Ultima Thule

Forum fanów Armii i 2TM2,3
Dzisiaj jest pt, 17 listopada 2017 18:10:53

Strefa czasowa UTC+1godz.




Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 38 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3  Następna
Autor Wiadomość
 Tytuł:
PostWysłany: wt, 02 czerwca 2015 20:57:25 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pn, 26 stycznia 2009 20:04:57
Posty: 13194
Skąd: ze wsi
Przyznam się, że czekałem na ten album z niepewnością, która na
początku przeszkadzała mi srogo i drażniła, ale którą nawet
polubiłem. Przecież droczyła się z moimi oczekiwaniami, a
oczekiwania dotyczące sztuki, to wstydliwa pomyłka. Więc ten czas
płynący do premiery, był okresem radosnych tortur, w wyniku
których pacjent zmarł.


Nawet po koncercie w krakowskiej Alchemii, który był doznaniem
prawie krańcowym, mogłem sobie tylko powiedzieć, że Rimbaud będzie
w jakimś sensie bezlitosny, choć nie mogłem wykluczyć i czegoś
innego. I kiedy w końcu mogłem go posłuchać w całości, byłem już
wystarczająco nieżywy, by poddać się "eksperymentom" Budzyńskiego, Jacaszka i Trzaski.

Zresztą od razu trzeba napisać, że "eksperyment", to bardzo słabe
określenie na opis charakteru tej muzyki. Jest ona czymś zdecydowanie
bardziej bezpośrednim, anty teoretycznym, i tu zaskoczyło mnie
oczywiste doznanie, że jest ona przecież symbolizmem! To dźwięki,
które wydaje janowiec. To echo zniżającej się katedry, i szum
wznoszącego jeziora. To nie są groźby, to historia symboli,
których się nie odkrywa, które są nierozwiązywalne, a którymi się żyje.

Przede wszystkim, co mnie uderza, to jakaś katastroficzna
antyromantyczność tej muzyki. "Oczekiwanie" jest jedną z głównych
cech postawy romantycznej. Tu oczekiwanie zostało zastąpione
wydaniem się na szaleństwo. Nie ma czasu! to jest chwycenie istoty za rogi! Tu i teraz.

"Rimbaud" jest dosłownym złamaniem stanu, który Franz Kafka
opisywał jako swoje życie "[...] które jest zaledwie strachem przed urodzeniem".

Jak to się dzieje? Nie wiem, nie pojmuję... ale cień mojej nagiej
postaci odbity w lustrze, na który przypadkowo patrzę, dosłownie
drze się w moich wnętrznościach, kiedy słucham "TARCZO
WŁOCHATA!!!", i kiedy pada złowieszcze: "ARMATOOOO!!!", to widzę
hrabiego Raczyńskiego strzelającego do siebie z armaty. Boże!
Miałbym być hrabią!!??
I to jest początek!

Muzyka, którą słyszę jest zdecydowanie na antypodach np.
"Legendy", która przecież również posiada odniesienia do Rimbauda,
a co więcej, zawsze ją odczuwałem, jako duchowo zrodzoną z tego
poety! Ale tu!... tu Rimbaud przekracza 50 lat, i traci swój czas!

"Głody me, paście się, głody,
Na dźwięków łące!"

I na zakończenie jeszcze zdanie z Kierkegaarda:
"Gdy duch zaczyna się poruszać, życie staje się niepewne, i nikt właściwie nie może się skoncentrować na robieniu kariery".
I dlatego nie wróżę tej płycie popularności.
Dziękuję.
:)

_________________
un tralala loco


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: wt, 02 czerwca 2015 22:46:04 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 10 listopada 2004 14:59:39
Posty: 24061
o, też myślałem o tym, że ten tu Rimbaud jest inny niż "odnaleziono wreszcie! ale co? wieczność!"



ps. i jeszcze chciałem nawiązać do tego, co napisał czosnek - jeśli ktoś zniechęcił się Armatą, to niech jednak nie odpuszcza płyty, bo ominie go mnóstwo muzyki, która rozgrywa się na różnych poziomach, nie tylko tej fantastycznej betoniarki z pierwszego numeru :)


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: śr, 03 czerwca 2015 07:38:20 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pn, 26 stycznia 2009 20:04:57
Posty: 13194
Skąd: ze wsi
antiwitek pisze:
Rimbaud jest inny niż "odnaleziono wreszcie! ale co? wieczność!"

i inny niż "jest w lesie ptak..."

_________________
un tralala loco


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: sob, 06 czerwca 2015 16:43:07 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 10 listopada 2004 14:59:39
Posty: 24061
Ułożył mi się esej o płycie Rimbaud. Myślałem, że najpierw będzie się chciało pisać o walorach czysto muzycznych, a tu na plan pierwszy wybiła się wizja i wymowa całości. Co zrobić :) .

Część I

Samogłoski
Wokalnie płyta zaczyna się od wokalizy na dwóch samogłoskach: A i O. Pojawiają się też one na przemian zaraz w pierwszych słowach albumu: tArczO włOchatA, ArmatO. Warto przypomnieć, że sam Rimbaud w wierszu „Samogłoski” (tłumaczenie Ważyka) wyjaśniał, że „A czerń” a „O błękity” znaczy. Takie dwie barwy – nocy i dnia, ziemi i nieba. „A, czarny i włochaty gorset lśniących wspaniale / Much, co brzęczą w odorze, cień w zatokę zaszyty”. „O, trąba niebiańska, co dziwne świsty kołysze, / Obszary, gdzie Anioły i Światy prują ciszę”.

