Ultima Thule

Forum fanów Armii i 2TM2,3
Dzisiaj jest ndz, 19 sierpnia 2018 19:07:46

Strefa czasowa UTC+1godz. [letni]




Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 470 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3, 4, 5 ... 32  Następna
Autor Wiadomość
PostWysłany: czw, 15 grudnia 2005 16:02:49 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pn, 22 listopada 2004 14:05:36
Posty: 7312
Skąd: Warszawa/Stuttgart
Pearl Jam – jeden z gigantów grungu. Choć z pojedynczych opinii już gdzieś tutaj rzucanych, nie przez wszystkich doceniany. Dla mnie zaistnieli zaraz po Nirvanie i jako jedyni przetrwali przez lata. Nirvany i Alice In Chains nie ma i już być nie może, Soundgarden chyba już nigdy nie będzie a Pearl Jam cały czas jest, nagrywa, koncertuje i to w prawie niezmiennym składzie.

Obrazek
Ten (*****) – klasyk absolutny. Tu ocena nie może być inna. Od samego początku powala. Once, Even Flow i Alive to mocne otwarcie. Ten ostatni może nieco zgrany ale jak się wsłuchać w ten riff. Oj duży format. Jeremy drugi z najbardziej ogranych klasyków. Tuz przed nim i zaraz po nim występuje moje ulubione nagrania. Black to przepiękna ballada a Oceans to coś absolutnie wyjątkowego. Ta miniatura w sumie (niecałe 3 minuty) prawie pachnie tym oceanem. Rewelacja. Potem tez jest dobrze. Mocne Porch i Deep poprzetykane spokojniejszymi, balladowymi Garden i Release. Dużo do słuchania. I to grunge inny niż Nirvany. Nirvana to więcej z konwencji punkowej, Pearl Jam zaś bardziej przypomina mi dobry, stary hard rock. I taki to ten cały grunge :)

Obrazek
Vs (*****) – moja ulubiona. Spodziewam się gromów, bo w powszechenj opini ta płyta nigdy nie zyskała chyba takiego statusu. Ale na pierwszą płyte załapałem się już znając tak z połowę jej zawartości. A to była dla mnie tak naprawde pierwsza, poznana pełna płyta. Nie ma tu nic odkrywczego, nie jest tak intensywna jak debiut, nie zawiera takich megaprzebojów. Ale jedzie takim fajnym feelingiem, ze aż żal ją z odtwarzacza wyjmować. Od samego początku Go, Animal mocno jadące do przodu. Po rozjechanym początku, spokojniejsze i przebojowe Daughter (choć dla mnie cała płyta jest mocno przebojowa) potem ciut słabsze ‘Glorified g’ i ‘Dissident’. Ten drugi to taki wyciągany przebój, jak dla mnie lekko plagiatujący Alive. Ja najbardziej lubię środek płyty. W.m.a. to mocno wciagający bas i coraz bardziej zakręcony czy wręcz wściekły wokal Eddiego powtarzający jak mantrę ‘Policemen …’. Potem Blood, mocne, punkowe uderzenie. Rearviewmirror taka bezkompromisowa jazda do przodu i jeden z najbardziej udanych utworów w ich całej historii. No i ‘Rats’ znów wciągający, mocny rytm choć refren już taki weselszy. Tak te utwory to dla mnie kwintesencja tej płyty. Końcówka też udana. ‘Elderly woman …’ to dość typowa ballada, lekko ogniskowa. Leash to już typowa jazda na koniec. Urzeka kończące ‘Indifference’. To już ballada przez duże B. Piekne zwięczenie bardzo dobrej i według mnie niedocenionej płyty.

W tym czasie również nagrali coś absolutnie niezwykłego Crazy Mary to utwór nagrany na Sweet Relief - A Benefit For Victoria Williams, ale jak mało które tego typu nagranie, zaczęło swój własny żywot, będąc obecne np. na koncertach PJ po dziś dzień. Jak dla mnie to najpiekniejszy utwór jaki kiedykolwiek nagrali i w ogóle to jedna z najcudniejszych ballad ever.

