Ultima Thule

Forum fanów Armii i 2TM2,3
Dzisiaj jest pn, 22 października 2018 03:53:26

Strefa czasowa UTC+1godz. [letni]




Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 210 ]  Przejdź na stronę Poprzednia  1, 2, 3, 4, 5, 6 ... 14  Następna
Autor Wiadomość
 Tytuł:
PostWysłany: czw, 11 marca 2010 11:43:37 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pn, 10 stycznia 2005 12:49:49
Posty: 21380
Skąd: Kamienna Góra/Poznań
No to zaczynam. Nie wiem, jak często się uda, ale myślę, że nie będzie źle.
Uwaga: W pierwszym okresie jako podstawowe traktuję płyty angielskie, a utwory, które pojawiały się na wersjach amerykańskich, singlach, czwórkach i innych epkach opisywane będą w dziale "Przy okazji".

Obrazek

The Rolling Stones (1964)
****

Wcześni Stonesi to był taki trochę klasyczny wówczas zespół, lawirujący między rhythm and bluesem a rock nad rollem. I takie też są pierwsze trzy płyty. Składają się w dużej mierze z przeróbek bluesowej i rockandrollowej klasyki, nacisk położony jest na rytm, wyraziście słychać bas, solówki gitarowe spotykamy nieczęsto, za to wiele utworów ubarwiają dźwięki harmonijki - na której gra zwykle sam Jagger. Brzmienie jest jak same utwory - surowe, ale raczej szlachetne, przyjemne (przynajmniej z punktu słyszenia dzisiejszego odbiorcy). Z tych pierwszych trzech albumów dla mnie na pewno najciekawszy jest pierwszy. W potoku przeróbek i rhythm and bluesa najwięcej tu dla mnie ciekawych utworów, które jakoś tam zostają w pamięci. Jak klasyk tamtych czasów "Route 66" i następujący po nim "I just wanna make love to you" Williego Dixona, który z miejsca brzmi jak potencjalny wówczas przebój. Blues godnie reprezentuje choćby "I'm a king bee", na ciekawym bluesowym pochodzie zbudowany jest też "Honest I do". Ten drugi kierunek, bardziej rockandrollowy, znajdziemy na przykład w utworze "Carol" Chucka Berry'ego. Ciekawostką jest instrumentalny "Now I've got a witness" - jako autor wymieniony jest tu niejaki Nanker Phelge, w rzeczywistości to pseudonim spółki Jagger-Richards, która nieśmiało zaczyna tworzyć własne utwory i przemycać je na płyty. Jedyną piosenką faktycznie podpisaną przez dwóch głównych członków zespołu jest "Tell me" - zaczyna się niemal jak pościelówa, potem jest już bardziej chwacko; dla mnie to jeden z jaśniejszych punktów płyty i dowód, że już niedługo nasi bohaterowie będą komponować wielkie dzieła. A Petowi i Gerowi się nie podoba. Chwilę wytchnienia oferuje raczej balladowy "You can make it if you try", a płytę wieńczy "Walking the dog" - chwytliwy kawałek, urozmaicony klaskaniem i gwizdaniem Briana Jonesa.

Przy okazji: Kilkanaście pozaalbumowych, ale dość podobnych utworów. Najbardziej chwytliwie brzmią "Come on" i "Not fade away", ale czemu się dziwić - ten pierwszy wyszedł spod ręki Chucka Berry'ego, a ten drugi popełnił sam Buddy Holly. Krótką, ale intensywną solówką gitarową wyróżnia się "I wanna be your man" - tu z kolei wiadomo, utwór Beatlesów, ale większym przebojem był w wykonaniu Stonesów (The Beatles niejako sami na to pozwolili, oddając główny wokal Starrowi). "Bye bye Johnnie" i "Money" to kolejne wersje klasyków tamtych czasów, skoczne i przyjemne jest też "Poison Ivy". Dla mnie jednak najciekawsze i najoryginalniejsze jest mało znane "Stoned". To utwór, gdzie wkład wokalny Micka składa się z poszeptywań i krótkich okrzyków, do połowy na pierwszym planie słychać głównie bas, a potem nagle gitara gra jakieś krótkie solóweczki, pojawia się pianinko... I bardzo zgrabnie to wszystko współgra.

