Ultima Thule

Forum fanów Armii i 2TM2,3
Dzisiaj jest śr, 22 listopada 2017 07:59:33

Strefa czasowa UTC+1godz.




Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 19 ]  Przejdź na stronę 1, 2  Następna
Autor Wiadomość
 Tytuł: Stare historie
PostWysłany: ndz, 07 stycznia 2007 15:08:22 
Zwykle nie 'jaram' sie historiami z okresu II wojny światowej, na serial ;) 'Z Archiwum XX-wieku' jakoś nie załapałem bakcyla. Może dlatego ze strasznie ta historia RP międzywojennej i II wojny światowej wykorzystywana jest do bieżącej polityki.
Zauważyłem że jednak kilka osób z forum zdaje się mieć lekkiego hopla na ten temat, więc zakładam temat.

Przy okazji kiedy historia miesza się z życiem osobistych osób, historia zaczyna nabierać kolorytu i jakby nowego tła. Nie powinienem polecać artykułów na o2.pl, bo są zwykle 'podlansowane', ale ten mi się bardzo spodobał:
http://wiadomosci.o2.pl/?s=512&t=8099

Poplątana historia zabicia Heyidricha

Czekam na polemiki, podobne historie, lub sytuacje które zrobiły na Was największe wrażenie (jak jak sobie pomyślę o nocy świętego Bartłomieja, to aż mnie zimny pot oblewa, więc może i tą 'historię' wpiszę.


Na górę
 
 Tytuł:
PostWysłany: ndz, 07 stycznia 2007 16:06:24 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 09 listopada 2004 21:37:55
Posty: 20007
o, muszę mojej babci powiedzieć, może się zapisze na forum :mrgreen:

zawsze opowiada różne historie o tym, jak to ciotka Kamila przesiedziała x dni w studni... naprawdę są ciekawe! (ale ja mam słabą pamięć do nich, elsea jest znacznie lepsza)

_________________
ćrąży we mnie zła krew


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: ndz, 07 stycznia 2007 16:31:23 

Rejestracja:
ndz, 18 czerwca 2006 13:42:20
Posty: 3160
Skąd: dalekie krainy
U nas niestety babcia mało opowiada.. Ale pradziadek znalazł kiedyś po wojnie w szopie co koło naszego domu stała, pamiętnik partyzanta... Niejaki Aleksander Omiljanowicz opisał to zdarzenie w swojej książce... Gdzieś u nas leży w domu ta książka.


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: ndz, 07 stycznia 2007 23:46:29 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
sob, 19 lutego 2005 16:54:09
Posty: 139
Skąd: Żory/Kraków/Heliopolis
Temat w sam raz dla mnie... Dziadek mojego kuzyna (nie wiem jak nazwać ten stopień pokrewieństwa) służył w latach 1943-45 w artylerii przeciwlotniczej na wyspie Wangerooge (Wyspy Wschodniofryzyjskie). Opowiadał o tym, że kiedy do pomocy przywieziono im rosyjskich jeńców (tzw. Hiwi - Hilfswillige), to w ciągu tygodnia obgryźli do goła z owoców wszystkie krzaki dzikiej róży na wyspie . Niemieckim nadludziom nie przyszło do głowy, że takie owoce można jeść...

Właśnie jestem w trakcie lektury "Promieniowań" Jüngera (piszę o nim magisterkę). Smakowity fragment z opowieści porucznika Grüningera o walkach na froncie wschodnim:

"Po odparciu rosyjskiego oddziału zwiadowczego jego [tj. Grüningera] żołnierze odkryli wśród zabitych siedemnastoletnią dziewczynę, która walczyła fanatycznie. Nikt nie potrafił powiedzieć, jak do tego doszło, ale nazajutrz rano nagie zwłoki leżały w śniegu, a że zima jest znakomitym rzeźbiarzem, który zachowuje zarówno sztywność, jak i świeżość kształtów, oddział długo jeszcze miał okazje podziwiać piękne ciało. Gdy później wycofano się z tej bazy, często jeszcze zgłaszali się ochotnicy na patrol, żeby w ten sposób ponownie napawać się wspaniałym widokiem."