Obrazek
Vitalogy (***3/4) – na tą płytę czekałem bardzo i bardzo się zawiodłem. Jak ją teraz przesłuchuję to wcale nie jest źle. Tylko, że nie jest tak rewelacyjnie jak poprzednio. Czegoś mi tu brakuje. Przeboje jakieś zbyt konwencjonalne, zwłaszcza Better Man i Nothingman. Słabe po prostu. Na szczęście jest wiele utworów bardziej udanych. Dobre jest zaczynające ‘Last exit’, jeszcze lepsze szybkie, punkowe ‘Spin The Black Circle’ hymn na cześć płyt winylowych. Kolejne dwa to chyba najlepsze w zestawie ‘Not For You’ i ‘Tremor Christ’. Ale potem napięcie opada. Robi się dziwnie nijako pomimo dość udanego ‘Corduroy’, ciekawego ale nic ponadto ‘Bugs’ i poprawnego‘Satan’s Bed’. Sytuację ratuje piękna ballada ‘Immortality’ trochę bliźniacza do kończącej Vs ‘Indifference’. Ja przynajmniej jej jakos łączyłem.
Vitalogy to również chyba pierwsza płyta wydana w specjalnej książeczce. Wcześniej CD wychodziły zazwyczaj dość konwencjonalnie a tu nietypowy format, coś nowego. Jakich prototyp obecnych digipacków (nie przez wszystkich lubianych ) Potem już tak cały czas wydawali.

Obrazek
No Code (***1/2) – słabszego okresu ciąg dalszy. Znów niby poprawnie, wszystko fajnie tylko jakoś mnie nie bierze. Zestaw udanych, naprawdę trudno się tak konkretniej do czegoś przyczepić, tylko nie porywających kawałków. Ładne rozwinięcie w otwierającym ‘Sometimes’, potem szybsze ‘Hail, Hail’, dość konwencjonalne i ‘przebojowe’ ‘Who You Are’. Znów fajne narastanie w ‘In My Tree’, taki NeilYoungowy ‘Smile’ z fajnym wokalem, w miarę udana ballada ‘Off He Goes’, punkowy, ale średnio udany ‘Habit’. ‘Red Mosquito’ znów mi trochę Neilem Youngiem jedzie, ale w końcu panowie tej inspiracji nigdy się nie wypierali a nawet zagrali z nim jedną płytę w międzyczasie (‘Mirrorball’ z 199X). Lukin to mój faworyt płyty. Piękna jazda, galopujący wokal, tylko krótko bardzo. Present Tense to znów fajnie rozwijająca się ballada, Jest tu w sumie kilka takich utworów (Sometimes, In My Tree, kończące Around the Bend). Wcześniej jeszcze drugi z moich faworytów, zdecydowanie najbardziej przebojowy i udany utwór – Mankind. Ogólnie ta płyta to jednak duzy spokój, takie też są utwory zaczynające i kończące. Nie ma jakis fajerwerków, eksperymentów. Nawet tych nieudanych. I może dlatego czegoś mi tu brakuje. Kiedyś to moja najmniej ulubiona płyta, teraz w sumie nie jest źle, jak słucham jest całkiem fajnie, tylko jakoś mało po nią sięgam …

Obrazek
Yield (****) – tu już zaczynają się odbudowywać, chyba też oczekiwania były inne. Ci co liczyli na megaprzeboje, rosnącą popularność, teledyski itd. z jednej strony ale i jakieś drążenie nowych pól, eksperymenty po ‘No Code’ dali już sobie spokój. Zostali tylko wierni fani i dla nich Yield było wystarczające. Znów zaczynają ostrzej od ‘Brain of J’ (powinno być w sumie JFK), fajnie narastającego ‘Faithful’, średniotempowego i średnioudanego‘No Way’. Bardzo udany zaś pierwszy singiel ‘Given To Fly’. Znów taki rozwijający się utwór, początek balladowy z wybuchem pod koniec. Miodek. Średniotempowy ale bardzo udany ‘Wishlist’ jest kolejny. Taka fajna wyliczanka. Potem rzeczy ciut mniej udane (‘Pilate’, pokojne, trochę usypiające ‘Low Light’, ‘Push me pull me’) przeplatają się z utworami bardoz dobrymi. Wściekle atakuje ‘Do the Evolution’. Lubie bardzo. ‘mfc’ to taka typowa pearljamowa jazda w stylu ‘Rearviewmirror’ czy ‘Mankind’. Kolejny, narastający utwór ‘In Hiding’ i ładnie zamykające całość ‘All Those Yesterdays’.

