaterstwo; nie grzęźnie to wszystko w morzu chorych idei, czy skomplikowanych metod siania zniszczenia na odległość, w których bohaterskim można sobie być, ale przeważnie nie ma to większego znaczenia, bo liczą się bardziej nakłady na przemysł zbrojeniowy i przewaga technologiczna... w związku z czym nie grzęźnie też aż tak bardzo we krwi...

aż dziw, że to było ledwie 16 lat temu :shock:

_________________
ćrąży we mnie zła krew


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: czw, 08 marca 2007 10:46:45 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pt, 24 grudnia 2004 15:34:22
Posty: 13502
Skąd: Poznań
A oto historia nieco off top, bo wojna wisiała tu "na włosku", ale do niej nie doszło. Mowa o konflikcie o południowe skrawki kontynentu pomiędzy Argentyną i Chile w latach 80-tych. Polskim akcentem w sprawie jest to, że na kilka godzin (!) przed nieuchronnym wybuchem działań wojennych, do argentyńskiego prezydenta Videli zatelefonował Jan Paweł II. Co on mu tam wtedy powiedział w tych gorących godzinach, szczegółowo nie wiadomo ale dosłownie w ostatniej chwili oddziały argentyńskie zatrzymano. Było warto bo wybuch ten wojny niemal na pewno przerodziłby się w konflikt na szerszą skalę: po stronie Chile stanęła Brazylia, a Argentynę poparły Boliwia, Urugwaj i Peru. I wszystkie te państwa były również w gotowości bojowej (ciekawostka - do jednego z oddziałów brazylijskich rozkaz o wstrzymaniu działań dotarł za późno i kolumna czołgów wdarła się na 40 km w głąb Urugwaju).
Oto link z wyczerpującym opisem zdarzeń: http://www.stosunki.pl/main251526020210 ... 3bc7a9907d

_________________
ach, jaki dziwny świat!
moralność jak przekleństwo
czas, który jest smutkiem
świat, który nie jest światem!


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: śr, 11 kwietnia 2007 08:51:46 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pt, 24 grudnia 2004 15:34:22
Posty: 13502
Skąd: Poznań
Dość powszechna jest u nas świadomość bardzo fair postawy Turcji w XIX wieku - Turcji, która jako jedyne państwo europejskie nigdy nie uznała rozbiorów Polski. Tym ciekawsze to, że przecież niecałe sto lat wcześniej oba państwa toczyły ze sobą ciężkie zmagania.
Mniej znany jest fakt, że już wcześniej Turcy próbowali pomóc Rzeczypospolitej w jej niemal beznadziejnej sytuacji i ...sami wplątali się przez to w wojnę.
Imperium z niepokojem obserwowało sytuację w regionie. Turcja wyszła już z czasów podbojów i pragnęła stabilizacji. Jej gwarantem był stabilny i szachujący się trójkąt Turcja-Polska-Rosja. Tymczasem jego polski bok zaczynał się wyraźnie chwiać. Wzmocnienie pozycji Rosji było sułtanowi wyjątkowo nie na rękę. Toteż powstanie konfederacji barskiej przyjęto na dworze Mustafy III z sympatią i obiecano dyskretne wsparcie. Car wykazywał z tego powodu rosnącą irytację. W 1768 roku oddział Kozaków, ściagając oddział polskich konfederatów zapędził się na terytorium tureckie. To był casus belli - sułtan wypowiedział carowi wojnę, której nie zadekretowanym oficjalnie celem było wypędzenie rosyjskich wojsk z Polski i przywrócenie jako takiej równowagi strategicznej.
Konfederaci barscy uzyskali prawo dokonywania ataków na wojska rosyjskie z terytorium Turcji, a wojska sułtana zaatakowały Rosjan na północ od Azowa. Niestety - wojna przyjęła wkrótce niepomyślny dla Osmanów przebieg. W kilku bitwach Rosjanie zwyciężyli siły tureckie i wkrótce wkroczyli do Mołdawii, zajęli Krym a nawet na krótko dotarli do Dunaju. Turcy próbowali odwrócić losy wojny zwycięstwem na morzu. Car uzyskał jednak pomoc logistyczną i doradczą od Anglików, ponadto okręty rosyjskie okazały się po prostu lepsze... W bitwie morskiej pod Czesmą u wybrzeży tureckich ściągnięte z Bałtyku okręty cara rozgromiły flotę osmańską. Gdy w dodatku za rosyjskie pieniądze wybuchły w Egipcie i Syrii antytureckie powstania - sułtan miał dość. W 1774 roku zawarto pokój w Kuczuk Karnajdży. W efekcie wojny - wbrew intencjom tureckim - pozycja Rosji została ogromnie wzmocniona. Turcja musiała wyrzec się ogromnych połaci chanatu krymskiego, pod protektorat rosyjski przeszła Mołdawia, wojska carskie zajęły Krym...
Dla Polski wynik wojny był tragiczny, choć nie od razu zdano sobie z tego sprawę. Rosja stała się głównym rozgrywającym na terenie wschodniej Europy. W ciągu 50 lat carat wyeliminował kolejno głównych do tego rywali: Szwecję, Polskę a w końcu i Turcję.