Totem
Pierwsze co przyszło mi do głowy podczas słuchania – również pod wpływem Gielniaka z okładki – to, że te osiem utworów na płycie jest jak cykl ośmiu grafik. Za pomocą popielnych obrazów opowiedziana została historia. Słuchacz / widz będzie odczytywał ją po swojemu.
Pierwsza praca w cyklu - szczególnie ekspresyjna „Armata” - nie rozpoczyna jednak samej opowieści. Stanowi raczej stronę tytułową, znak całości. To groźny totem, ustawiony na trzech nogach – bo trójnogiem nazwał projekt Rimbaud wydawca. Choć też nie da się tego totemu – czarnego, włochatego, lśniącego wspaniale - oderwać od reszty.

Przebijanie, przebicie
Właściwa historia rozpoczyna się w miejscu dla człowieka nieprzyjaznym. „Kiedy skończył się potop”. Pośród barbarzyńskiego pustkowia, czarnego lądu, pod dymiącym mułem. Tam właśnie ginie / kiełkuje eukariontyczne ziarenko. A biały, wiotki pęd, omdlewając, przebija się przez warstwy jałowej gleby ku księżycowemu światłu, ku dzikiemu światu.

Dmuchawiec, murzyni, wizja wieczności
Następny obraz („Matinée d'ivresse”) jest bardziej eteryczny, sferyczny. Kuliste kształty, doświadczenie lekkości i lotu ponad - ale dokąd? A może to księżyc – jego ogromna, żółta tarcza - leci, a my stoimy w miejscu?
Jeszcze następny („Fêtes de la faim”) ubiera w ciemne kształty jakąś niepokojącą, biologiczną, rytualną siłę. Mięśnie i pot.
A dalej („Enfance”) jezioro faluje, fala za falą, fala za falą, ale chmur ponad nie słychać, katedra z chmur wypełniona jest ciszą. Kojąca wizja piękna spoza czasu. Jak „morze, co łączy się ze słońcem”.

Dekonstrukcja
Następna grafika („Phrases”) lśni zieleniami, brązami, które rozbrzmiewają w pastoralnej przestrzeni. Przynosi też jednak zakłócenia – pojawiają się dziwne przebicia. Czy to sen rwie się? Czy to rzeczywistość zaczyna wyzierać spoza mitologicznych obrazów? Atak jest coraz bardziej gwałtowny, to „biali lądują!” („Jesteście fałszywymi murzynami”). Słychać coś na kształt przeraźliwego echa trąby ostatecznej. Koniec.

Wizja humanistyczna
Ostatni na płycie obraz („Ja to ktoś inny”) to wizerunek człowieka. Nie portret, nie popiersie – całość. Wizja rwie się, wykoślawia, migocze, przysłaniają ją koszmarne flashbacki. Z chaosu wydobywa ją jednak tęsknota, dojmujący smutek – dlatego widać go wyraźnie. Jest jak porzucona forma, niezrealizowany zamysł.
W tej ludzkiej postaci dostrzec można też jakiś praobraz - rodzaj hieroglifu, albo nawet całej konfiguracji znaków. Jakie słowo, jaki imię zabrzmiałoby, gdyby ten pradawny ideogram odczytać właściwie? Czy rzeczywiście byłoby ono inne? W kontekście sposobu konstruowania świata na płycie warto przypomnieć też kabalistyczne przekonanie, że postać człowieka jest postacią doskonałą, że jest to „forma, zawierająca w sobie wszystkie formy” (Zohar).
Pozostaje to jednak w bolesnym kontraście z dramatycznie egzystencjalną wymową albumu.

Owoc
Płyta ma układ symetryczny: francuskojęzyczny, soczysty środek otoczony jest utworami przetłumaczonymi. Słuchając, odbywamy podróż w głąb. Aż chciałoby się rzec – do jądra ciemności. Ale w świetle tego co napisałem powyżej, to raczej jednak jest to podróż do kresu nocy. I to co najważniejsze znajdujemy nie w miąższu, ale na zewnątrz. Ta wizja człowieka – ostatni na płycie utwór - jest jak ogonek utrzymujący całość na gałęzi. I on nagle się urywa.


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: sob, 06 czerwca 2015 16:46:13 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 10 listopada 2004 14:59:39
Posty: 24061
Część II

Klepsydry
Już przy pierwszych przesłuchaniach poetyka płyty „Rimbaud” wydała mi się pod pewnymi względami podobna do poetyki filmu „Sanatorium pod Klepsydrą”. Pewnie chodzi o nastrój niektórych części, specyficzny rodzaj surrealistycznego obrazowania, a także domniemywany przeze mnie element żydowskiego mistycyzmu. Zresztą gęsta tkanka filmu, ten ciąg przygód, wizji i awantur głównego bohatera, w niektórych momentach nicuje się w sposób przypominający opowieść z płyty.
Spod jednej rzeczywistości przeziera inna, a wszystko okazuje się przebiegać w dojmującym kontekście śmierci i przemijania całych światów.

