Ultima Thule

Forum fanów Armii i 2TM2,3
Dzisiaj jest sob, 25 maja 2019 17:56:33

Strefa czasowa UTC+1godz.




Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 77 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3, 4, 5, 6  Następna
Autor Wiadomość
PostWysłany: pt, 24 listopada 2006 12:02:44 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 10 listopada 2004 11:17:46
Posty: 4849
Skąd: Biadacz
Muzyka tego pana jest niesamowita, tak samo jak sam wykonawca. Nagrywa już 33 lata i jak dla mnie jest jak wino - im starszy tym lepszy... Mam nadzieję w ten weekend zakupić sobie nowy album - zestaw 3 albumów. A w oczekiwaniu zasłuchiwałem się w dyskografię... Nie jest to łatwe facet był swego czasu fabryką muzyki - przez pierwszy okres twórczości w latach 1973-1978 wydawał płytę rok po roku, co musiało się odbić na muzyce. W latach osiemdziesiątych było już pod tym względem lepiej - wydał już tylko pięć albumów. Potem zrobił sobie dłuższą przerwę i wydał 3 albumy. Najlepiej zrobiła mu jednak sześcioletnia przerwa, po której wrócił w zaskakującej formie. Piszę tylko o płytach studyjnych, ponieważ Waits jako artysta z nalepką „kultowy” doczekał się wielu kompilacji, składanek itp. itd. Często wiązało się to z faktem, że nagrywał dla 3 różnych wytwórni. Nawet te albumy studyjne nie bardzo wiadomo jak traktować - w kilka z nich jest zapisem muzyki do różnego rodzaju widowisk i filmów, które Waits współtworzył - na niektórych płytach to słychać, na innych nie. W sumie ponad 20 albumów...
Muzyka jest tak oryginalna i charakterystyczna, że trudno coś konkretnego o niej napisać. Środki którymi posługuje się Waits jako muzyk to od zwykłych gitar, przez stare zepsute fortepiany do bata, którym wybija rytm. Do tego dochodzi drugi zestaw środków muzycznych - wszelkie odcienie wokali Waitsa. Znakiem firmowym jest oczywiście przepity zachrypnięty głos, którym Waits potrafi mruczeć, szeleścić, skrzypieć, nucić, śpiewać, krzyczeć, piszczeć wrzeszczeć, wyć i co tam jeszcze... Ciekawym zabiegiem jest używanie przez niego do modulacji głosu różnego rodzaju tub nagłośnieniowych. Muzyka to głównie różne odcienie blues’a i jazzu. Ale w dużej mierze za jej klimat odpowiadają różne dziwne dźwięki. Muzyka Waitsa jest jak stary dom, którzy żyje - skrzypi, wydaje dźwięki są szmery, jest walenie w garnek, skrzypiące schody... Raz jest balsamem dla uszu, raj jest chropowata, raz jak przejechanie dłonią po nieoheblowanej desce. Po prostu uwielbiam !

Closing Time 1973 ****
Obrazek
Piękny debiut - przepiękne nastrojowe melodie przy akompaniamencie fortepianu i gitary akustycznej, gdzieniegdzie pojawia się saksofon. Płyta brzmi jakby na niej śpiewał jakiś stary dziadek. Głos Waitsa jest mocno mylący - jak nagrywał ten album miał 23 lata. Płyta jest równa - żaden z utworów się jakoś nie wybija ponad wysoką przeciętną.

The Heart of Saturday Night 1974 *****
Obrazek
Jedna z moich ulubionych płyt tego wykonawcy. Bardziej dojrzała niż debiut. Znowu mamy piękne melodie. Płyta ma klimat zadymionej knajpy, który już zawsze mniej, lub bardziej intensywnie będzie wracał na późniejszych płytach. Piękne teksty - na tym albumie je jeszcze rozumiem... Najpiękniejszy z nich to San Diego Serenade - czysta poezja: I never saw the morning 'til I stayed up all night, I never saw the sunshine 'til you turned out the light, I never saw my hometown until I stayed away too long, I never heard the melody, until I needed a song. Znowu trudno coś wyróżnić - wszystkie utwory znakomite.