_________________
ach, jaki dziwny świat!
moralność jak przekleństwo
czas, który jest smutkiem
świat, który nie jest światem!


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: śr, 11 kwietnia 2007 13:11:28 

Rejestracja:
śr, 04 października 2006 21:59:50
Posty: 942
arasek pisze:
Fascynującą wojną


ja mozna w ogole twierdzic ze wojna jest fascynujaca? :zygi:


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: śr, 11 kwietnia 2007 13:41:31 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pt, 13 października 2006 21:16:28
Posty: 815
Skąd: Mam nadzieję, że z Nieba
można...Nawet zło może pociągać, ciekawić i fascynować. napisanie, że coś jest "fascynujące", to przecież nie jest wartościowanie w kategoriach dobra i zła.

_________________
"...Trzeba walczyć, aby Bóg dał zwycięstwo..."
św. Joanna d'Arc


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: śr, 11 kwietnia 2007 20:51:09 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pt, 24 grudnia 2004 15:34:22
Posty: 13502
Skąd: Poznań
Dzięki za hmmm.... odsiecz :-D

_________________
ach, jaki dziwny świat!
moralność jak przekleństwo
czas, który jest smutkiem
świat, który nie jest światem!


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: czw, 12 kwietnia 2007 10:48:47 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 09 listopada 2004 22:37:55
Posty: 20877
ja też miałem wcześniej kaca moralnego, wypowiadając się "pozytywnie" o wojnie 10-dniowej... starałem się wyjasnić, w jakim sensie to napisałem, nie wiem, czy się udało.

o Turcji zostawiam sobie czytanie na trochę później, teraz sobie odświeżyłem wszystkie poprzednio opisane przez Ciebie, arasku, konflikty - bardzo interesujący ten temat!

_________________
ćrąży we mnie zła krew


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: czw, 12 kwietnia 2007 17:42:26 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pt, 13 października 2006 21:16:28
Posty: 815
Skąd: Mam nadzieję, że z Nieba
nie ma za co :wink: .... :jasiek:

_________________
"...Trzeba walczyć, aby Bóg dał zwycięstwo..."
św. Joanna d'Arc


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: pn, 14 maja 2007 11:08:02 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pt, 24 grudnia 2004 15:34:22
Posty: 13502
Skąd: Poznań
Właściwie nie ma śmiesznych wojen (tych militarnych). Zawsze zginie ktoś bez sensu... Faktem jest jednak, że niektóre z konfliktów mają nieco operetkowy charakter.
W 1838 roku Meksykanie na fali nacjonalizmu zaczęli przejmować należące do cudzoziemców fabryki, plantacje itd. Jak to jednak często bywa, sprawa wymknęła się nieco spod kontroli i jakiś rozochocony oddział ludowej milicji w sombreros zdemolował fabrykę ciastek, należącą do obywatela Francji. Niewdzięczny żabojad poskarżył się samemu królowi Francji – Ludwikowi Filipowi. Ten najwyraźniej uznał że honor kraju został splamiony. Zażądał przeprosin i odszkodowania – 600.000 pesos. Meksykanie odmówili a Ludwik nie wahając się wysłał do Meksyku flotę inwazyjną. Tak zaczęła się konflikt francusko-meksykański nazywany „wojną ciasteczkową”.
Francuzi skierowali się na port Veracruz, ostrzelali go i bez trudu zdobyli. Meksyk ogłosił mobilizację i oficjalnie wypowiedział wojnę Francji. Działania wojenne były jednak prowadzone bardzo po ...latynosku. Wielka i kolorowa parada wojskowa w stolicy przed wyruszeniem na front, dużo hałasu i sztandarów i dramatycznie zagrzewający do walki prezydent Bustamante. Bezładny i niemrawy atak Meksykanów na port w Veracruz zakończył się jednak zupełną klapą. Francuzi zagrozili rozszerzeniem operacji a prezydent natychmiast zmienił front – uregulował dług i poprosił Francuzów o opuszczenie gościnnej meksykańskiej ziemi. Ci wzięli pieniądze, gościa od ciasteczek (bardzo rozsądnie) i zabrali się z powrotem do Europy.
Niemniej – wojna!