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: pn, 08 stycznia 2007 00:52:48 
Raczej myślałem o konkretnych, ale nie przeżytych historiach. Moja babka ponoć była świakiem gdzy niemcy napierdalali głowami niemowlaków o bruk. Tu, w Warszawie i okolicach

Ale żeby nie przeciążyć tematu ogólnego, to moze coś dla dla jaj?(jaj?! sic! ). Nie wiedziałem trochę gdzie to wrzucić, więc wrzuciałem tu:

http://wiadomosci.o2.pl/?s=512&t=8100

No i czekam na polemikę


Na górę
 
 Tytuł:
PostWysłany: pn, 08 stycznia 2007 08:44:00 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pt, 24 grudnia 2004 14:34:22
Posty: 12684
Skąd: Poznań
Wyborny topik! :piwo:

O Heindrichu fascynująca historia, faktycznie. Zresztą pojawiały się później hipotezy, że był na tyle niewygodnym rywalem dla niektórych innych tuzów III Rzeszy, że leczono go niezbyt sumiennie...
Dorzucę z pewnością tu parę rzeczy. Na razie taka mała ciekawostka:

Błąd, który się opłacił

Gdy w czerwcu 1943 roku planowano 60 z kolei operację 8. Armii Powietrznej, nikt nie chciał, aby przebiegała ona w tak dramtycznych oklicznościach. 50 bombowców wyruszyło z misją zbombardowania niemieckiego lotniska na obrzeżach Brukseli. Załogi zostały poinstruowane, aby pod żadnym pozorem nie zrzucały bomb na cele położone w Brukseli. Samoloty wystartowały. Będąc nad stolicą Belgii młody lotnik wypuścił śmiercionośny ładunek nad miejskim parkiem. Widząc to, pozostali piloci również zrzucili bomby. Taka była procedura alianckiej floty powietrznej. Kiedy wrócili do Anglii, byli załamani; najprawdopodobniej zabili setki niewinnych Belgów! Niefortunny pilot postanowił wziąć winę tylko i wyłącznie na siebie. Robert Williams, głównodowodzący pilotami, wezwał ich do swej kwatery. Młody lotnik powiedział do dowódcy "Mogę tylko powiedzieć, że żałuję dnia, w którym się urodziłem". Williams oznajmił natomiast, że cała akcja została przeanalizowana przez źródła wywiadowcze. Okazało się, że park i przyległe luksusowe dzielnice zarekwirowali Niemcy... Zginęło ponad 1200 niemieckich żołnierzy, a cała akcja została uznana za niezwykły pokaz amerykańskiej precyzji bombardowania. "Takie są koleje wojny. Sprawa zostaje zamknięta..."

_________________
Musieliśmy przestać gonić Cejrowskiego, gdyż zaczęły nas gonić krowy-mutanty


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: pn, 08 stycznia 2007 14:42:41 
niezłe :D


Na górę
 
 Tytuł:
PostWysłany: pn, 08 stycznia 2007 21:23:28 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
czw, 22 czerwca 2006 08:44:39
Posty: 809
Skąd: Warszawa
A pamiętacie magazyn komiksowy "Relax" i zamieszczony tam komiks z historią zamachu na Heydricha ? Nota bene to z tego komiksu pochodzą obrazki na okładkach tych płyt :
Obrazek
Obrazek

_________________
Czekając na noc układam sobie pieśni,
Nie wsłuchuj się za długo, nie wpatruj się za bardzo...


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: czw, 11 stycznia 2007 01:04:56 
Relaxów to ledwie kilka czytałem, aj już raczej z pokolenia kapitana Żbika i Porucznika Michalskiego. Jeśli nieczego nie plącze (a miałem wtedy tych komiksów masę).
Wolf, a czytałes książki o II Światowej z serii z tygrysem?