Nighthawks at the Diner 1975 ***
Obrazek
Sam pomysł nagrania albumu w zadymionej knajpie z ludźmi przy stolikach zasługuje na uwagę. Waits nagrał album z czymś w rodzaju spektaklu. Przy akompaniamencie instrumentów perkusyjnych fortepianu, kontrabasu, gitarki i skasofonu melorecytuje i opowiada różne historyjki. Niektóre straszne, niektóre śmieszne. W tle słyszymy żywe reakcje publiczności. Wiele bym dał, żeby wziąć udział w czymś takim. Niestety słuchanie czegoś takiego jest trochę jak patrzenie przez szybę w sklepie na torcik. Na żywo zapewne sześć gwiazdek, z płyty tylko trzy, bo materiał nieciekawy i nie słucha się tego dobrze.

Small Change 1976 ***
Obrazek
Od tej płyty zaczyna się dla mnie okres twórczości Waitsa, w którym na czarnym nudnym niebie lśnią gwiazdy wybitnych utworów. Ten album zaczyna się jedną z najpiękniejszych piosenek Waitsa ever - Tom Traubert's Blues przejmująca ballada z przepięknym refernem -
Waltzing Mathilda, waltzing Mathilda, you'll go waltzing Mathilda with me. Zaraz potem świetne transowe Step right up. Mamrotanie do skocznej melodyjki kontrabasu, a w tle jazzujący saksofon. Potem płyta siada i zaczyna się robić nudno. Spokojne kawałki wyśpiewywane głębokim chropowatym głosem, po drodze mijamy pijany fortepian.

Foreign Affairs 1977 **
Obrazek
Bardzo słaby album... właściwie nic się tu nie wyróżnia

Blue Vallentine 1978 ***
Obrazek
Tu jest nieco lepiej - piękny początek - Somewhere, zwłaszcza zakończenie tego utworu mnie powala. Następny ciekawy utwór to Romeo is bleeding. Kapitalny jest dynamiczny Whistlin' Past the Graveyard. Do tego jeszcze ładny nastrojowy utwór tytułowy.

Heartattack and Vine 1980 ***
Obrazek
Ten album zawiera trzy wybitne kawałki - soczysty Downtown, Jersey Girl z kapitalnym refrenem - sing sha la la la la la sha la la la no i zamykający płytę Ruby’s Arms

One from the Heart 1982 **
Obrazek
Nie lubię tej płyty - takie uładzone pioseneczki przyozdobione kryształowym głosem Crystal Gayle. Waits dostosowuje się do niego i brakuje w tym wszystkim tego pazura, który jest na pozostałych płytach Waitsa.

Swordfishtrombones 1983 ****
Obrazek
To jest płyta na której objawia się nowy Waits - już nie tylko bluesowo-jazzujący. Tu zaczyna się coś co nazywam dziwnymi dźwiękami. Pierwszy utwór jest symptomatyczny - ciężki rytm wybijany jakimiś dziwnymi instrumentami jakieś plumkanie, cymbały... i do tego chropowatym głosem rytmincznie krzyczane słowa. Na tej płycie pojawiają się jakieś organki, pukanie stukanie, skrzypiące drzwi. Tak będzie już później zawsze. Sztandarowym numerem jest In the neighbourhood z orkiestrą górniczą niemalże... dobry początek tego, co jeszcze przed nami.

Rain Dogs 1985 ******
Obrazek
Arcydzieło - Waits w pigułce od ciężkiego wysapanego Singapore i deszczowych psów, poprzez klaszczące Clap hands, płynące w przestrzeni Jockey full of burbon i Hang down your head, aż po przepiękne nastrojowe Time i Anywhere I lay my head. Płyta kompletna. Bez słabego utworu. Pierwsza płyta Waits’a, do której się przekonałem. Na początku wyłączałem w środku pierwszego kawałka, który wydawał mi się jakimś bezmyślnym łomotem i skrzeczeniem. Wszyscy zapewne znają przepiękny Downtown train, który rozreklamowała dopiero słabsza od oryginału wersja Roda Stewarta.

Ufff. jestem w połowie dyskografii...
c.d.n.