_________________
In an interstellar burst
I am back to save the Universe.


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: czw, 11 marca 2010 12:00:25 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pn, 22 listopada 2004 14:05:36
Posty: 7312
Skąd: Warszawa/Stuttgart
o fajnie chętnie poczytam

btw słyszałem ostatnio fajną powiastkę:
Znajomy oglądał reportaż na BBC o sprzedawcy hot dogów przy głównym wejściu na Wembley (reportaż nie był nowy i dotyczył jeszcze sytuacji sprzed budowy nowego Wembley). Gość opowiadał jak mu idzie interes, ile takich hot dogów sprzedaje (dzień bez meczu, tylko turyści - ok. 300; dzień meczowy - ok. 2000). Ale najlepsze było pytanie jak się zajął akurat taką działalnością. Okazało się, że gość był perkusistą w początku lat 60tych i między innymi pierwszym perkusistą The Rolling Stones :shock:. Ale dochody z tego zajęcia nie wystarczały na wiele i żona namówiła go na zajęcie się czymś pewniejszym :shock:. No to zaczął sprzedawać hot dogi przed Wembley.
Właśnie sprawdziłem sobie w necie i rzeczywiście jest taki pan - nazywał się Carlo Little i oprócz gry w Stonesach m.in. uczył gry na perkusji Keitha Moona. Nazywał, bo w 2005 roku zmarł na raka płuc.

_________________
Klaszczę w dłonie ...
... by było mnie więcej ...


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: czw, 11 marca 2010 13:04:06 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 09 listopada 2004 23:33:35
Posty: 4505
Skąd: ęsowany
jednym z wczesnych perkusistów Stonesów był także Mick Avory, który podobno był wtedy "beznadziejny", na szczęście potem się nieco wyrobił i nabrał polotu w The Kinks

a na basie grał wtedy Dick Taylor, który rzucił dla "pewniejszej" pracy kierowcy ciężarówki a potem wrócił do muzyki i założył The Pretty Things

_________________
szczęście osiągniesz i dobrze ci będzie
Psalm 128

https://thesoundrops.bandcamp.com/


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: czw, 11 marca 2010 14:45:52 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pn, 10 stycznia 2005 12:49:49
Posty: 21380
Skąd: Kamienna Góra/Poznań
Obrazek

The Rolling Stones No. 2 (1965)
***

Pisałem, że pierwsze trzy płyty są do siebie podobne, więc nie ma co powtarzać opisu debiutu. Bo znowu bluesy i rockandrolle, bas, harmonijka i taka trochę nieokiełznaność, która jakoś grzecznie trzyma się w ramach. Znowu przeróbki, tym razem na płycie są trzy utwory Jaggera i Richardsa. Dwa z nich w ogóle nie zostają mi w pamięci, wyróżnia się za to żwawy "Off the hook". Z przeróbek trafiamy na dwa prawdziwe klasyki - "You can't catch me" Chucka Berry'ego i "Everybody needs somebody to love", ale wiadomo, że z wersją Jake i Elwooda Bluesów mierzyć się nie można. Jest tu "Time is on my side" - lubiany utwór i nie ma się co temu dziwić, bo i ładna melodia, i ciekawe dwugłosy w refrenie, i solóweczka niczego sobie, nawet i fragment z melodeklamacją się trafi. Reszta dla mnie niespecjalnie się wyróżnia. Może "Under the boardwalk" - ballada (nic nie poradzę na to, że jak usłyszę balladę w polewie kilkunatu podobnych bluesowo-rockandrollowych numerów, to mi się owa ballada wyróżni) z nieco śmiesznymi niskimi chórkami w refrenie. Na chwilę można jeszcze zawiesić ucho na kroczącym "Pain in my heart". A niekoniecznie na wzorcu czegoś, co dla mnie jest melodyjną wczesną sześćdziesioną, czyli takim "Suzie Q".