Obrazek
Live On Two Legs (??) – dziwne ale nie mam, jakoś na bieżąco nie kupiłem a po następnej płycie wydawali już pełne koncertówki i taki składak przestał mnie interesować

Obrazek
Binaural (****1/2) – chyba najlepsza z późniejszych płyt. Rozpoczyna z kopem ‘Breakerfall’, po nim jeszcze lepsze ‘God’s dice’. Mocno i do przodu ciągnie również trzecie ‘Evacuation’. Potem dwa wielce udane single ‘Light Years’ i nothing As It Seems’. Bardzo piękne ballady. Pierwsza bardzo śpiewna, lekko płynąca, druga od pierwszych taktów mroczniejsza, poważniejsza, inny kaliber, piękna gitara w tle. Potem znów seria udanych i bardzo udanych utworów. Lekko i dość zwiewnie robi się dzięki ‘Thin Air’. Dobre jest kolejne ‘Insignificance’, takie niespokojne w tle ‘Of The Girl’. Bardziej konwencjonalnie ale mniej udane są za to ‘Grievance’ i ‘Rival’. Kolejne dwa lubię już bardzo – zupełnie nie pearljamowate, takie nastrojowe w tle z lekko błądzącym wokalem dopiero bardziej typowe w refrenie ‘Sleight of Hand’ i absolutnie cudowne ‘Soon Forget’. W tym z kolei jest tylko Vedder – wokal + ukalele – i ten utwór chciałbym bardzo usłyszeć w wersji Soundropsów. I na drugim koncercie w Spodku zabrzmialo to wspaniale. Kończy też udane, znów ładnie zaaranżowane ‘Parting Ways’.

W tym miejscu trzeba wspomnieć o dziesiątkach, jeśli już nie setkach, wydanych koncertówek. Od trasy po Binaural Pearl Jam wydał prawie wszystkie koncerty jakie dał. Pierwsza trasa wyszła całkowicie, z pozostałych można ściągnąć czy też zakupić z oficjalnej strony wszystko a do sklepów trafiło zawsze kilka (-naście?) wybranych koncertów. Ale zawsze w całości (nawet przerwy przed bisami są w całosci), dwie albo i nawet trzy płyty (choc cena za jedną), skromne, ‘zastępcze’ opakowanie. Bez bajerów, czysta sprawa. Załatwili bootlegowców. Wiem, mogli sobie pozwolić. Ale chciało im się. Zależało.
Z tej masy chciałem odnieść się szerzej do dwóch płyt:

Obrazek
Spodek, Katowice, Poland 15 6 00 *****
Spodek, Katowice, Poland 15 6 00 *****
Na pierwszym z tych koncertów miałem być z małżonką. Mieliśmy nawet zakupione bilety, ale wobec ciąży zaniechaliśmy tego pomysłu. Żałuję tylko, że chociaż sam się nie wybrałem. A bilety leżą cały czas w domu ….
Koncerty piękne, bo tak różne. Dwa dni pod rząd i powtarzają się bodajże tylko kilka utworów (5?). To coś co zawsze mi się podobało w PJ. Że nigdy nie wiesz co poleci, bo może być wszystko z tego co nagrali. Każdy następny utwór jest niespodzianką. Bogato czerpią z coraz potężniejszej dyskografii. Tego mi trochę w Armii brakuje …
Wracając do koncertów to atmosfera jest cudowna. Pierwszy chyba bardziej konwencjonalny, w drugim, spokojniejszym, bardzo przekrojowym czuli się już u siebie. Dużo rozmów w tle, zagadania do publicznosci, fajny klimat. I na koniec samotny Eddie w ‘Soon Forget’. Piękna rzecz. Jeden gość, instrument + głos, jeszcze się myli ale całość przejmująca.