Na górę
 
 Tytuł:
PostWysłany: czw, 11 stycznia 2007 17:05:31 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
czw, 22 czerwca 2006 08:44:39
Posty: 809
Skąd: Warszawa
Bardzo mało. Mój tata miał za to serię "II wojna światowa" wydawaną w formie czarno-białych zeszytów A4 z imponującą po prostu ilością fotografi w każdym odcinku. Niestety, cała seria gdzieś się zapodziała :(

_________________
Czekając na noc układam sobie pieśni,
Nie wsłuchuj się za długo, nie wpatruj się za bardzo...


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: czw, 11 stycznia 2007 17:38:10 

Rejestracja:
śr, 04 października 2006 20:59:50
Posty: 942
3bajki pisze:
czytałes książki o II Światowej z serii z tygrysem?

tygrysy byly/sa strasznie przeklamane-w koncu pisano je pod dyktando rosji poniekad.


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: ndz, 04 lutego 2007 21:31:52 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pt, 24 grudnia 2004 14:34:22
Posty: 12684
Skąd: Poznań
Któż z polskich pasjonatów historii nie wyobrażał sobie naszych samolotów zadających w 1939 r. odwetowe ciosy Berlinowi? Nalot taki - wobec przygniatającej niemieckiej przewagi w powietrzu - nie miał miejsca, w mniejszej skali coś niecoś jednak się udało.
8.09.1939 brawurowy rajd wykonał wodnosamolot R-XIII pod dowództwem kpt. Rudzkego. Śmiały plan zakładał atak bombowy na pancernik "Schleswig-Holstein", aby dodać otuchy obrońcom Westerplatte. Nalot ten - ze względu na powolność i małą zwrotność maszyny miał być wykonany po zapadnięciu zmroku (lot w dzień groził kontrakcją niemieckich myśliwców a wynik takiej walki byłby przesądzony na ich korzyść). Samolot obładowano bombami ile się dało i R-XIII z trudem, ale jednak wystartował z wód Zatoki Puckiej. Na miejscu konsternacja - pancernika w kanale portowym już nie było - Westerplatte kilka godzin wcześniej skapitulowało. Obserwator - por. Juszczakiewicz zauważył jednak nietypowe zbiorowisko świateł w centrum Gdańska. Załogę spotkał niezwykły traf - znaleźli się nad paradą wojsk hitlerowskich zorganizowaną z okazji "wyzwolenia" Gdańska.
Por. Juszczakiewicz po locie zdał następujacą relację:
Wszystkie bomby poszły w dół, wybuchając wśród ciżby rozradowanych hitlerowców. Następnie maszyna na pełnych obrotach wykonała ciasny skręt i ponownie zeszła nad ulice, przechylając się na skrzydło, tak aby obserwator miał możliwość otwarcia ognia z broni maszynowej. Skutki nalotu okazały się dla Niemców tragiczne. Zabici i ranni zasłali momentalnie ulicę, dziesiątki i setki osób w szalonej panice dusiły się i deptały w bramach domów, szukając schronienia przed deszczem polskich kul. Gdy zdezorientowana niemiecka obrona przeciwlotnicza otworzyła chaotyczny i bezładny ogień, pilot zszedł do lotu koszącego i odleciał w kierunku Helu, gdzie wodował o godzinie 22.45

Jak widać, Niemcy przekonani że na całym wybrzeżu polskich lotników już nie ma, byli całkowicie zaskoczeni. Następnego dnia systematycznie przeszukiwali z powietrza okolice Helu i zniszczyli resztę polskiej floty powietrznej. Ale przedtem "ostatni polski samolot nad Gdańskiem" dał im się mocno we znaki.