Ektoplazmy
Można zastanawiać się nad naturą rzeczywistości przedstawionej na płycie, zwłaszcza nad materią jej środkowej części. Czy jest to sen, czy jest to rzeczywistość duchowa, a może raczej halucynacja, albo owoc poetyckiej wyobraźni? Intryguje też napięcie między ową rzeczywistością, a tym co ją, jak powiedzieliśmy, zakłóca, nieledwie unicestwia. Warto wspomnieć też o ciszy, która zapada po wysłuchaniu albumu.
Schulz pisał o „fantastycznej fermentacji materii”, która zwykła pojawiać się w miejscach „przesyconych emanacjami wielu żywotów i zdarzeń”, w „rumowiskach obfitujących w humus wspomnień, tęsknot, jałowej nudy”. Ach jak to pasuje do estetyki albumu!
To właśnie tam, jak napisano w „Traktacie o manekinach”, pojawiają się „formy graniczne, wątpliwe i problematyczne, jak ektoplazma somnambulików, pseudomateria, emanacja kataleptyczna mózgu, która w pewnych wypadkach rozrasta się z ust śpiącego na cały stół, napełnia cały pokój, jako bujająca rzadka tkanka, astralne ciasto, na pograniczu ciała i ducha”.
Nie znajdziemy tu jasnej odpowiedzi na powyższe pytania, ale za to zauważmy, że i u Schulza widać, że na pograniczu tym (czerni i błękitu!) rodzi się jakieś fundamentalne cierpienie. „Bo przecież płakać nam, moje panie, trzeba nad losem własnym na widok tej nędzy materii, gwałconej materii, na której dopuszczono się strasznego bezprawia. Stąd płynie, moje panie, straszny smutek wszystkich błazeńskich golemów, wszystkich pałub, zadumanych tragicznie nad śmiesznym swym grymasem”.

Sens
Zdaje sobie sprawę, że odejście w kierunku obrazowania Schulza zaciera trochę klarowność wywodu, z którą pewnie i tak nie jest najlepiej. Ale nie mogłem sobie tego odmówić, zwłaszcza ze względu na postać golema. Za to teraz spróbuję powiedzieć co jest głównym tematem płyty, co stanowi jej treść.
Otóż moim zdaniem chodzi o pokazanie rozwoju samoświadomości. Mamy do czynienia z obrazem pójścia „całą wstecz” w poszukiwaniu pierwotnego matecznika, z próbą cofnięcia się w poszukiwaniu własnego źródła. Odbywa się to przez porzucenie ścieżek tej rzeczywistości, wejście w inną, w świat archetypów i symboli, przez przeorientowanie przyrządów nawigacyjnych i życie zgodne z ich nowymi wskazaniami.
Czy taka próba ma szanse powodzenia? Płyta zdaje się mówić, że nie. Bo TAM już nie da się wrócić.
Można próbować w nieskończoność, a na koniec i tak zostaje tylko ten hieroglif: wyniszczone ogniem ludzkie ciało, rozciągnięte na szpitalnym prześcieradle.
Więc nie warto próbować? Na to pytanie nie mam odpowiedzi.
Może jest jeszcze jakaś inna możliwość. Ale o tym być może mówi tylko cisza po wybrzmieniu płyty.

Commentarii in Somnium Scipionis
Motyw zaglądania pod podszewkę rzeczywistości, rozwijania świadomości w oparciu o sen, przeczucie, rzeczy niewidzialne, zaświat to rzecz, która w naszym kręgu cywilizacyjnym ma długi rodowód. U źródeł tego typu wizji literackich, tkwi podobno – mówię w oparciu o „Odrzucony obraz” C.S. Lewisa – fragment działa Cycerona, napisany około 50 roku przed Chrystusem, a znany jako „Sen Scypiona” (upowszechniony w średniowieczu za pośrednictwem Makrobiusza).
Scypion Młodszy zostaje nawiedzony we śnie przez zmarłego dziada – sławnego Scypiona Afrykańskiego Starszego. Razem unoszą się oni aż do najwyższej sfery niebieskiej, czyli stellatum i stamtąd spoglądają na kulkę Ziemi – znikomą wobec wymiarów kosmicznych. W ten sposób Scypion Młodszy poznaje budowę kosmosu, ale też poznaje pewne prawdy moralne i oraz ich uzasadnienie, niekoniecznie widoczne z ziemskiej perspektywy.
„Sen Scypiona” zainspirował Lukana: w jego wizji dusza Pompejusza ulatuje w niebo wprost z pogrzebowego stosu. Znów mamy w dole malutką Ziemię, ale mamy też motyw ciekawy w kontekście płyty „Rimbaud”. Mianowicie Księżyc, którego sfera oddziela eter od powietrza, czyli świat bogów od świata demonów. To, co znajduje się poniżej Księżyca, ulega przemianom, jest nietrwałe, psuje się i niszczeje. Powyżej króluje porządek wieczności, wieczny dzień. Raz, że znów mamy tu znany już nam kontrast czerni i „błękitów” (przypominam, z jednej strony „czarny i włochaty gorset lśniących wspaniale / Much, co brzęczą w odorze, cień w zatokę zaszyty”, a z drugiej trąbę niebiańską ”co dziwne świsty kołysze, / Obszary, gdzie Anioły i Światy prują ciszę”). A dwa, że Księżyc jest jedynym ciałem niebieskim wyraźnie wspomnianym na albumie „Rimbaud”. Jeśli więc przyjmiemy na chwilę te powszechne w średniowieczu kategorie, będziemy mogli powiedzieć, że cała historia opowiedziana na płycie rozgrywa się właśnie w świecie podksiężycowym - tym który Makrobiusz uważał za „odpadki stworzenia”.