Obrazek
Riot Act (***) – tu zaczęło się obiecująco. Pierwszy singiel ‘I Am Mine’ bardzo mi się spodobał. I nadal uważam, że to bardzo udany utwór. I bardzo spodobał mi się wtedy tekst:
„I know I was born and I know that I’ll die
The in between is mine
I am mine”
Cała płyta początkowo też mi bardzo podobała. Po klimatycznym ‘Can’t Keep’ rusza mocno jadące do przodu ‘Save You’. Potem jest sporo całkiem dobrych utworów (‘Love Boat Captain’, ‘Ghost’, delikatne, takie dylanowskie ‘Thumbling My Way’, klimatyczne ‘You Are’, rozjechane ‘Green Disease’). Ale też sporo średniaków (‘Cropduster’, ‘Get Right’, ‘Help Help’, dobrze zaczynający ale w sumie nijaki ‘Bu$hleaguer’) i jako całość mi się to niestety rozjeżdża. Niby klimat jest ale w porównaniu do wcześniejszych płyt brzmi to albo wtórnie, albo lekko już nudnawo

Obrazek
Lost Songs (****) – no tak mniej udana płyta, potem zbiór odrzutów i w końcu zwykły debeściak. Upadek i tyle. Tylko, że te odrzuty sa naprawdę niezłe. Zaskakująco dobra płyta. I ładnie wydana. O każdym utworze oddzielna informacja – co, kto, kiedy + z reguły jakiś komentarz. Bardzo ciekawa rzecz. No i sporo niezłych utworów. Niektóre z nich są lepsze niż wiele z tych, kóre weszły na niektóre płyty (‘Sad’, ‘Down’, ‘Undone’, ‘Strangest Tribe’, instrumentalny ‘Brother’). Część z nich jest znana z koncertów lub innych wydawnictw (filmy, składaki) jak ‘Yellow Ledbetter’, ‘Leavin’ Here’, ‘Dirty Frank’, ‘Wash’, ‘Footsteps’, ‘Dead Man’, ‘Last Kiss’. No i brakuje mi tylko ‘Crazy Mary’ do pełni szczęścia. Tylko za nią mogłaby być dodatkowa gwiazdka.

Obrazek
Rearviewmirror (bez gwiazdek) – zbyt typowy składak. Jest co prawda kilka utworów o których zapomniano (??) na Lost Dogs jak ‘State Of Love And Trust’ i ‘Breath’ (wcześniej na OST Singles) + I Got ID + nowe Man Of The Hor. Znowu mi Maryśki brakuje … A miała być w pierwszej wersji. Jak ktoś nie zna regularnych płyt to OK.

_________________
Klaszczę w dłonie ...
... by było mnie więcej ...


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: czw, 15 grudnia 2005 16:28:50 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
czw, 03 lutego 2005 21:54:20
Posty: 6320
Ooooo! Jaka miła niespodzianka w taki okropny szary dzień :D
Wpiszę się tu wkrótce, bo Pearl Jam bardzo bliski memu sercu jest!

EDIT:
Choć tak na szybko kilka rzeczy mi się nasunęło...

Generalnie - w wielu sprawach baaardzo się zgadzam z Mareckim.
W ocenie "Ten" - ale to akurat nic dziwnego ;-).
Ale także w ocenie "Vs"!, choć nie dałabym ***** chyba (a może?). WMA, Blood, Indifference - tak tak! - i też zawsze kojarzyło mi się późniejsze "Immortality" z tym kawałkiem.
"Crazy Mary" - SŁÓW AŻ BRAK - tak piękne to jest...tak wciągające, hipnotyczne wręcz...
Może tylko "No Code" wyżej ceniłam kiedyś...a "Vitalogy" uważam za dobrą płytę, ale taką obcą - nigdy chyba do końca się do niej nie przekonałam.

Ciekawe jak będzie teraz - gdy posłucham sobie na poczet tego wątku jeszcze raz... :-)

_________________
A lot of people don't have much food on their table.
But they got a lot of forks 'n' knives.
And they gotta cut somethin'.


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: pt, 16 grudnia 2005 10:41:33 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pn, 22 listopada 2004 14:05:36
Posty: 7312
Skąd: Warszawa/Stuttgart
J.T.Fly pisze:
Vs. - ** 1/2
:killer: wiedziałem, że takie oceny się pojawią, całkowicie niezasłużone

J.T.Fly pisze:
Smutna ta płyta.
:shock: smutna ??? to najbardziej wesoła, swobodna, rozjechana płyta jaką nagrali

wczoraj słuchałem koncertów i to jest chyba najlepsze w całym Pearl Jam

_________________
Klaszczę w dłonie ...
... by było mnie więcej ...


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: pt, 16 grudnia 2005 12:00:48 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 09 listopada 2004 22:37:55
Posty: 20665
ja też! - z mareckim w samochodzie :D