Ostatnio zmieniony śr, 29 listopada 2006 12:24:30 przez KoT, łącznie zmieniany 1 raz

Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: pt, 24 listopada 2006 13:51:30 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pn, 10 stycznia 2005 11:49:49
Posty: 21795
Skąd: Kamienna Góra/Poznań
KoT pisze:
Ufff. jestem w połowie dyskografii...

I przy pierwszej płycie którą znam w całości. "Rain Dogs" ****1/2

_________________
In an interstellar burst
I am back to save the Universe.


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: pt, 24 listopada 2006 18:58:28 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 10 listopada 2004 14:59:39
Posty: 25447
O KoCie! Czad! Dzięki, bo..

Muzyka Waitsa jest dla mnie ważna i bliska. I to bliskość jest czegoś takiego, że nie chce mi się o niej pisać czy mówić...
Z tym większym podziwem przeczytałem Twojego posta: szczególnie drugi akapit, gdzie stary dom i drzazgi w dłoni. Brawo!

Te pierwsze płyty Toma znam wyrywkowo i dość słabo (z jakichś przegranych kaset) ale i tak w kilku miejscach dobrze wiem o czym mówisz... mamrotanie do skocznej melodii kontrabasu i te pe. No.. Blue Valentine mam, więc lepiej znam, ale, co tu kryć od "Swordfishtrombone" zaczynam tak na Twój opis jak i na muzykę Toma reagować zdecydowanie żywiej.

Czekam na ciąg dalszy!

Obrazek


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: pt, 24 listopada 2006 19:09:40 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pt, 28 stycznia 2005 14:46:47
Posty: 19236
Skąd: Autonomiczne Księstwo Służew Nad Dolinką
KoCie! Chylę czoła! Od paru lat szukam jakiegoś przekrojowego przeglądu twórczości Waitsa i nigdzie ani widu ani słychu! Danke!

...ale żeby pisząc o "Rain Dogs" nie wspomnieć ani słowem o "Downtown Train"? :shock: Jak tak można?

Zdrówka życzę


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: pt, 24 listopada 2006 20:39:21 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 09 listopada 2004 21:37:55
Posty: 21520
Kocie - brawo za stworzenie tego wątku, podziwiam znajomość rzeczy i porównania te z nieheblowaną deską i inne - bardzo fajne.

Niestety kiedy dowiedziałem się o powstaniu tegoż wątku (elsea mi powiedziała, akurat przeglądała), moje pierwsze pytanie było: "no i co, zna się?". Iza, która dość dobrze mnie zna ;-), zeskrolowała do...

KoT pisze:
Blue Vallentine ***

i cóż, pozostało stwierdzić... NIE ZNA SIĘ! :D

Obawiam się, że na razie apologii nie wysmażę, nie mam nastroju ani weny. Ale to jest dla mnie płyta ARCY, jeżeli przełknąć nieco dziwaczne początkowe Somewhere (mnie się podoba i widzę, że Tobie również), to wszystko do końca jest wybitne. I choć Waitsa ogólnie lubię, to ta płyta wyrasta mi ponad inne o dobre dwie długości opakowania.

Zaznaczam, że nie znam Waitsa nic nowszego,ostatnie, co słuchałem (z wielkim, przyznaję trudem, to Bone Machine z chyba 1991 czy 92 roku).

_________________
ćrąży we mnie zła krew


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: pt, 24 listopada 2006 21:08:29 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 10 listopada 2004 14:59:39
Posty: 25447
Nie chce tu wprowadzać kłótni w temacie "zna się li czy nie" :wink: , ale akurat "Bone Machine" to bardzo dobra, choć w odbiorze niełatwa - przyznaję, płyta! Moja pierwsza - kolega nabył kasete po recenzji w Tylko Rocku, że może ona przyprawić o zawał :D .

Na pewno stawiam ją o kilka szerokości płyty wyżej nad "Blue Vallentine"!




PS.
Crazy pisze:
Bone Machine z chyba 1991 czy 92 roku


hoho, to już tyle lat?


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: śr, 29 listopada 2006 12:43:27 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 10 listopada 2004 11:17:46
Posty: 4849
Skąd: Biadacz
dołożyłem daty płyt, moga się przydać...