_________________
ach, jaki dziwny świat!
moralność jak przekleństwo
czas, który jest smutkiem
świat, który nie jest światem!


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: pn, 18 czerwca 2007 07:48:27 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pt, 24 grudnia 2004 15:34:22
Posty: 13502
Skąd: Poznań
Idąc pod prąd rozbudzonym oczekiwaniom społecznym :twisted: wspomnę tu o wojnach, w których państwo Polaków i Litwinów sojusz połączył z zakonem krzyżackim (sic!).
Pierwszy taki wypadek miał miejsce w 1497 r. podczas wyprawy Jana Olbrachta na Mołdawię. Olbracht, chcąc podporządkować sobie wierzgającego i nielojalnego lennika jakim był Stefan - hospodar mołdawski, sięgnął po wszelkie możliwe siły. Zawezwał zatem także Krzyżaków, którzy po wojnie trzynastoletniej oddali w 1464 roku hołd lenny królowi polskiemu. Nadal było to jednak silne państwo, które tylko czekało aż polsko-litewski osłabnie, by zrzucić krępujące więzy. Na żądanie Olbrachta zakon odpowiedział więc niechętnie i z ociąganiem. Niemniej niewielki korpus rycerzy zakonnych wziął udział w mołdawskiej wyprawie i bił się w niej ponoć dzielnie. Ta krótka wojna z hospodarem, który ostatecznie postanowił zostać lennikiem Turcji, zakończyła się jednak naszą upokarzającą klęską.
Wypadki toczyły się dalej szybko. Zanim w Zakonie pomyślano o jakimś wykorzystaniu mołdawskiego potknięcia, ze wschodu przyszło uderzenie Moskwy. Iwan III uważnie patrzył na porażkę Olbrachta nad Morzem Czarnym i gdy tylko nadarzyła się okazja zaatakował Wielkie Księstwo Litewskie. Przeprowadzona dużymi siłami ofensywa doprowadziła do zajęcia Briańska i Czernihowa i oblężenia Smoleńska. Olbracht polecił bratu - Aleksandrowi Jagiellończykowi (który był wtedy wielkim księciem litewskim), za wszelką cenę bronić Litwy przed kontynuacją moskiewskiego ataku. Ten, widząc że sam dysponuje zbyt małymi siłami a od brata z Korony wyczerpanego po odwrocie z Mołdawii, nie otrzyma dużych posiłków, wysłał poselstwo do mistrza zakonu Waltera von Plettenberga. Krzyżacy i Rycerze Zakonu Inflanckiego trzeźwo ocenili, że rozszerzająca się potęga Moskwy mocno zagroziłaby im samym, gdyż byli naturalnym następnym kęsem dla Iwana. Litwa i Polska to byli jednak "starzy, dobrzy wrogowie" z którymi zresztą współżycie od niemal pół wieku układało się poprawnie, natomiast prawosławna Moskwa przedstawiała nieobliczalne zagrożenie. W marcu 1501 zostało zawarte przymierze między Polską i Litwą a Zakonem. Gdy Iwan latem podjął dalszy atak, rycerze zakonni podjęli kontrakcję z terenu Inflant. 27.08.1501 doszło do bitwy pod Izborskiem, w której Zakon odniósł swoje ostatnie poważne zwycięstwo. Po kilku innych potyczkach Moskwa odstąpiła od dalszych kroków wojennych. Niestety, w tym czasie umarł król Jan Olbracht a jego następca - Aleksander, nie potrafił wykorzystać faktu zwrotu w działaniach wojennych. Skutkiem tej bezczynności nastepnych miesięcy było jednak trwałe zajęcie ziemi siewierskiej i czernihowskiej przez Moskwę, a doraźny sojusz polsko-litewsko-krzyżacki przyniósł jedynie spokojny sen Zakonu i uratowanie Smoleńska dla Litwy.