Przy okazji: Tym razem nagrania rozproszone słabsze niż w okolicach debiutu, takie "If you need me" brzmi jak wodewil jakiś, przy "Congratulations" można zasnąć, "2120 South Michigan Avenue" to niby fajne instrumentalne granie, ale czy zaszkodziłoby, gdyby utwór był z minutę krótszy? Jak ktoś lubi blues, to polecam "Confessin' the blues", który jest bluesowy aż do bólu albo "Good times bad times", które spokojnie można pod hasłem "blues" pod kloszem w Sevres wystawić - w sumie należy Keitha i Micka pochwalić, bo to ich kompozycja, a nie przeróbka. Przeróbką jest za to "Around and around", nawet gdyby ktoś nie wiedział, to może podejrzewać, że to znowuż Chuck Berry - to tempo, te partie pianina... Wreszcie dwa największe, a przynajmniej najbardziej pamiętane, przeboje Stonesów z tego okresu. "Little red rooster" - dla mnie coś jak "I can't quit you baby" Zeppelinów. Bluesisko pełną gębą, z cyklu takich, co to wlecze się i wlecze, nie mogąc skończyć. Ale "It's all over now" jest bardzo dobre! Prawdziwy hit, zadziorny, z wpadającą w ucho melodią, brzmieniem tamburynu, solówką gitarową. Można na wyrost powiedzieć, że to kierunek, który przyniesie Stonesom sławę już niedługo, tylko wyraźnego riffu trochę brakuje.

_________________
In an interstellar burst
I am back to save the Universe.


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: czw, 11 marca 2010 16:46:44 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pn, 10 stycznia 2005 12:49:49
Posty: 21380
Skąd: Kamienna Góra/Poznań
Obrazek

Out Of Our Heads (1965)
***

Pisałem, że pierwsze trzy płyty są do siebie podobne, więc nie ma co powtarzać opisu debiutu. Bo znowu... Tak sobie myślę, że gdybym usłyszał tylko płytę tę i tę poprzedzajacą, to bym się specjalnie tym zespołem nie zainteresował. Aczkolwiek album zaczyna się wręcz znakomicie. "She said yeah" to bardzo dobry początek, utwór na zasadzie "krótko, szybko, mocno i do przodu". Okrasza go dynamiczna solówka gitarowa, są ciekawe dwugłosy, a Jagger naprawdę fajnie śpiewa/krzyczy tytułowe słowa. Z tym, że utwór ów znowu nie jest ich autorstwa. Podobnie jak "Mercy mercy", które bardzo ciekawie się zaczyna, ale refren jakoś mniej do mnie trafia. "Good times" ma strasznie przyjemną gitarę w tle, a "Talkin' bout you" zwraca uwagę kolejną niebrzydką solówką i ekspresyjnym wokalem. "Oh baby" to następny klasyczny rockandroll... Ale wreszcie utwory spółki Jagger-Richards zaczynają być naprawdę najlepszymi utworami na płycie. A mowa o "Heart of stone" i "I'm free". Ten pierwszy to dość popularny balladowy hicior, w którym zapada w pamięć narastanie i nagłe zgaszenie partii wokalnej w refrenie. Ten drugi też może się podobać, nie tylko ze względu na klawiszowe tło podczas zwrotek. Mimo wszystko jednak album jest wtórny, brakuje mu świeżości, Stonesi wciąż tkwią w niewoli rhythm and bluesowej i rockandrollowej klasyki, a przecież...