Pet pisze:
...ale żeby pisząc o "Rain Dogs" nie wspomnieć ani słowem o "Downtown Train"? Jak tak można?

ej no czytać, czytać, jeszcze raz czytać...
KoT pisze:
Wszyscy zapewne znają przepiękny Downtown train, który rozreklamowała dopiero słabsza od oryginału wersja Roda Stewarta.

a kawałek jest wybitny po prostu...
Crazy pisze:
(Blue Valentine) to jest dla mnie płyta ARCY, jeżeli przełknąć nieco dziwaczne początkowe Somewhere (mnie się podoba i widzę, że Tobie również), to wszystko do końca jest wybitne. I choć Waitsa ogólnie lubię, to ta płyta wyrasta mi ponad inne o dobre dwie długości opakowania.

kurde Waits tyle nanagrywał, że każdy może znaleźć sobie jego płytę na 6 gwiazdek... mnie Blue Valentine nie podchodzi jakoś tak całościowo - są tam dobre utwory, ale na tle całej twórczości to jest ona pod koniec drugiej dziesiątki...
No i przede wszystkim weź się chłopie za słuchanie późniejszych Waits'ów - one są coraz lepsze, piękniejsze, gęstsze i w ogóle... artysta w pełni dojrzały się z Waits'a zrobił w latach 90 dopiero...

a póki co brnę dalej...

Franks Wild Years 1987 ****
Obrazek
Pamiętałem tą płytę jako słabą... Zacząłem słuchać, a ona jest bardzo dobra i się nie mogłem oderwać. Mocno pojechana we wszystkie strony. Raczej spokojna i rozbujana. Najwięcej tu mamrotania i pijackich zaśpiewów. Nie wiem jak to się stało, że ja jeszcze ani razu nie wspomniałem o pijackich zaśpiewach Waitsa ! Uwielbiam je po prostu... Absolutnie klasycznym przedstawicielem tego gatunku jest Innocent when You dream. Piękny kawałek z jakąś taką rubaszną tęsknotą. Kapitalny jet wykrzyczany z pasją Way down in the hole. Piękny jest też zamykający album Cold, cold ground. Na podstawie tego albumu Waits z żoną Kathleen Brenan napisali sztukę, wystawianą w Chicago, w której Tom grał główną rolę.

Big Time 1988 ***+
Obrazek
Tu już Waits całkowicie odjechał. Przygotował muzyczny spektakl telewizyjny (można to na vhs-ie sobie kupić) w którym występuje, opowiada i śpiewa. Całość jest oparta na historiach z jego utworów. Ale żeby było śmiesznie wydał płytę koncertową pod tym samym tytułem, której zawartość dość mocno rozmija się z zawartością ścieżki dźwiękowej spektaklu. Nie za bardzo wiem dlaczego, ale nie przepadam za tym albumem. Jest ona dowodem na to, że Tom potrafi zagrać na koncertach kawałki z płyt, co po ich przesłuchaniu nie jest dla mnie tak oczywiste. Ładne to wszystko, ale czegoś mi brakuje i nie wiem dlaczego, bo często albumy koncertowe są dla mnie ciekawsze niż studyjne.

Bone Machine 1992 ****+
Obrazek
W lata 90 Waits wszedł mocną pozycją. Już okładka tej płyty jest intrygująca. Album zaczyna się apokaliptycznym Earth died screaming. Po nim przejmujący wyjęczany Dirt in the ground. Kolejne utwory to koktajl stylów które już z twórczości Waitsa znamy, ale tak zmieszany, że smakuje wybornie. Niesamowity jest Jesus gonna be here w klimacie murzyńskich przyśpiewek w czasie zbierania bawełny. Z ciekawszych utworów jest jeszcze Transowe In the colosseum, trochę bondowskie Going out west i kapitalne I don’t wanna grow up. Do tego był świetny teledysk z Tomem jeżdżącym na trzykołowym rowerku i biegającym po podwórku. Za ten album Waits dostał Grammy

Night on earth OST 1992 ***
Obrazek
Fajny soundtrack do wybitnego filmu Jima Jarmusha. Płytka jak płytka, muzyka jest świetna z filmem i bez niego dla mnie nie istnieje. Zamiast płyty polecam zatem film, na który składa się kilka historyjek związanych z podróżą taksówką w nocy w wielkim mieście. Mamy NY, Paryż, Helsinki i Rzym. Świetni aktorzy, świetne historie, piękny film.