świetnie koncertowo wypadają, rzeczywiście; jak napisał marecki - to jest po prostu hard rock. Pamiętam, kiedy pierwszy raz usłyszałem Alive, to było olsnienie - wrócil duch Led Zeppelin :!:
(no i wokalista, jakiego nie było od lat)

Niestety mam ogólnie wielkie zaległości w Pearl Jam, znam tylko Ten (którego zresztą nie mam, oprócz kilku piosenek), i pojedyncze numery z innych (głównie wczesnych - Crazy Mary, Daughter, Animal itp.). Słyszałem mocny, energetyczny bardzo unplugged. Może kiedys nadrobię, bardzo chętnie, teraz jednak nie mam za wiele do powiedzenia... i czasu też ;-)

Ulubiona piosenka: Jeremy (hehe, ale oryginalnie)

_________________
ćrąży we mnie zła krew


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: pt, 16 grudnia 2005 16:46:54 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
czw, 03 lutego 2005 21:54:20
Posty: 6320
Pearl Jam KOCHAM po prostu. Kiedyś wprawdzie był mi dużo bliższy (właściwie przez całe liceum), ale wielki sentyment pozostał. Jest coś w ich muzyce i w wokalu Veddera - w tym, co potrafi nim WYRAZIĆ - co bardzo mi odpowiada psychologiczno-emocjonalnie chyba....Coś takiego może - gdyby to zwizualizować ;-) :

Obrazek

Głos Eddiego - to uwaga do Flaja głównie - jest głównym powodem, dla którego nie warto porzucać Pearl Jam na rzecz na Led Zeppelin, moim zdaniem (po co porzucać cokolwiek? ;-) ). Równie drapieżny, co Planta być potrafi, lecz czasami jest też cudownie aksamitnie głęboki - stąd wrażenie zanurzenia się w tej muzyce... i odpływania...jak na przykład w "Crazy Mary" - ach!

Zaznaczyć jednak muszę, że Pearl Jam, który naprawdę kocham, to Pearl Jam z pierwszych płyt...Dużo mniej mi odpowiadał kierunek smętny, w który później poszli - pomimo tego, że "No Code" np. lubiłam. Za mało drapieżności, a i ballady to nie to, co kiedyś (chlip). Mam wrażenie miałkości dużo większej, niestety... (czy wokal też mu się nie zepsuł?...) Choć - jak się okazało po wpisie Mareckiego - mam ich wszystkie płyty studyjne! (Z wyjątkiem tej ostatniej składanki). Do tego - koncert ze Spodka. Czyli jednak ciągnęło mnie do nich, jak widzę, choć "Binaural" i "Riot Act" bardzo rzadko słuchałam.

Dziś napiszę o tych pierwszych dwu płytach (najlepszych w całej ich dyskografii, według mnie) - część druga nastąpi później.

TEN ******

To jest jedna z najważniejszych dla mnie płyt - jedna z tych, o których wręcz trudno mi coś napisać. Doskonałość. Cudowny początek - "Once" - te dźwięki początkowe, wynurzające się z jakiejś mrocznej głębi - a później mocno (zwrotka) i przejmująco (refren) za sprawą Veddera przede wszystkim:
Once upon a time I could love myself,
Once upon a time I could love you
...

"Even flow" bardzo fajnie buja i ma ciekawy tekst - thoughts arrive like butterflies. Potem oczywiście "Alive znów bujanie i zasłużony hicior. No i wreszcie - "Black" to mój ulubiony kawałek Pearl Jam W OGÓLE. W takie dni, jak dzisiejszy, bardzo dobrze się tego słucha - to płynie, wciąga i zachwyca... Wszechogarniająca CZERŃ:
All the love gone bad turned my world to black
Tattooed all I see, all that I am, all I'll ever be...

(hmmm...zdołować też pewnie może - choć może raczej wysublimować melancholię... ;) )

"Jeremy" kiedyś bardzo mi się osłuchał, znudził wręcz (jedyny kawałek z tej płyty, który mi się znudził), ale teraz słucham sobie i to jest BARDZO DOBRE, oczywiście - byle nie za często ;-) "Oceans" - jak napisał Marecki - "prawie pachnie tym oceanem"... Pachnie, szumi, faluje! I tekst ładny! Szybsze, bardziej drapieżne "Porch" - best moment: there ain't gonna be any middle any more - a także gitarowe bujanie w połowie piosenki! Nastrojowe Garden - bardzo dobra ballada: the direction of the eye so misleading; the defection of the soul - nauseously quick. "Deep" i Release - świetne zakończenie - odpowiednio - drapieżnie i spokojnie... Piękny, idealnie skomponowany album!