_________________
ach, jaki dziwny świat!
moralność jak przekleństwo
czas, który jest smutkiem
świat, który nie jest światem!


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: wt, 10 lipca 2007 10:32:31 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pt, 24 grudnia 2004 15:34:22
Posty: 13502
Skąd: Poznań
Konfliktów w Afryce było bez liku. Przynajmniej jeden można opatrzyć jakże aktualnym morałem – nie śmiej się z kogoś, kto jest kurduplem.
Rzecz dotyczy osobistej animozji prezydentów Ugandy – Idi Amina i Tanzanii – Juliusa Nyerere. O ile Nyerere aż do swojej śmierci był przez społeczność międzynarodową poważany jako jeden z najwybitniejszych afrykańskich mężów stanu, o tyle Idi Amin określany był raczej krótko jako „rzeźnik” lub „szaleniec”. Za jego rządów straciło życie prawdopodobnie ok. 500.000 osób. Idi Amin faktycznie miał chyba coś z głową. Uważał się np.: za ostatniego króla Szkocji, zaproponował Elżbiecie II że to on będzie, zamiast niej, głową brytyjskiej Wspólnoty Narodów itd. Szacunek jakim był otoczony Nyerere z sąsiedniej Tanzanii spowodowały, że zazdrosny Amin zaproponował mu specyficzny plebiscyt, który miał pokazać kto jest bardziej OK. Wyzwał go mianowicie na pojedynek bokserski. Nyerere nie przyjął oferty, po pierwsze ze względów oczywistych - z wariatami się nie rozmawia - po drugie, potężnie zbudowany Amin w młodości z powodzeniem uprawiał boks. Rozdrażniony dyktator zaczął więc przy byle okazji bezlitośnie wyśmiewać posturę rywala – istotnie, Nyerere był niski i drobnej budowy. Nyerere zapewne poczuł się dotknięty ale przemógł się i czekał. Okazja nadarzyła się po kilku latach. W 1978 roku znudzony spokojem Amin nakazał niewielkim jednostkom armii ugandyjskiej przekroczyć granicę z Tanzanią. Była to zapewne próba wysondowania na ile można sobie pozwolić. W trudno dostępnym terenie Ugandyjczycy wdarli się dość głęboko na teren sąsiada. Amin, wezwany do wytłumaczenia się przed ONZ wygłosił trzy kuriozalne mowy. Najpierw zgłosił gotowość wycofania swych sił pod warunkiem wypłacenia odszkodowania przez Tanzanię. Potem stwierdził, że jedynie odpowiedział na atak sił tanzańskich. Wreszcie, obrażony, w ogóle zaprzeczył jakoby dokonał jakiegokolwiek ataku. Tymczasem Nyerere na zimno przygotowywał zemstę za doznane upokorzenia. Na początku 1979 roku świetnie zorganizowane oddziały tanzańskie pobiły wroga nad brzegami Jeziora Wiktorii i odzyskały utracony początkowo teren. Ku zaskoczeniu, a potem przerażeniu Amina nie zatrzymały się na granicy. W ciągu miesiąca dotarły pod stolicę Ugandy – Kampalę, a w ciągu dwóch opanowały cały kraj. „Kurdupel” Nyerere triumfował a Amin musiał uciekać. Zmarł na wygnaniu w niesławie i opuszczeniu. Tanzańczycy zaś zainstalowali w Ugandzie przyjazny sobie rząd i wycofali się stopniowo.

_________________
ach, jaki dziwny świat!
moralność jak przekleństwo
czas, który jest smutkiem
świat, który nie jest światem!


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: wt, 10 lipca 2007 13:47:26 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
czw, 11 listopada 2004 17:00:25
Posty: 20329
do usług :)

_________________
„Roszczeniowe juwenalia" - nowy Spirit of 84 w dużym skrócie


Na górę
 Wyświetl profil
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 95 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3, 4, 5 ... 7  Następna

Strefa czasowa UTC+1godz. [letni]



Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości


Nie możesz tworzyć nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Przejdź do:  
Technologię dostarcza phpBB® Forum Software © phpBB Group