The Black Rider 1993 **
Obrazek
Ta płyta już zupełnie do mnie nie przemawia. Jest to muzyka do spektaklu Wiliama Borroughs’a. Dla mnie to dowód na niską formę artysty, który zostanie obalony kilka lat później. Na szczęście Waits po tej płycie zrobił sobie dłuższą przerwę.

Po długiej przerwie Waits wraca w wybitnej formie i nie zaniża jej do dzisiaj (Orphans jeszcze w drodze do mnie). Jak dla mnie to są same 5-gwiazdkowce.
ale o tym w następnym odcinku...

bez odbioru...

pozdro...
KoT


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: czw, 07 grudnia 2006 10:28:46 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 10 listopada 2004 11:17:46
Posty: 4849
Skąd: Biadacz
Mule Variations *****
Obrazek
Piękny album. Mamy tu niby wszystko z czego Waits jest znany, a jednak jest jakoś inaczej... Ja zakochałem się w tej płycie z powodu utworu Hold on - przepięknej ballady. Gitarka i głos na pierwszym planie, grzechotka gdzieś w głębi... no i piękny tekst... Płyta zaczyna się kakofonią dźwięków wykrzyczanych przez Toma - Big in Japan nie ma nic wspólnego z kawałkiem Alphaville. Bluesowy rytmiczny kawałek. Podobnie buja kawałek tytułowy - Get behind the mule - ale tam klimatu dodaje harmonijka. Kolejnym mocnym kawałkiem jest Cold water. Ze spokojnych kawałków jest na tej płycie jeszcze Ponny i nastrojowy Picture in a frame - I love You baby and I always will, eversince I put your picture in a frame - banalne, a nie trąci banałem w refrenie tego numeru. Podobnie jest z House where nobody lives: So if you find someone, Someone to have, someone to hold, Don't trade it for silver, Don't trade it for gold... i na końcu: If there's love in a house, It's a palace for sure, Without love..., It ain't nothin but a house, a house where nobody lives… Na specjalną uwagę zasługuje też wizjonerskie - What is he building in there - monolog wygłoszony na tle niepokojacych dźwięków. Na końcu tego utworu sam zaczynam się zastanawiać - co on tam buduje ? Wszystkie kawałki na płycie są moim zdaniem bezbłędne, więc daruję sobie wymienianie. Dodam tylko jeszcze, ze jest ładne zakończenie - Come on up to the house. Warto też podkreślić, że to był pierwszy album wydany dla ANTI i że od tej płyty zaczęła się oszałamiająca wprost oprawa graficzna albumów Waitsa - piękne klimaciarskei zdjęcia.

Allice *****
Obrazek
W 2002 roku na rynku ukazały się równolegle dwie płyty Waits’a. Obie bardzo różne od siebie. Ja wolę Allice. Ta płyta powstała na bazie muzyki do przedstawienia pod tym samym tytułem. Waits pracował nad tą muzyką równolegle do pracy nad słabiutkim The Black Rider. Ta płyta zdaje się dowodzić, że artysta nie był w 1993 roku w tak słabej formie, jak mi się wydawało. Album jest spokojny, stonowany. Jedynym dynamitem jest Kommienezuspadt wykrzyczany z niesamowitym żarem. Na tle spokojnych utworów wydaje się jeszcze bardziej rozkrzyczany. Utworom, które znalazły się na tej płycie wiele dało dopracowanie ich w studiu. To są perełki, które potrzebowały być wstawione w srebrną oprawę. Słyszałem część tych utworów w wersjach demo i muszę powiedzieć, że nie sprawiały na mnie żadnego wrażenia. Płyta w kształcie w jakim ukazała się w 2002 roku jest perfekcyjna od strony brzmieniowej. To nastrojowy album. Teksty są inspirowane Alicją w krainie czarów. Czają się tu dziwne postacie na czele z moją ulubioną - biednym Edwardem, którego przekleństwem była drga twarz z tyłu głowy. Przepiękny jest też numer tytułowy, który otwiera tą płytę i Flower’s grave... Płyta przesycona melancholią.