_________________
Musieliśmy przestać gonić Cejrowskiego, gdyż zaczęły nas gonić krowy-mutanty


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: pt, 14 października 2016 21:39:35 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pt, 24 grudnia 2004 14:34:22
Posty: 12684
Skąd: Poznań
W 1942 r. z okupowanej Grecji do okupowanej Polski przerzucono majora Wehrmachtu Maxa Liedtke. Ten syn pastora, w cywilu dziennikarz, był w istocie antynazistą. W 1935 r. miał nawet kłopoty z tego powodu, bo nie trzymał języka za zębami gdy było trzeba. Od tej pory stał się ostrożniejszy. Dobierał sobie ludzi, którym ufał i starał się przejść przez wojnę niezauważony. Nie udało się - zbliżały się dlań wielkie dni. Liedtke został mianowany wojskowym dowódcą Przemyśla. Na swego adiutanta wybrał Alberta Battela - prawnika w cywilu, oficera Abwehry, jeszcze bardziej zdeklarowanego przeciwnika nazizmu. W okolicy szalał coraz powszechniej niemiecki terror antyżydowski. Liedtke, który wojnę spędzał do tej pory w spokojnym Pireusie, był wstrząśnięty tym co zobaczył. Wkrótce razem z Battelem zorganizowali żydowską brygadę roboczą. Wykonywała ona dla Wehrmachtu różne pomocnicze prace, miała przepustki, jej członkowie mogli wychodzić w miasto i dzięki temu kupować żywność. Tymczasem jednak - było to już lipiec 1942 r. - SS zdecydowała o wywiezieniu wszystkich przemyskich Żydów do Bełżca, gdzie mieli zostać natychmiast zamordowani. Liedtke najpierw stosował bierny opór - poinformował SS, że "jego" Żydzi wykonują niezbędne prace na rzecz armii i ich nie odda. Lokalne dowództwo SS stwierdziło, że ma to w nosie i że wkrótce kommando rozpocznie przeczesywanie miasta i wywózkę. Nastąpiły dramatyczne chwile. Battel wiedział czym ryzykują - sam już był wcześniej skazany na areszt za demonstracyjną życzliwość okazywaną lwowskim Żydom. Ale jednak zrobili rzecz niebywałą - 26 lipca Liedtke wysłał podległe sobie oddziały na most na Sanie i zablokował go. Wkraczającym z drugiej strony jednostkom SS zapowiedziano ostrzelanie z działek, jeżeli odważą się przekroczyć most. Następnie - niemal pod okiem esesmanów - Liedtke i Battel wysłali do getta ciężarówki i wywieźli z niego tyle żydowskich rodzin ile się dało. Zawieziono je do komendantury i zapewniono ochronę. Protestującemu ppor. Kieselowi, który już rozlokował się w gettcie w celu jego likwidacji - bez ceregieli zagrożono bronią.
SS dostała furii. Miejscowy dowódca w stopniu SS-Haupsturmfuhrera - Martin Fellenz przyjechał do Liedtkego z gigantyczną awanturą. Przerywana jego wrzaskami dyskusja trwała jakiś czas, po czym Fellenz odjechał z niczym. Oczywiście o niecodziennym zamieszaniu dowiedziała się "góra". Wiadomo też było, że blokada mostu nie może trwać wiecznie, spór kompetencyjny łatwo można było przedstawić jako bunt. W końcu generał Curt von Gienanth i SS-Obergruppenfuhrer Wilhelm Kruger dogadali się, że sprawę trzeba wyciszyć - oddziały Liedtkego miały ustąpić z mostu, deportacja Żydów miała być przeprowadzona, ale Żydzi będący pod kuratelą Liedtkego mieli być z niej wyłączeni.
Część z tych Żydów i tak zginęła później, ale część przeżyła wojnę i dała świadectwo.
Tymczasem jednak nie zapomniano obu oficerom całej sprawy. Liedtkego wkrótce wysłano karnie na front wschodni. Przeżył, ale w 1945 dostał się do sowieckiej niewoli, prawdopodobnie na Bornholmie.
Los obszedł się z nim okrutnie - zmarł w Workucie, w obozie pracy przymusowej, w 1955 r.
Battelem zainteresował się sam Himmler, wyrażając opinię że winien zostać aresztowany. Póki co został tylko objęty "dozorem" naczelnego dowódcy polowego z Krakowa, generała majora von Hobertha. Wkrótce zachorował na serce i to pozwoliło mu szczęśliwie uniknąć większych kłopotów. Zwolniono go z armii a przy pierwszej okazji wcielono do słabo uzbrojonych batalionów Volkssturmu., walczących w oblężonym Wrocławiu. Też trafił do sowieckiej niewoli, ale został zwolniony co można poczytywać za dar losu. Dalej nie było już tak dobrze, choć i tak trafił lepiej niż Liedtke: Battel osiadł w Niemczech Zachodnich, a ponieważ w czasie wojny był - o ironio! - członkiem NSDAP, podlegał procedurze denazyfikacyjnej. Battel nie wspomniał o swojej roli w przemyskich wydarzeniach, uznano go za sympatyka nazizmu i zabroniono wykonywać zawód adwokata. Zmarł w zapomnieniu w 1952 r.
Wiele lat później, w 1981 r., Liedtkego i Battela odznaczono jako Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata.