Przy okazji: ... to właśnie wtedy zaczęli sami tworzyć nagrania wręcz rewelacyjne. Autorskie kompozycje wydane w drugiej połowie 1965 na singlach to śmiałe wyjście z błędnego koła przeróbek i naśladowania ówczesnych klasyków. Bardzo rozwija się wokalnie Jagger, wyborne partie gitarowe zaczyna masowo produkować Richards. Przykłady? Choćby "The last time" - rzecz wpada w ucho od pierwszego przesłuchania, zabójczo uzależniająca melodia i wreszcie coś, co trzeba już określić mianem riffu. Warto wspomnieć o dwóch nawiązaniach do tego utworu w polskiej kulturze - pierwszym zabawnym, drugim zgoła nie bardzo. Otóż numer ten przerabiał kultowy w pewnych kręgach zespół Dr. Hackenbush, w tekście, oględnie mówiąc, radząc nie igrać z podmiotem lirycznym i nie robić mu głupich dowcipów. Z drugiej strony "The last time", z powodu tytułu (choć kto to wtedy wiedział?), wybrzmiał jako jeden z pierwszych utworów podczas ostatniej audycji Tomka Beksińskiego.
A "Play with fire"? Urocze, łagodniejsze, z lekkim dodaniem mocy partii wokalnej w... no refren to raczej nie jest, ale z braku lepszego określenia niech mu już będzie. Bardzo ładną, i wyjątkowo delikatnie zaśpiewaną, balladą jest "As tears go by". W szybkim "One more try" Jagger momentami wyrzuca z siebie słowa jak karabin. "Get off of my cloud" cechuje charakterystyczny wstęp perkusyjny, a gdy szybko dochodzi riff gitary i mocny wokal, robi się zaiste przebojowo. Przebojowość tylko podkreśla grupowy refren, naśladujący efekt echa, zaczynający się brawurowym Hey!
Wreszcie "(I can't get no) Satisfaction". Wzorzec rockowego przeboju, numer, o którym napisano już niemal wszystko. Riff, od którego nie można się uwolnić (niejeden powie, że to najlepszy riff w historii), Jagger skandujący dość zabawny tekst, perkusja grająca z wielkim wyczuciem. Do dziś żelazny punkt koncertów, najbardziej wyczekiwany przez fanów. Tysiące razy przerabiany i wykorzystywany w filmach czy reklamach.
Oczywiście tak na zawsze od niedawnej przeszłości nie odeszli. Dość klasycznym bluesem, z solówkami harmonijki i gitary jest "The spider and the fly", niedaleko niego lokuje się "Look what you've done". A spokojniejsze "Blue turns to grey" trwa dwie i pół minuty i tyle w zupełności wystarczy.

_________________
In an interstellar burst
I am back to save the Universe.


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: pt, 12 marca 2010 12:01:33 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pn, 10 stycznia 2005 12:49:49
Posty: 21380
Skąd: Kamienna Góra/Poznań
Obrazek

Aftermath (1966)
****

Wreszcie! Taki album to ja rozumiem! Gero pisał, że czytał, iż to przełomowy album w dziejach rocka. Aż tak nie jest, ale na pewno przełomowy album dla Stonesów. Wreszcie same własne kompozycje, wreszcie odważnie i poszukująco. Całą płytę wypłenia żywiołowy bluesrock w znakomitym wydaniu, który brzmi świeżo i oryginalnie. Jeśli czegoś się można przyczepić, to może tylko tego, że numery są wszystkie w podobnym stylu, więc pod koniec mogą trochę nużyć - dlatego takie "Think" czy "What to do" wydają mi się trochę słabsze, ale właśnie może tylko dlatego, że umieszczono je na końcu?
Płytę dość zgrabnie opisał już Pet, więc nie będę się rozwlekał. Prawdziwą perełkę dostajemy już na początku - "Mother's little helper" wkręca się w uszy charakterystyczną gitarową zagrywką, nie bez znaczenia jest też tekst o gospodyniach domowych szprycujących się środkami farmakologicznymi. Znaczy się, także tekstowo Stonesi dojrzewają i poważnieją. Piękną balladą, momentami aż za słodką, jest "Lady Jane", a uroku przydają jej elementy muzyki barokowej. Nie da się też zapomnieć "Under my thumb". Nie ma w tym utworze miejsca na jakiś rozwleczony wstęp, od razu wchodzi perkusja, po chwili charakterystyczne pojedyncze dźwięki gitary, no a gdy Mick zaczyna śpiewać, z miejsca czujemy, że jednak jest to klasyk. Nieco bardziej zachowawcze są bluesowy "Doncha bother me", podbarwiony harmonijką "High and dry", melodyjny i lubiany "Out of time", czy trochę spokojniejszy "I am waiting".
Wreszcie centralny punkt albumu. "I'm going home". Całkiem przyjemna pioseneczka. Do czasu! Po czterech minutach zaczynają się jakieś instrumentalne wariacje (acz ciągle zakorzenione wyraźnie w bluesie), a Mick dodaje swoje wokalne improwizacje i szaleństwa. Tak to The Rolling Stones wkroczyli (czy inspirowani przez The Beatles?) w obszar psychodelii, w którym śmiało poruszać się będą na dwóch kolejnych albumach.