Blood Money *****
Obrazek
Płyta bliźniaczka jest zupełnie innym albumem. Zawiera premierowy materiał. Jest pesymistyczna i ponura aż do bólu. Teksty są przygnębiające, zionie z nich rezygnacją i rozczarowaniem ludźmi, światem, może nawet bogiem, który wyjechał w interesach i nie ma czasu, żeby się zajmować innymi rzeczami. Płytę otwiera rytmiczny Misery is the river of the world. Całe dobro świata można włożyć do naparstka, a znajdzie się tam jeszcze wystarczająco miejsca dla nas wszystkich i wszyscy wiosłujemy rzeką którą płynie cierpienie świata. Po słowach If there's one thing you can say About Mankind There's nothing kind about man mam ciarki na plecach… W następnym kawałku - Everything Goes To Hell, podmiot liryczny oznajmia nam, że nie wierzy, że jak się jest dobrym to się idzie do nieba... wszystko i tak skończy się w piekle. God's Away On Business to oskarżenie rzucone w twarz sternikom tonącego statku. Kim oni są ? To mordercy, złodzieje i prawnicy. Pomimo tego zawsze jest jednak pokusa bycia dobrym. W łapce na myszy zawsze można znaleźć darmowy ser. A gdzie w tym wszystkim bóg dalczego się nie interesuuje, dlaczego nic nie zrobi ? Nie wiadomo - wyjechał w interesach. Na płycie są utwory, które pomimo pozornie przyjemnej, dającej odetchnąć muzyki zawierają taki tekst, że stają się jeszcze cięższe, niż te, które walą między oczy. Makabryczna kołysanka - Lullaby, w której tatuś śpiewa, że nie wróci już do domu, a jak umrze, to nie należy się mazać, bo jest jakieś przeznaczenie, które mówi, że nie wszystko jest takie, jak się wydaje. Niesamowity tekst ma też pozornie wesołkowaty Starving in a belly of a whale. Życie to jakaś pomyłka, pułapka bez wyjścia - umieranie z głodu w brzuchu wieloryba... Taka jest ta płyta - doskonała muzycznie, zastanawiająca tekstowo.

Real Gone *****
Obrazek
Zaledwie dwa lata później otrzymujemy kolejną świetną płytę. W sesji nagraniowej brał udział sam Wes Claypool. Za garami zasiadł syn Waits’a. Real Gone nie jest na pewno wesoła, ale daleko jej do wisielczego klimatu poprzedniczki. Teksty zawierają sporą dawkę optymizmu. Na początku tego albumu Tom wspina się na szczyt wzgórza i niech ktoś go spróbuje zatrzymać. Numer bardzo barokowy - masa dźwięków, nawet skrecze, ale bez pudła po pierwszych taktach wiadomo, kto gra... Piękny temat gitary mamy w następnym utworze - Hoist that rag. Trzeci numer jest niesamowity - 10-minutowy monotonny kawałek. W którego refrenie Waits jak mantre powtarza: I'm gonna take the sins of my father, I'm gonna take the sins of my mother, I"m gonna take the sins of my brother, żeby na końcu dodać: I'm gonna wash them, Till the water runs clear. W środku padają mocne słowa - Everything I done is between God and me, Only he will judge how my time was spent. 29 days of sinning and 40 to repent. Przekaz utworu jesty niemal apokaliptyczny: Its much too late to throw the dice again I've found. Po tym kawałku w uszy uderza żywy Shake it. Zaraz potem niesamowity Don’t go into that barn - rytmiczny i świetnie zaśpiewany. How is it gonna to end - maksykalne zwolnienie tempa - niepokojąca balladka. Zaraz potem jazzujący Metropolitan Glide z krzykami chrząkaniem i sapaniem. Na płyce mamy też Dead and lovely - smutną opowieść o tragicznej miłości, opowieść o cyrku, piękną pieśń o zdeptanej róży - Trampled rose, wściekłą prośbę o deszcz - Make it rain i stęsknoiną balladę Day after tomorrow. Płytę kończy tzw. hidden track, na którym Waits używa wyłącznie swojego głosu jako instrumentu.