Błąkanie
Zgodnie ze średniowiecznymi wyobrażeniami księżycowym metalem było srebro. Miało wywoływać ono u ludzi wędrowanie: albo podróżowanie w poszukiwaniu nowych ziem, albo też po prostu „błąkanie się”. Również w znaczeniu lunacji. I to pasuje trochę do naszej płyty, a dodać należy jeszcze jeden motyw stale obecny w przywoływanym szczepie wizji. To kwestia towarzysza – przewodnika. Tak jak Scypiona Młodszego prowadził Starszy, tak Dante – bo „Boska Komedia” też należy do utworów inspirowanych snem Scypiona - wędrował pod opieką i towarzystwem Wergiliusza. W naszej opowieści także poeta jest przewodnikiem! W dodatku porusza się on w tych samych sferach, co Wergiliusz, który wyżej niż Księżyc wzlecieć nie miał prawa.

Zakończenie
Są to już oczywiście dość luźne dywagacje, z których może płynąć tylko jeden wniosek. Tamte kosmiczne światy miały określoną strukturę, były uporządkowane, zbudowane były według proporcji i harmonii, jak kosmiczne świątynie. Świat przez który prowadzi Artur Rimbaud już taki nie jest. Jak pisze Lewis „spojrzeć w nocne niebo nowoczesnymi oczami, jest to jakby patrzeć na morze, które zanika we mgle albo patrzeć wokoło w bezdrożnej puszczy – wszędzie drzewa i nie ma widnokręgu”. I tu się rozstajemy. Dodam tylko jeszcze, że i Mickiewicz starał się wyjaśniać głoski, choć nie na sposób synestetyczny. Pisał „O – we wszystkich dialektach słowiańskich znaczy ogół (uniwersum) (…) A – jest w sferze ludzkiej tym czym O w sferze świata”. Pozostaje jeszcze porządek liter w greckim alfabecie. Tarczo włochata.


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: sob, 06 czerwca 2015 18:23:22 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pt, 26 maja 2006 19:29:43
Posty: 6347
Ale super! :)

Dla mnie super tym bardziej, że czuję się jakbym odkrył jakiś nowy kolor. Nie zwykłem czytać testów, które miałyby podobny cel niż ten. Nawet nie wiem jak to do końca określić - traktat filozoficzny?

Słaby jestem w te klocki i szczerze przyznam, nie bardzo chciałem w przeszłości być mocniejszy, bo dominowały we mnie przy czytaniu (nawet nie pamiętam dokładnie czego) dwa odczucia - nuda i odrzucające wrażenie, że autor mi swoje wnioski definitywnie narzuca i kompletnie nie ma w tym miejsca na moje refleksje.

U Ciebie odwrotnie - zero patosu i ataku, a czym dalej brnąłem tym bardziej byłem ciekaw. Poza tym - przeczytałem kawał tekstu i W OGÓLE nie jestem zmęczony - wręcz odwrotnie!

Podsumowując - REWELACJA.
(choć z obiektywnych przyczyn nie wszystko qumam)

I jeszcze coś!

W tych dwóch momentach:

Cytat:
eukariontyczne ziarenko


Cytat:
trąby ostatecznej


oczy mi się szerzej otworzyły! Jak te słowa brzmią! :D

A na koniec:

Cytat:
Ta wizja człowieka – ostatni na płycie utwór - jest jak ogonek utrzymujący całość na gałęzi. I on nagle się urywa.


:shock: :shock: :shock:

PS: nie wiem kiedy kupię płytę, ale wiem, że MUSZĘ.

_________________
Zapraszam:

http://wmigthegig.com/


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: pn, 12 października 2015 21:15:05 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 07 marca 2006 14:07:18
Posty: 464
Skąd: Marshes
Posty wydzielono z wątku ogólnego. jpl.


Ołrajt, dawno miętu nie było. A tak się złożyło, że na potrzeby innego miejsca napisałem pewną rzecz, która – nie tyle ze względu na głębię, przenikliwość czy też byskotliwość, co z powodu po prostu obszerności – zasługuje, by ją tu przytoczyć. Zapisywałem to przez ponad trzy tygodnie, więc jest w tym pewna dynamika i część stwierdzeń z czasem traciła aktualność albo może: do części twierdzeń z czasem traciłem przekonanie. Zamieszczam z drobnymi, kosmetycznymi zmianami.

_________________
[.. :muuu .]


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł: Re: TRZAJABU
PostWysłany: pn, 12 października 2015 21:15:33 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 07 marca 2006 14:07:18
Posty: 464
Skąd: Marshes
Tytułem wstępu:
    1. Mam no tu pod ręką „Sezon w piekle” i „Iluminacje” w tłumaczeniu Artura Międzyrzeckiego i dalej, o!