_________________
Musieliśmy przestać gonić Cejrowskiego, gdyż zaczęły nas gonić krowy-mutanty


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: sob, 15 października 2016 19:14:06 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pn, 20 października 2008 16:48:09
Posty: 5466
no Aras forumowy archeologu masz u mnie flaki po Zamojsku
co za topik, że powtórzę

Kiedyś przy okazji wymiany poglądów o Stasiuku pisałem o wspomnieniach, które zbieramy i publikujemy w naszym lokalnym piśmie. No i teraz mi się przypomniało i podzielę się jednym z takich tekstów.

Cytat:
Stanisław Jędrzejczak

Urodził się 29 sierpnia 1885 roku w Kobylnicy, a zgon jego jest wpisany do ksiąg USC w 1921 roku z adnotacją, że zmarł pod koniec roku 1916 w niewoli rosyjskiej. Informacja o jego śmierci, jak się później okazało, była niezgodna z prawdą.
Historię życia Stanisława Jędrzejczaka w imieniu rodziny opisała jego wnuczka - pani Halina Patalas z Kobylnicy.

„Czasami oglądając kolejny film w kinie czy telewizji, nie zdajemy sobie sprawy, że bywają scenariusze znacznie ciekawsze, bo pisane przez życie, w których ślepy los role pierwszoplanowych aktorów przypisuje zwykłym ludziom. Tak było w przypadku Stanisława Jędrzejczaka. Został bohaterem tej historii wbrew sobie. Stał się ofiarą czasów i miejsca.
Ale zacznijmy od początku. Stanisław urodził się 29 sierpnia 1885 roku w stosunkowo zamożnej rodzinie chłopskiej. Jego rodzicami byli Jakub i Jadwiga Jędrzejczakowie z Kobylnicy. W 1912 roku Stanisław ożenił się z Władysławą Frąckowiak. W opinii jego bliskich był to mezalians, ponieważ jego wybranka pochodziła z rodziny wyrobników. Oburzeni rodzice pozbawili go prawa do dziedziczenia gospodarstwa rolnego, którego byli właścicielami. Stanisław został tym samym skazany na znalezienie innego źródła utrzymania. Stało się nim ciesielstwo. Ta, zdawałoby się, niesprawiedliwość losu i najbliższych mu ludzi w przyszłości znacznie ułatwiła mu życie. Ze związku Stanisława i Władysławy rodzą się kolejne dzieci: w 1912 roku - Irena, w 1913 - Stanisław i w 1915 - Czesław. Ten ostatni nigdy nie spotkał swego ojca, nigdy nie zamienił z nim słowa, prawdopodobnie nie widział go nawet na zdjęciu. Znał go tylko z opowiadań własnej matki. Stało się tak, ponieważ Stanisław został w 1914 roku powołany do służby wojskowej w armii niemieckiej. Wiemy, że uczestniczył w działaniach wojennych na froncie wschodnim i tam dostał się do niewoli. Wtedy wszelki ślad po nim zaginął. Władysława pogodziła się po pewnym czasie z faktem, że została wdową. Oficjalnie uznano jej męża za zaginionego, a jej przyznano skromną rentę wojenną, stanowiącą jedyne źródło utrzymania dla niej i trojga dzieci. Na ścianie kościoła w Wierzenicy pojawiła się tablica upamiętniająca poległych w czasie I wojny światowej mieszkańców parafii, na niej znalazło się też nazwisko Stanisława. Czas zaleczył rany, dzieci usamodzielniły się, pozakładały własne rodziny. Władysława zmarła, będąc przekonaną do końca swoich dni, że jest wdową wojenną.
Wszystko odmieniło się pewnego dnia w 1962 roku, kiedy na pocztę w Kobylnicy dotarła koperta zaadresowana cyrylicą. Na szczęście rosyjski był wtedy obowiązkowym przedmiotem w szkole, w przeciwnym wypadku trudno byłoby się domyślić, że adresatem tej przesyłki był „ktokolwiek z rodziny Jędrzejczaków”. To, co zawierał list, było prawdziwym szokiem dla Czesława, który jako jedyny z rodzeństwa osiadł na stałe w Kobylnicy. Autorką listu była przyrodnia siostra Czesława, Lida, która kierowana wyrzutami sumienia, a może i błaganiami Stanisława leżącego na łożu śmierci, ujawniła historię jego życia od momentu, gdy został wzięty do niewoli.