no i to by było na tyle... o Orphans za jakiś czas...

pozdro...
KoT


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: czw, 07 grudnia 2006 15:54:22 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pt, 28 stycznia 2005 14:46:47
Posty: 19236
Skąd: Autonomiczne Księstwo Służew Nad Dolinką
KoT pisze:
Pet napisał:
...ale żeby pisząc o "Rain Dogs" nie wspomnieć ani słowem o "Downtown Train"? Jak tak można?

ej no czytać, czytać, jeszcze raz czytać...


:oops: Ślepym :oops:

Zdrówka życzę


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: czw, 07 grudnia 2006 18:36:56 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 10 listopada 2004 14:59:39
Posty: 25447
Z ostatniego zestawu znam dwie płyty z 2oo2 roku. Na ich podstawie ufam, że masz rację pisząc, że Waits na nowe stulecie w niezwykle dobrej formie.

Dla mnie jednak płyta "Alice" jest ZDECYDOWANIE lepsza od "Blood Money"... Obawiam się, że ta ostatnia jak dla mnie jest zbyt ciężkostrawna, za dużo dla mnie na niej utworów nieporywających, które trochę się dłużą, w ktorych proporcje składników są nie trafione - płyta nie jest równa.
Doprowadzając moją opinię do skrajności, powiedziałbym, że płytę należałoby zdecydowanie okroić - aż powstałby GENIALNY singiel :wink: : "Starving In The Belly Of A Whale/All The World Is Green". To są w ogóle jedne z najlepszych piosenek Toma jakie znam!
oczywiście - są i inne, jak "The Part You Throw Away", ale te dwie - z dwóch przeciwnych biegunów, gdzie na jednym świat się rozpada,a na drugim... chyba też - dla mnie zdecydowanie sie wybijają.

Co do oceny "Alice" zgadzam się w stu procentach. To cały muzyczny świat z konkretnymi ludźmi, przedmiotami, krajobrazem, pogodą... z niezaspkojoną tęsknotą na samym dnie serca, dymem palonych liści, szaleństwem... Z odcieniami, barwami i aromatami, które niewielu chyba potrafi przekazać, a które wydają się tak znajome jak gdyby Tom mieszkał w sąsiedniej wsi...

Z Twoją oceną "Big Time" też wypada mi się zgodzić (może Crazy będzie innego zdania?) z jednym zastrzeżeniem: znajduję na tej płycie trzy perły: "Yesterday Is Here", "Strange Weather" i "Telephone Call From Istabul" - istne evergreeny! Ale może doceniam je tak dlatego, że nie znam wersji studyjnych?

"Black Rider" tak słabo? Hm... muszę posłuchać tej płyty jeszcze (aby było więcej niż dwa razy :wink: ), ona jest bardzo pojechana, ale nie przyszło mi do głowy by wyróżnać ją aż tak in minus...

Ale ogólnie super wątek Kot! :)


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: pn, 01 stycznia 2007 12:55:49 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 09 listopada 2004 21:37:55
Posty: 21520
Powoli, powoli zbliżam się do wpisu gwiazdkującego w tym wątku. Przesłuchuję to, co mam i cóż... na razie takie uwagi mi się narzuciły:

* Jedną z pierwszych rzeczy Waitsa, które poznałem była składanka Asylum Years, cos w rodzaju "best of" z lat 70. Plyta WSPANIAŁA! Jako składanka nie mam wątpliwości, że na * * * * * , mimo że na pewno można się przyczepić do wyborów, np. z mojej ulubionej Blue Valentine...

* Niestety im więcej słuchałem lat 70., tym bardziej się okazywało, że (oprócz Blue valentine i Heart of Saturday Night), te kawałki z Asylum Years rzeczywiście bywają perełkami na tle nudy. Więcej o tym, kiedy bedę pisał o konkretnych albumach.