    2. Nie lubię poezji Rimbauda. Owszem, są naprawdę porażające błyski, ale to, co dokoła, przytłaczająca większość, to dla mnie bełkot, którego przede wszystkim nie rozumiem. To zaś, co jako tako jednak pojmuję nierzadko mnie brzydzi. Szczęśliwie Budzy wyłuskuje głównie wspomniane błyskawice i pozwala im przerażać bez całego ociężałego tła.

    3. Nie umiem interpretować. Ale chcę rozumieć. Problemy się więc piętrzą, bo chyba warto by spróbować dojść wpierw do tego, co poeta miał na myśli, gdy pisał, a potem, co następny poeta zeń zrozumiał i jaki miał zamiar, gdy postanowił zaśpiewać. Aj… Jeszcze w tej tu oto chwili nie jestem do końca pewien, na czym się to wszystko skończy.

    4. Nie znam francuskiego.

_________________
[.. :muuu .]


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł: Re: TRZAJABU
PostWysłany: pn, 12 października 2015 21:15:54 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 07 marca 2006 14:07:18
Posty: 464
Skąd: Marshes
„Armata”

Zaczynamy od eksplozji, która przyćmiewa płytę całkowicie i nieodwracalnie. Tu Budzy pokazał całą swą maestrię w wyłuskiwaniu – powiedzmy – geniuszu, ach! alchemii słów. I już tu widać chyba dość dobrze, że nie chodzi o wyłuskiwanie sensu, istoty. A przynajmniej ja tak to widzę. Mam wrażenie, że to, co tu robi, to po prostu wydobycie mocy z trzech (trzech!) wyrazów, bez oglądania się na ich kontekst. Nie, źle! To by znaczyło, że słowom nadaje jakiś własny sens, sprzeczny z zamysłem Rimbauda, ale to tak jednak nie jest. Tę wydobytą moc nadał im przecież Francuz i mamy tu raczej do czynienia ze skierowaniem na nią pełni świateł przy jednoczesnym powstrzymaniu się od komentarza na temat wymowy całości pierwowzoru. Jeśli wiecie, co chcę powiedzieć, hehe… Ale to tylko moje wrażenia, najpewniej nie zrozumiałem ani pierwszego (autora), ani drugiego (interpretatora), więc wszelkie oceny zależności między nimi są zupełnie do niczego.

Nic to! Konkret jest taki, że te trzy słowa pochodzą z „Iluminacji”, z króciutkiego utworu „Being beauteous”, który składa się z opisu Pięknej Istoty oraz oddzielonych od niego asteryskami dwóch wykrzykników:
Cytat:
O spopielała twarzy, tarczo włochata, ramiona z kryształu! Armato, na którą muszę runąć w skłóceniu drzew i lekkiego wiatru!

Nie bardzo jest sens zastanawiać się, kim jest Piękna Istota – nie o Kogoś tu chodzi, raczej o przeżywanie wizji/obrazu (jeśli wolno mi dokonać prostackiego spłaszczenia), zresztą powyższy cytat elektryzuje sam w sobie i gdy ktoś go wrzucił – dość szybko, o ile pamiętam – na soundclouda, całkowicie mi za kontekst starczała pojawiająca się w nim twarz, którą podejrzewałem nawet (aż do dotarcia do tekstu źródłowego) o duży stopień namacalności.

Ale! Wróćmy do trzech słów. Tyle wystarczy (no, jest jeszcze Ruuu... (od runąć?)), żeby unaocznić gwałtowność, brutalność wręcz, grozę, mięsistość bycia, nie?

_________________
[.. :muuu .]


Ostatnio zmieniony pn, 12 października 2015 21:17:55 przez Puddleglum, łącznie zmieniany 1 raz

Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł: Re: TRZAJABU
PostWysłany: pn, 12 października 2015 21:16:13 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 07 marca 2006 14:07:18
Posty: 464
Skąd: Marshes
Ech, od poprzedniego razu zdążyłem jeszcze parę rzeczy przemyśleć (tak jakby wcześniej nie było na to czasu...) i oto dwie uwagi. Po pierwsze: z jakiegoś dziwnego powodu to:
Cytat:
Nie lubię poezji Rimbauda. Owszem, są naprawdę porażające błyski, ale to, co dokoła, przytłaczająca większość, to dla mnie bełkot, którego przede wszystkim nie rozumiem. To zaś, co jako tako jednak pojmuję nierzadko mnie brzydzi.
napisałem będąc pod wpływem przede wszystkim „Sezonu w piekle”. I w stosunku doń powyższe słowa całkowicie podtrzymuję. Natomiast im dalej zapuszczam się w „Iluminacje”, tym głębiej przekonuję się, że to wręcz odwrotny przypadek – w ich obliczu przestaję zrzędzić.

Po drugie: w świetle choćby tego:
Cytat:
Szczęśliwie Budzy wyłuskuje głównie wspomniane błyskawice i pozwala im przerażać bez całego ociężałego tła.
i dalszych rozważań z wpisu o „Armacie” cała idea tego, co tu – póki co – głównie staram się robić, czyli naświetlania kontekstu dla wybranych przez Budzego fragmentów, no, jakby się rozwiewa, hehe… Trudno.