Jako jeniec wojenny, Stanisław został wywieziony na Syberię. Miejscem jego pobytu była miejscowość Winzili w okręgu tiumeńskim, nad rzeką Pyszmą, dopływem Obu. Jak i pozostali jeńcy, Stanisław nie miał prawa opuszczania tej miejscowości, a tym bardziej możliwości powrotu do kraju. W pewnym momencie powziął więc prawdopodobnie świadomą decyzję zerwania kontaktu z żoną. Wiedział, że w ten sposób zostanie uznany za zaginionego, a to z kolei pozwoli Władysławie na otrzymanie wdowiej renty. Stanisław musiał ułożyć swe życie od początku. Bardzo pomocnym okazał się zawód cieśli, który zdobył po wydziedziczeniu przez rodziców. Na Syberii większość domów stawiano bowiem z drewna, tak więc Stanisław stał się głównym budowniczym Winzili. Zapewniło mu to szacunek ludzi, a i miało wpływ na jego sytuację materialną. Będąc pozbawionym szans na powrót do kraju, Stanisław powtórnie się ożenił. Z tego związku urodziło się czworo dzieci: Giena, Anatol, Lida i Kola.
Możemy przypuszczać, że prawdziwy dramat dla Stanisława i jego nowej rodziny rozpoczął się w 1936 roku, kiedy dostał pozwolenie na powrót do Polski. Po ponad 20 latach otwarła się droga do ojczyzny, a co ważniejsze do polskiej rodziny. Z tego co wiemy, bardzo chciał wrócić, ale powstrzymywała go jego rosyjska rodzina. Tak naprawdę trudno sobie nawet wyobrazić rozterki jakie nim targały w tym czasie. Z jednej strony poczucie obowiązku wobec żony i trojga dzieci zostawionych w domu, z drugiej druga rodzina, z którą przeżył znacznie więcej czasu. W końcu dał się przekonać, że polska rodzina już przeżyła jego stratę i prawdopodobnie poradziła sobie jakoś z tym, że są to dorośli ludzie, którzy mają na pewno swoje własne rodziny. Tak naprawdę cokolwiek Stanisław by zrobił, łączyło się to ze zranieniem którejś ze stron. Było to prawdopodobnie jego piekło za życia. I być może dlatego zaczął pisać listy do Polski. Były one jednak skrzętnie przechwytywane przez jego córkę, Lidę, która nie potrafiła poradzić sobie z myślą o możliwości utraty ojca. Poza tym nadchodziły kolejne trudne czasy – II wojna światowa.
Stanisław nigdy nie skontaktował się z polską rodziną, nigdy nie wrócił do Polski, nie zobaczył nigdy swojego syna, Czesława. Zmarł na Syberii w 1961 roku. Lida targana wyrzutami sumienia, napisała list, rozpaczliwie starając się naprawić krzywdę wyrządzoną swemu ojcu. Szczęśliwym trafem list trafił we właściwe ręce. Rok później wszystkie dzieci Stanisława spotkały się po raz pierwszy w Polsce. Dwa lata później nastąpiła rewizyta, w trakcie której Czesław po raz pierwszy odwiedził grób swego ojca. Chyba trudno jest wyobrazić sobie ogrom dramatu głównych bohaterów tej historii, siłę emocji targających nimi, wagę podejmowanych przez nich decyzji.
Ewa Tomaszewska

_________________
J 14,6


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: sob, 15 października 2016 19:32:27 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
sob, 22 czerwca 2013 11:27:05
Posty: 1071
Skąd: z lasu
Powsinoga pisze:
no Aras forumowy archeologu masz u mnie flaki po Zamojsku
co za topik, że powtórzę

Kiedyś przy okazji wymiany poglądów o Stasiuku pisałem o wspomnieniach, które zbieramy i publikujemy w naszym lokalnym piśmie. No i teraz mi się przypomniało i podzielę się jednym z takich tekstów.