Przy okazji: Znów kilka udanych i pamiętnych singli. Przede wszystkim ruszający z kopyta "19th nervous breakdown", w którym pod koniec pojawia się ciekawy, niezidentyfikowany przeze mnie instrument - Gero, pomożesz? Żelaznym klasykiem jest też napędzany perkusją "Paint it black", z fajnymi przeszkadzajkami w tle. Również "Have you seen your mother baby standing in the shadow" to szybka bluesrockowa jazda, tym razem dla odmiany urozmaicona dźwiękami instrumentów dętych. Ciekawostką jest "Sad day". W zwrotce trochę niemrawy i kwadratowy, ale refren już lekko pobrzmiewa psychodelią. Dla odmiany "Who's driving your plane" jest klasycznie bluesowy, a "I've been loving you too long" nie raziłby na przyklad w repertuarze Franka Sinatry.

_________________
In an interstellar burst
I am back to save the Universe.


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: pt, 12 marca 2010 14:05:32 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 09 listopada 2004 23:33:35
Posty: 4505
Skąd: ęsowany
Peregrin Took pisze:
"19th nervous breakdown", w którym pod koniec pojawia się ciekawy, niezidentyfikowany przeze mnie instrument


to co udaje nalot bombowy? podobno zwykły bas Wyman uderzał w strunę kciukiem blisko mostka i przesuwał palec w dół gryfu, na pewno obłożono to jakimiś pogłosami i podobno na dzisiejszych basach już tak się nie da

_________________
szczęście osiągniesz i dobrze ci będzie
Psalm 128

https://thesoundrops.bandcamp.com/


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: pt, 12 marca 2010 14:09:53 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pn, 10 stycznia 2005 12:49:49
Posty: 21380
Skąd: Kamienna Góra/Poznań
Dzięki. :)

Ogłaszam chwilowy przesyt Stonesami, więc na kolejne recenzje przyjdzie chwilę poczekać.

_________________
In an interstellar burst
I am back to save the Universe.


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: pt, 12 marca 2010 14:25:51 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 09 listopada 2004 23:33:35
Posty: 4505
Skąd: ęsowany
szkoda, bo teraz byłyby moje dwie ulubione :)

_________________
szczęście osiągniesz i dobrze ci będzie
Psalm 128

https://thesoundrops.bandcamp.com/


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: pt, 12 marca 2010 14:27:39 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pn, 10 stycznia 2005 12:49:49
Posty: 21380
Skąd: Kamienna Góra/Poznań
Wiem. Ale nie będzie to przerwa jakaś specjalnie długa, jak ufam.