_________________
[.. :muuu .]


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł: Re: TRZAJABU
PostWysłany: pn, 12 października 2015 21:16:36 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 07 marca 2006 14:07:18
Posty: 464
Skąd: Marshes
„Potop” czyli urywki „Gdy skończył się Potop” – pierwszego utworu z „Iluminacji”.

I po pocisku „Armaty” spadamy od razu w ten kawałek, w którym Budzemu przepuszczanie Rimbauda przez sito wyszło najsłabiej, któremu jako jedynemu na płycie brak tła pierwowzoru, chociaż, przyznam, nie jestem pewien, czy to wrażenie odnosiłem również przed do tego pierwowzoru sięgnięciem… Wydaje mi się też, że słowa dobrane/wybrane do muzyki malują nie do końca to, co zamierzył Rimbaud, a na pewno otrzymany obraz jest mniej (dla mnie) czytelny niż w przypadku oryginału.

I cóż z tym oryginałem? „Gdy skończył się potop” to bujny opis sytuacji powracania do rzeczy porządku po kataklizmie koniec końców niespełnionym, sytuacji porewolucyjnej (i to (najprawdopodobniej) dosłownie, bo Rimbaud brał udział w Komunie Paryskiej), gdy ład i zwykłość życia sięgają po to, co im należne. Ale dla „jasnowidza”, który przez rozprzężenie zmysłów miał otworzyć dla ludzkości zawory prawdy i mądrości to ten opisywany stan jest katastrofą. I stąd właśnie to (na płycie zupełnie niejasne moim zdaniem) wezwanie o pianę, kiry i organy, o zastąpienie Potopów – bo to Potop był dla „jasnowidza” pełnią i sensem. Tu myślę, bardzo dobrym pytaniem jest to o transpozycję, której musi tu przecież jakoś dokonywać Budzy – wiadomo, duchowość itd., ale jednak poza tym, że następuje tu chyba przesunięcie na szersze wody abstrakcji, niewiele widzę, wymyka mi się to, no...

Dobra, zaczynam się czuć jak w czasie odrabiania lekcji z polskiego, więc może dość łopatologii, a za to garstka konkretów. Budzy zaczyna: Kiedy skończył się Potop i od razu zawód w konfrontacji z pierwowzorem, bo tam jest:
Cytat:
Kiedy się tylko uśmierzył zamysł Potopu

O ja… Wiem, że to byłoby dużo trudniej zaśpiewać, ale jednak żal. O ile bogatsze jest to zdanie! Tak mnie teraz naszło, że mimo skąpego procentu zapożyczenia „Potop” (piosenka) wydaje się w sumie trochę przegadany (jako jedyny) – i już na przykładzie tego właśnie początku można by wysnuć wniosek, że trzeba było właśnie jeszcze mocniej ekstrahować, redukować, skreślać. Bo tak, to wyszło coś pomiędzy. Tak myślę.

Druga sprawa to częściowo ciekawostka (makabryczna). Padają słowa: Popłynęły krew i mleko, w oryginale poprzedzone tymczasem tym zdaniem:
Cytat:
Popłynęła krew, pod dachem Sinobrodego – w rzeźniach, w cyrkach, gdzie pod pieczęcią Bożą pobladły okna.

Bardzo ważny wydaje mi się tu Sinobrody, który przecież w „Iluminacjach” zaraz wraca (w „Opowieści”, nienazwany – jako Książę, ale sugestia jest moim zdaniem niezwykle silna). Krew pod jego dachem jest jego krwią – ginie jako ofiara powracającego ładu. Ale czyż nie jest znakiem „jasnowidza”? Tym, który dąży do ostatecznego przejścia (by nie rzucić modną transgresją)? No, aż skóra cierpnie, gdy się popatrzy, skąd się w kulturze Zachodu prawdopodobnie wzięła postać Sinobrodego (dla ludzi o mocnych nerwach, naprawdę, uczciwie ostrzegam: https://en.wikipedia.org/wiki/Gilles_de_Rais ). Zdaję sobie sprawę, że wystawiam się tu na – być może całkiem zasłużony – cios, ale (jako ktoś, kto go ledwie musnął po grzbiecie) tak odczytuję Rimbauda z jego biografią – moim zdaniem Sinobrodym mógł się posłużyć jako przewodnikiem. I tu pojawia się spora trudność dla mnie (która się już zresztą w tych wpisach manifestowała): to moje odczytywanie Francuza nie chce przystawać do mojego odczytywania Budzego. Więc znów: jak ten zrozumiał tamtego i co nam po tym? Cóż…

E, rozlazło mi się to trochę, a jeszcze chciałem dodać, że choć tu warstwa tekstowa nieco słabuje (a pogarsza wrażenie jeszcze śpiewanie wszystkiego podwójnie, które mnie stosunkowo często drażni), to przecież moc ciągle jest. Moc więc i dezorientacja, tak.

_________________
[.. :muuu .]


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł: Re: TRZAJABU
PostWysłany: pn, 12 października 2015 21:19:40 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 07 marca 2006 14:07:18
Posty: 464
Skąd: Marshes
„Matinée d'ivresse” czyli „Poranek odurzenia”, a właściwie niemal dokładnie jego początek, wciąż „Iluminacje”.