Cytat:
Stanisław Jędrzejczak

Urodził się 29 sierpnia 1885 roku w Kobylnicy, a zgon jego jest wpisany do ksiąg USC w 1921 roku z adnotacją, że zmarł pod koniec roku 1916 w niewoli rosyjskiej. Informacja o jego śmierci, jak się później okazało, była niezgodna z prawdą.
Historię życia Stanisława Jędrzejczaka w imieniu rodziny opisała jego wnuczka - pani Halina Patalas z Kobylnicy.

„Czasami oglądając kolejny film w kinie czy telewizji, nie zdajemy sobie sprawy, że bywają scenariusze znacznie ciekawsze, bo pisane przez życie, w których ślepy los role pierwszoplanowych aktorów przypisuje zwykłym ludziom. Tak było w przypadku Stanisława Jędrzejczaka. Został bohaterem tej historii wbrew sobie. Stał się ofiarą czasów i miejsca.
Ale zacznijmy od początku. Stanisław urodził się 29 sierpnia 1885 roku w stosunkowo zamożnej rodzinie chłopskiej. Jego rodzicami byli Jakub i Jadwiga Jędrzejczakowie z Kobylnicy. W 1912 roku Stanisław ożenił się z Władysławą Frąckowiak. W opinii jego bliskich był to mezalians, ponieważ jego wybranka pochodziła z rodziny wyrobników. Oburzeni rodzice pozbawili go prawa do dziedziczenia gospodarstwa rolnego, którego byli właścicielami. Stanisław został tym samym skazany na znalezienie innego źródła utrzymania. Stało się nim ciesielstwo. Ta, zdawałoby się, niesprawiedliwość losu i najbliższych mu ludzi w przyszłości znacznie ułatwiła mu życie. Ze związku Stanisława i Władysławy rodzą się kolejne dzieci: w 1912 roku - Irena, w 1913 - Stanisław i w 1915 - Czesław. Ten ostatni nigdy nie spotkał swego ojca, nigdy nie zamienił z nim słowa, prawdopodobnie nie widział go nawet na zdjęciu. Znał go tylko z opowiadań własnej matki. Stało się tak, ponieważ Stanisław został w 1914 roku powołany do służby wojskowej w armii niemieckiej. Wiemy, że uczestniczył w działaniach wojennych na froncie wschodnim i tam dostał się do niewoli. Wtedy wszelki ślad po nim zaginął. Władysława pogodziła się po pewnym czasie z faktem, że została wdową. Oficjalnie uznano jej męża za zaginionego, a jej przyznano skromną rentę wojenną, stanowiącą jedyne źródło utrzymania dla niej i trojga dzieci. Na ścianie kościoła w Wierzenicy pojawiła się tablica upamiętniająca poległych w czasie I wojny światowej mieszkańców parafii, na niej znalazło się też nazwisko Stanisława. Czas zaleczył rany, dzieci usamodzielniły się, pozakładały własne rodziny. Władysława zmarła, będąc przekonaną do końca swoich dni, że jest wdową wojenną.
Wszystko odmieniło się pewnego dnia w 1962 roku, kiedy na pocztę w Kobylnicy dotarła koperta zaadresowana cyrylicą. Na szczęście rosyjski był wtedy obowiązkowym przedmiotem w szkole, w przeciwnym wypadku trudno byłoby się domyślić, że adresatem tej przesyłki był „ktokolwiek z rodziny Jędrzejczaków”. To, co zawierał list, było prawdziwym szokiem dla Czesława, który jako jedyny z rodzeństwa osiadł na stałe w Kobylnicy. Autorką listu była przyrodnia siostra Czesława, Lida, która kierowana wyrzutami sumienia, a może i błaganiami Stanisława leżącego na łożu śmierci, ujawniła historię jego życia od momentu, gdy został wzięty do niewoli.