_________________
In an interstellar burst
I am back to save the Universe.


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: pt, 12 marca 2010 15:37:58 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pn, 22 listopada 2004 14:05:36
Posty: 7312
Skąd: Warszawa/Stuttgart
to ja tylko napiszę, że z radością czytam i czekam na nastepne :)

_________________
Klaszczę w dłonie ...
... by było mnie więcej ...


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: czw, 18 marca 2010 14:18:53 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pn, 10 stycznia 2005 12:49:49
Posty: 21380
Skąd: Kamienna Góra/Poznań
Jeśli The Rolling Stones to dla was esencja rocka, wywodząca się z bluesa, chropowatość i moc - nie interesujcie się specjalnie płytami z tego posta.
Jeśli kochacie wczesnych Floydów i środkowych Beatlesów, jeśli porywa was psychodelia okolic roku 1967 - te dwa albumy są dla Was.

Obrazek
Between The Buttons (1967)
****

Stonesi w krainie psychodelii. Podążąjący za białym królikiem, zasiadający w żółtej łodzi podwodnej, stojący z kobzą u bram świtu i tak dalej. Używający całej masy instrumentów, których brzmienia ze słuchu nie potrafię nawet rozpoznać. Rozpoczynające album "Yesterday's papers" jest ładne, melodyjne i przez pierwsze pół minuty nawet normalne. A potem się zaczyna - ozdobniki w tle, egzotyczne brzmienia, dość zabawnie brzmiące chórki, aż szkoda, że numer trwa tylko dwie minuty. Podobnie można opisać "My obsession" - też na początku brzmi w miarę standardowo, potem się zmienia. "Back street girl" jest bardziej balladowe, a uroku dodaje mu brzmienie akordeonopodobne. "Connection" z kolei, gdyby nie udziwniona trochę (ale tylko trochę) aranżacja, mógłby uchodzić za typowy numer "starych" Stonesów. Z tej samej półki pochodzi "Miss Amanda Jones". "Who's been sleeping here" cieszy ucho dźwiękami gitary akustycznej na początku oraz, bardzo rzadką na tym albumie, partią harmonijki, a prawdziwą ozdobą tego utworu jest ciekawa, przetworzona przez jakieś efekty, gitarowa solówka. Jeśli chodzi o brzmienia, rozbraja mnie "Please go home", gdzie w połowie utworu natykamy się na dźwięki, kojarzące się z sapaniem lokomotywy, a wcześniej mają miejsce efekty naśladujące zjawisko echa.
Na najlepszą piosenkę albumu Gero wytypował "Cool, calm & collected" i zgadzam się z nim. To i dla mnie najciekawsza rzecz. Zaczyna się dość zwariowanie, niczym melodyjka przewodnia z "The Muppet Show" albo lekko przyspieszony ragtime z "Żądła". W refrenie zwolnienie, potem utwór znów przyspiesza, napędzany partią fortepianu. Jeśli dodamy do tego jakieś piszczałki i jeszcze jedno, wręcz szalone, przyspieszenie pod koniec, można stwierdzić, że bardzo dużo się przez te kilka minut dzieje i nie ma miejsca na nudę.
Na pewno ciekawym punktem płyty jest też "Something happened to me yesterday". Przez większość utworu lecimy rytmicznie, chwytliwie, ze zwolnieniem pod koniec zwrotek - a wszystko, i tym samym cała płytę, wieńczy iście knajpiane zakończenie.

Przy okazji: Tylko dwa utwory, ale sroce spod ogona to one nie wypadły. "Let's spend the night together" to kawałek żywiołowy, wręcz buchający erotyzmem, z ciężką do wyrzucenia z głowy partią klawiszy. Inaczej jest w "Ruby Tuesday". Tu zwrotka jest spokojna, w tle jakieś piszczałki, a refren melodyjny, nośny, lekko - co tu kryć - kiczowaty, w dobrym tego słowa znaczeniu, a z tyłu ciągle psychodeliczne tło.