Język francuski nigdy mnie specjalnie nie pociągał, bywało nawet, że mnie irytował i jakoś dotąd nie miałem z tego powodu wyrzutów sumienia. Teraz jednak wstyd trochę wyłazi na wierzch. Ale to nieważne! Istotne jest to, że jest francuski dla mnie barierą i to niespecjalnie powabną. Owszem artykułowany tym głosem i osaczony tymi aranżacjami ma pewien czar, ale właśnie głównie dodany. To za mało, żeby podtrzymać napięcie, więc ono na czas tych czterech utworów jednak opada, a ponieważ stan ten trwa przez pół płyty, potem jest już za późno… Szkoda, szkoda szczególnie utworu następnego – najlepszego ze wspomnianych, bo moc jednak trochę wycieka. Hm… nie dane nam już będzie wspiąć się na łoże „Armaty”...

Musiałem więc wykonać pewną pracę. I chociaż do odbioru bezpośredniego nie dotarłem, jakieś efekty osiągnąłem. Nie bez trudu jednak, bo skoro języka nie znam, to z rozpoznawaniem śpiewanych słów łatwo być nie mogło. Tym bardziej, że nie mogło być oczywiście mowy o jakiejkolwiek ocenie umiejętności Budzego. U, zamętcik.

W przypadku tego utworu nie to stanowi jednak największą trudność. Mamy bowiem:
Cytat:
Ô mon Bien! Ô mon Beau! Fanfare atroce! Chevalet féerique!
czyli:
Cytat:
O moje Dobro! Moje Piękno! Bezlitosna fanfaro! Czarodziejska sztalugo!


Dość proste. Co jednak z kontekstem? Powiem szczerze – nie bardzo wiem. Powtórzę: śpiewane słowa otwierają pierwowzór, tyle tylko, że o fanfarze napisane jest jeszcze: od której nie zadrżę! – no, wielka pomoc… O czym jest wiersz (no, nie bawmy się w „upoetyzowane prozy”) wskazuje tytuł i rzucone tu i ówdzie: ta trucizna zostanie w naszych żyłach czy Nocne czuwanie w odurzeniu! święte!, całość jednak – poszczególne frazy i ich relacje są dla mnie nieprzejrzyste – nie rozumiem i nie bardzo czuję. Pozostaje zadowolić się cytatem samym w sobie, pamiętając jednak, że Rimbaud pisząc Dobro, Piękno czy miłość mógł sięgać duszą w nie dokładnie te rejony, które typowalibyśmy. Pada bowiem i taka deklaracja:
Cytat:
Przyrzeczone nam pogrzebać w cieniu drzewo dobra i zła, wygnać tyranię zacności, abyśmy zaprowadzić mogli naszą przeczystą miłość.

Chyba jestem filistrem o bardzo ciasnym rozumku...

_________________
[.. :muuu .]


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł: Re: TRZAJABU
PostWysłany: pn, 12 października 2015 21:21:23 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 07 marca 2006 14:07:18
Posty: 464
Skąd: Marshes
„Fêtes de la faim”

Uuu, no namęczyłem się tu, no. Nie tyle jeśli idzie o interpretowanie (tu akurat słowa mówią same za siebie i nie będę się wysilać; ktoś mógłby oczywiście wskazać palcem na „Alchemię słowa”, ale będę udawał, że nie widzę), co o ustalenie tekstu i jego źródła.

Otóż najpierw znalazłem w „Sezonie w piekle” wiersz zatytułowany „Faim” czyli „Głód”, wchodzący w skład „Alchemii słowa”. Tyle że tylko część tego, co śpiewa Budzy można w tym wierszu odnaleźć. Zacząłem więc szukać dalej, a musiałem tym razem zaufać nie trzymanej w ręce książce, a internetowi, ostrzegam! I tak, znalazłem w sieci „Fêtes de la faim”, które było jeszcze bliższe piosence, ale wciąż to nie było dokładnie to. Muszę przyznać, że się zniechęciłem i niewiele brakowało, a dałbym sobie z przygotowaniami do tego wątku spokój, dzięki czemu swój cenny czas marnowałbym zupełnie inaczej, a Waszego nie marnowałbym wcale. No, jednak sobie nie dałem i znalazłem inną redakcję „Fêtes de la faim”. Tu już zbieżność była niemal idealna – występowały już tylko drobniutkie różnice, gdzie górę brał „Głód” z „Sezonu...”. Potem jeszcze się raz natknąłem na trzecie „Fêtes...”, które również w tych dwu, trzech miejscach było zgodne z wyborem Budzego, ale uznałem to jednak za efemerydę – jakoś najbardziej pasowało mi założenie, że Budzy korzystał tak z tej mojej drugiej wersji „Fêtes...”, jak i z „Głodu”. A jako że „Fêtes de la faim” jest w Polsce znane w przekładzie Adama Ważyka (jako „Uczta głodu”), tłumaczenie, które poniżej przedstawię, będzie moją propozycją połączenia wysiłków Ważyka właśnie (też znalezionych w sieci...) i Międzyrzeckiego.