Jako jeniec wojenny, Stanisław został wywieziony na Syberię. Miejscem jego pobytu była miejscowość Winzili w okręgu tiumeńskim, nad rzeką Pyszmą, dopływem Obu. Jak i pozostali jeńcy, Stanisław nie miał prawa opuszczania tej miejscowości, a tym bardziej możliwości powrotu do kraju. W pewnym momencie powziął więc prawdopodobnie świadomą decyzję zerwania kontaktu z żoną. Wiedział, że w ten sposób zostanie uznany za zaginionego, a to z kolei pozwoli Władysławie na otrzymanie wdowiej renty. Stanisław musiał ułożyć swe życie od początku. Bardzo pomocnym okazał się zawód cieśli, który zdobył po wydziedziczeniu przez rodziców. Na Syberii większość domów stawiano bowiem z drewna, tak więc Stanisław stał się głównym budowniczym Winzili. Zapewniło mu to szacunek ludzi, a i miało wpływ na jego sytuację materialną. Będąc pozbawionym szans na powrót do kraju, Stanisław powtórnie się ożenił. Z tego związku urodziło się czworo dzieci: Giena, Anatol, Lida i Kola.
Możemy przypuszczać, że prawdziwy dramat dla Stanisława i jego nowej rodziny rozpoczął się w 1936 roku, kiedy dostał pozwolenie na powrót do Polski. Po ponad 20 latach otwarła się droga do ojczyzny, a co ważniejsze do polskiej rodziny. Z tego co wiemy, bardzo chciał wrócić, ale powstrzymywała go jego rosyjska rodzina. Tak naprawdę trudno sobie nawet wyobrazić rozterki jakie nim targały w tym czasie. Z jednej strony poczucie obowiązku wobec żony i trojga dzieci zostawionych w domu, z drugiej druga rodzina, z którą przeżył znacznie więcej czasu. W końcu dał się przekonać, że polska rodzina już przeżyła jego stratę i prawdopodobnie poradziła sobie jakoś z tym, że są to dorośli ludzie, którzy mają na pewno swoje własne rodziny. Tak naprawdę cokolwiek Stanisław by zrobił, łączyło się to ze zranieniem którejś ze stron. Było to prawdopodobnie jego piekło za życia. I być może dlatego zaczął pisać listy do Polski. Były one jednak skrzętnie przechwytywane przez jego córkę, Lidę, która nie potrafiła poradzić sobie z myślą o możliwości utraty ojca. Poza tym nadchodziły kolejne trudne czasy – II wojna światowa.
Stanisław nigdy nie skontaktował się z polską rodziną, nigdy nie wrócił do Polski, nie zobaczył nigdy swojego syna, Czesława. Zmarł na Syberii w 1961 roku. Lida targana wyrzutami sumienia, napisała list, rozpaczliwie starając się naprawić krzywdę wyrządzoną swemu ojcu. Szczęśliwym trafem list trafił we właściwe ręce. Rok później wszystkie dzieci Stanisława spotkały się po raz pierwszy w Polsce. Dwa lata później nastąpiła rewizyta, w trakcie której Czesław po raz pierwszy odwiedził grób swego ojca. Chyba trudno jest wyobrazić sobie ogrom dramatu głównych bohaterów tej historii, siłę emocji targających nimi, wagę podejmowanych przez nich decyzji.
Ewa Tomaszewska




Interesująca historia. :wink:

_________________
,,Tak dużo, tak mocno
Nie pytaj już
Nie pytaj
Tak dużo, tak mocno ''


Na górę
 Wyświetl profil
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 19 ]  Przejdź na stronę 1, 2  Następna

Strefa czasowa UTC+1godz.



Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości


Nie możesz tworzyć nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Przejdź do:  
cron
Technologię dostarcza phpBB® Forum Software © phpBB Group