* Płycie Blue Valentine należy się z mojej strony jakaś apologia, bo dla mnie ona jest lepsza od wszystkiego innego, co znam Waitsa RAZEM WZIĘTEGO.
Powiem na razie tyle, że napisać o utworze tytułowym
KoT pisze:
ładny nastrojowy utwór tytułowy

to dla mnie cos jakby napisać w recenzji Triodante: ciężka gitarowa muzyka z dodatkiem ładnych wpadających w ucho motywów waltorni... i na tym zakończyć. Utwór Blue Valentine jest dla mnie czymś dogłębnie przejmującym, chwytającym i za gardło, i serce, i trzewia, jednocześnie pełnym rozpaczy, fizycznego bólu, melancholii, przegranego życia, pustki... AAAAAA!!!! ładny, nastrojowy... :roll:

albo jak elrond o The Wall, że to przyjemna muzyka pop ;-)

_________________
ćrąży we mnie zła krew


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: pt, 19 stycznia 2007 13:52:56 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 10 listopada 2004 11:17:46
Posty: 4849
Skąd: Biadacz
Crazy pisze:
Płycie Blue Valentine należy się z mojej strony jakaś apologia, bo dla mnie ona jest lepsza od wszystkiego innego, co znam Waitsa RAZEM WZIĘTEGO

Kurde no za nic nie potrafię zmienić mojej opinii o Blue Valentine... ostatnio dałem jej wiele szans... ta płyta mnie nudzi... normalnie nudzi... są na niej fajne kawałki, ale jak tego słucham w całości to zasypiam... z letargu wyciągają mnie tylko wspomniane wyżej utwory... Zgadzam się, że każdy kawałek wyciągnięty z tej płyty ma swój urok i klimat - choćby Kentucky Avenue... Waits angrał tyle albumów, że niektóre muszą się mniej podobać... ja akurat nie przepadam za Blue Vallentine...

No i trzeba podkreślić, że Ty nie znasz albumów z moim zdaniem najlepszego okresu Waits'a, czyli ostatnich 15 lat...

antiwitek pisze:
Z Twoją oceną "Big Time" też wypada mi się zgodzić (może Crazy będzie innego zdania?) z jednym zastrzeżeniem: znajduję na tej płycie trzy perły: "Yesterday Is Here", "Telephone Call From Istabul"

te numery są dla mnie tak słabe jak cały Franks Wild Years... sorry...
antiwitek pisze:
"Strange Weather"

to rzeczywiście jest wybitny numer - o nim zapomniałem... on jest jeszcze tylko na składaku Beautiful Maladies: The Island Years

a o Allice pięknie napisałeś !!! właśnie oprócz klimatu ma to coś nieuchwytnego, poetyckiego - zapach !

już niedługo napiszę coś o Orphans'ach...

pozdro...
KoT


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: pt, 19 stycznia 2007 14:39:58 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 09 listopada 2004 23:22:22
Posty: 26664
Skąd: rivendell
..powiem szczerze ...wiele razy próbowałem przekonac się do Waitsa...sluchałem wiele płyt z różnych okresów....i.....nic.... .....nie moja estetyka to jest......

_________________
ooooorekoreeeoooo


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: pt, 19 stycznia 2007 14:44:59 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 10 listopada 2004 11:17:46
Posty: 4849
Skąd: Biadacz
ja tam się nie dziwię - uważam, że Waits jest dla koneserów, ale w tym sensie, że trzeba go polubić, żeby znosić (a nie że to jakaś sztuka dla elity)... wiele razy mnie znajomi prosili, żebym puścił co innego, jak leciał sobie w tle rozmowy... o własnej żonie nie wspominając :) Jak pisałem wyżej ja w pierwszym odruchu wyłączałem kasetę z muzyką Waitsa...

pozdro...
KoT


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: pt, 19 stycznia 2007 15:30:05 

Rejestracja:
śr, 04 października 2006 20:59:50
Posty: 942
jedyną płytą która mi "wchodzi",jest blood money.ciężka,ponura,życiowa poprostu.


Na górę
 Wyświetl profil
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 77 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3, 4, 5, 6  Następna

Strefa czasowa UTC+1godz.



Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość


Nie możesz tworzyć nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Przejdź do:  
Technologię dostarcza phpBB® Forum Software © phpBB Group