Oczywiście powinienem był przeprowadzić dogłębniejsze śledztwo i ustalić, w skład jakiego zbioru wchodzi „Fêtes de la faim”*, jakiś jednak szerszy kontekst, dotrzeć do publikacji z wersją Ważyka, ale powiedzmy, że zostawiam to, jako temat do uzupełnienia. A! Jeszcze jedna rzecz: w jednym miejscu nie jestem pewien, co dokładnie Budzy śpiewa – miałem do wyboru dwie bardzo bliskie znaczeniowo (tak mi się zdaje) wersje i musiałem wybrać.

Oto więc:
Cytat:
Mes faims, tournez, paissez!
Mangez les cailloux qu'on brise,
Les galets, fils des déluges.
Mangeons le roc, les charbons, le fer.
Mes faims, c'est les bouts d'air noir.
czyli:
Cytat:
Głody me, paście się, w koło!
Jedzcie szutry ziarnste,
Moreny, dzieci potopów.
Jedzcie żelazo, węgiel i skałę.
Głody me, rymy piosenki czarnej.

To, co Budzy wyciągnął z „Uczty głodu”, to moim zdaniem istota tego wiersza. Rzekłbym nawet: koncentrat!





*Zdaje się, że chodzi o "Wiersze ostatnie"

_________________
[.. :muuu .]


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł: Re: TRZAJABU
PostWysłany: pn, 12 października 2015 21:22:02 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 07 marca 2006 14:07:18
Posty: 464
Skąd: Marshes
„Enfance” czyli „Dzieciństwo” z „Iluminacji”.

Nieustająco kroczę tu po omacku i po linii najmniejszego oporu. Niestety.

„Dzieciństwo” składa się z pięciu krótkich próz, które pozwalają mi się ująć w całość głównie dzięki wspólnemu tytułowi – rozpatrywane osobno pewnie zinterpretowałbym inaczej, o ile w ogóle. Cztery pierwsze części zdają się wyświetlać obrazy odkrywania/chłonięcia świata i siebie samego, piąta – to jakby chwila wycofania się z tej perspektywy ku teraźniejszości, czyli już nie dzieciństwu. To opowieści bardzo zmysłowe (w tym niepodstawowym, dosłownym znaczeniu), przestrzenie, śmierć, stworzenia, osoby, pojęcia kultury, przedmioty, zależności i przypadki rodzinne – to wszystko napływa morskimi bałwanami i jest niemal w błogości chwytane, ba, jest obrastane osobą in statu nascendi. Dopiero w ostatnim urywku przebija gorzki ton.

W kontekście płyty istotna jest część trzecia, składająca się z kilku, jednozdaniowo ujmowanych, skondensowanych obrazów. W części pierwszej zjawiska są szerokie i podstawowe, wszelakie; w części drugiej – rozglądamy się po labiryncie rodziny. To już minęliśmy. Przed nami część czwarta – samoświadomość, przeczucie własnej mocy i objętości. Ale zanim to nastąpi, świat uderza punktowo, niepokojącym konkretem. Jakieś, powiedzmy, czterdzieści procent tego fragmentu zapożyczył Budzy i wychodzi mu to tak:
Cytat:
Il y a une fondrière avec un nid de bêtes blanches.

Il y a une cathédrale qui descend et un lac qui monte.

Il y a une horloge qui ne sonne pas.

Au bois il y a un oiseau.
czyli:
Cytat:
Jest trzęsawisko z gniazdem białych stworzeń.

Jest katedra, która się zniża, i jezioro, które się wznosi.

Jest zegar, który nie bije.

Jest w lesie ptak.

_________________
[.. :muuu .]


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł: Re: TRZAJABU
PostWysłany: pn, 12 października 2015 21:22:38 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 07 marca 2006 14:07:18
Posty: 464
Skąd: Marshes
„Phrases”

„Frazy” z „Iluminacji” to siedem króciutkich urywków, nieszczególnie mocno ze sobą powiązanych, o silnym posmaku zatracenia (chwilami niewątpliwie gnilnego) i konsystencji niemal strumienia świadomości. Chciałem napisać, że nie rozumiem, ale tym razem chyba naprawdę nic tu nie ma do rozumienia... Mój ulubiony to ten najkrótszy, szósty:
Cytat:
Podczas gdy trwoni się fundusze na święta braterstwa, dzwon z różowego ognia rozdzwania się w chmurach.

Ale Budzy wykorzystał odpryski fragmentu trzeciego. Pojawiają się tu jednak dwa problemy. Po pierwsze: końcówka partii wokalnej poddana została brutalnej deformacji i nie mam pewności, co tam tak naprawdę słychać, ale mam poważnego kandydata. Ta podejrzane słowa zaznaczę kolorem niebieskim. Po drugie: w oryginale jest Ma, czyli Moja, podczas gdy Budzy zdaje się śpiewać raz tak właśnie (potem), a raz Mon, czyli Mój (najpierw). Ja ograniczę się do wersji pierwotnej:
Cytat:
Ma camarade, mendiante, enfant monstre!
Attache-toi à nous avec ta voix!
czyli:
Cytat:
Przyjaciółko moja, żebraczko, dziecko potworne!
Przyłącz się do nas ze swoim głosem!

_________________
[.. :muuu .]


Na górę
 Wyświetl profil
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 38 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3  Następna

Strefa czasowa UTC+1godz.



Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość


Nie możesz tworzyć nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Przejdź do:  
Technologię dostarcza phpBB® Forum Software © phpBB Group