Obrazek
Their Satanic Majesties Request (1967)
****1/2

Co tu dużo pisać... Po prostu rozwinięcie poprzedniego albumu. W potocznej opinii często uchodzące za replikę Sierżanta Peppera. Nie do końca słusznie, chociaż akurat "Sing this all together" to podobne wprowadzenie w album jak pierwszy utwór tegoż albumu The Beatles. Ba, na tej płycie chłopcy z Liverpoolu gościnnie nawet występują w chórkach. Ciężko opisywać mi ten album, jest jednym wielkim kolażem i dokumentem swoich czasów... Ciekawsze fragmenty? Przy "In another land" (autorstwa Wymana) zawsze z niepokojem patrzę, czy nie siadł mi czytnik, bo wokal jest tam tak przetworzony, że stwarza wrażenie zakłóceń w odtwarzaniu płyty. Refren tego utworu jest mimo wszystko trochę po staremu energetyczny i to właśnie podstawowa różnica między psychodelią Stonesów a psychodelią Beatlesów. Dwa najbardziej odjechane numery na albumie, najbardziej nasycone dziwnymi brzmieniami, westchnieniami i, potocznie mówiąc, dziwnymi odgłosami to długi "Sing this all together (see what happens)" i "Gomper". Za najbardziej przebojowy należy uznać "2000 light years from home".
A za najpiękniejszy - "She's a rainbow". Prześliczna melodia. I miłe wspomnienie - pierwszy raz usłyszałem ten utwór w czasach, gdy RMFFM kończył swój żywot fajnego radia, czyli późnym latem roku 1997. Zasnąłem przy włączonym radiu, była taka nocna audycja Kosińskiego z niedzieli na poniedziałek. I w środku nocy, w ciemnym pokoju, obudziłem się przy dźwiękach tego numeru, poczułem się jak w innym świecie.

Przy okazji: Pisał już Gero, najmniej gitarowe numery Stonesów. "We love you" to totalna hippisówka, z opóźnieniami wokalu i gęstym tłem instrumentalnym, a "Dandelion" jest wręcz wzorem melodyjno-psychodelicznej sześćdziesiony. "Sittin' on a fence" z ładnym refrenem jest trochę w stylu wczesnych Floydów, a ubarwiony smyczkowym tłem "My girl" brzmi jak modelowy przebój z prywatki.

_________________
In an interstellar burst
I am back to save the Universe.


Ostatnio zmieniony czw, 18 marca 2010 14:56:29 przez Peregrin Took, łącznie zmieniany 1 raz

Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: czw, 18 marca 2010 14:27:13 
No, nie mogę się oprzeć.


Na górę
 
 Tytuł:
PostWysłany: czw, 18 marca 2010 14:29:16 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pn, 10 stycznia 2005 12:49:49
Posty: 21380
Skąd: Kamienna Góra/Poznań
Kurczę, przecież to akurat to wiem. Tak to jest, jak się działa na szybkiego. :(

_________________
In an interstellar burst
I am back to save the Universe.


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: czw, 18 marca 2010 14:46:11 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 09 listopada 2004 23:33:35
Posty: 4505
Skąd: ęsowany
bardzo fajne opisy :D

Between the Buttons trochę mnie nudzi pod koniec a Majesties jak dla mnie idą za daleko w rozluźnieniu formy - podtytuł najdłuższego jamu mówi (See What Happens) ale niestety nic się nie wydarza - za to rzeczywiście: Citadel, 2000 Light Years, She's a Rainbow, kawałek Wymana, Lantern i Gomper są świetne (nie ma innego albumu Stonsów na którym byłoby więcej interesujących mnie utworów)... a 2000 Men też fajne ale wolę w wersji Kiss :mrgreen:

_________________
szczęście osiągniesz i dobrze ci będzie
Psalm 128

https://thesoundrops.bandcamp.com/


Na górę
 Wyświetl profil
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 210 ]  Przejdź na stronę Poprzednia  1, 2, 3, 4, 5, 6 ... 14  Następna

Strefa czasowa UTC+1godz. [letni]



Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość


Nie możesz tworzyć nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Przejdź do:  
cron
Technologię dostarcza phpBB® Forum Software © phpBB Group