VS *****

Marecki - :piwo: :)
Oczywiście - jest to niejako kontynuacja pierwszego albumu. Ale nie są to bynajmniej popłuczyny - jest świetnie! Wiem, że niektórzy z zasady nie lubią takich kontynuacji, po prostu, ale ja do nich nie należę. Zdecydowanie wolę taką kontynuację, niż "Vitalogy"... (Miki się nie zgodzi zaraz ;-) )
Właściwie tutaj też nie ma słabych momentów - choć najmniej lubię "Eldery Woman..." - według mnie to zapowiedź smętnego kierunku, który wybrali nieco później... Generalnie - jest drapieżnie. Świetny głos. Poruszająca muzyka.

marecki pisze:
J.T.Fly napisał:
Smutna ta płyta.
smutna ??? to najbardziej wesoła, swobodna, rozjechana płyta jaką nagrali


Hmm...Choć nie zgadzam się z Flajem, że jest to "smutnie niedobra" płyta, to jednak "Vs" zawsze mi się mrocznie kojarzyła - WMA np. - to jest jazda w noc... I teksty też - zaangażowane i/lub niewesołe - chociażby "Glorified g" - ironicznie i gorzko o prawie (a może raczej - o pragnieniu) do posiadania broni (lewackość ich czasami przejawia się w tekstach).

"Go" i "Animal - ostry, bardzo dobry początek. "Glorified g" jest świetnie zagrana - rzeczywiście swobodnie (jak już pisał Marecki), luzacko - w pozytywnym tego słowa znaczeniu. "Dissident" faktycznie zalatuje "Alivem", ale podoba mi się i tak - choć nie tak bardzo, jak następna piosenka - WMA! Mistrzowski wokal i niesamowity klimat - zgadzam się z Mareckim:

marecki pisze:
W.m.a. to mocno wciagający bas i coraz bardziej zakręcony czy wręcz wściekły wokal Eddiego powtarzający jak mantrę ‘Policemen …’.


Wściekły Eddie to coś czego mi bardzo brak na późniejszych płytach...

Nie mam płyty "Vs", lecz kasetę - więc dla mnie to nie jest środek płyty, lecz porywające zakończenie pierwszej strony ;-). I znów - ostre rozpoczęcie drugiej - czyli świetne "Blood". "Rearviewmirror"bardzo dobre, choć nigdy się tym nie zachwycałam aż tak, jak przedmówcy. Lubię "Rats" ,ale zawsze trochę przerażający był to utwór według mnie - klaustrofobiczny i niewesoły... Pozytywne brzmienie to "Leash" dopiero - wezwanie do "zrzucenia smyczy", manifest i odezwa ;-) - a także tekst o znalezieniu sobie domu - a home within myself:

troubled souls unite, we got ourselves tonight..
i am fuel, you are friends, we got the means to make amends
i am lost, i'm no guide, but i'm by your side
i am right by your side...


Na koniec - absolutna PERŁA - "Indifference" - czyli "ballada przez duże B" - jak już napisał Marecki... Takich rzeczy też mi później brakowało - z jednej strony wściekłego, drapieżnego - a z drugiej - "hipnotyzującego" wokalu Veddera...

Ciąg dalszy nastąpi - choć niestety płyty kolejne nie dorównują dwóm wyżej wymienionym...

_________________
A lot of people don't have much food on their table.
But they got a lot of forks 'n' knives.
And they gotta cut somethin'.


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: pn, 19 grudnia 2005 12:37:02 
Jeszczę przejrzę ten wątek może. Pereł jak mówiłem łykam wszystko i muzę tą chłonę i niemal za każdym razem słuchania odbieram inaczej. Nie czytam tekstów (zgroza), muzyka mi się do emocji wpasowuje.
Ten mi się z czasem nieco przejadł.
No code jest dla mnie abolutnym numerem Uno, czasów ostatnich. Po 'No Code' brakuje mi ich spójności na płytach (a dobra płyta powinna być spójna! ;).
Ale i tak łykam wszystko, unosi mnie wszystko.


Na górę
 
 Tytuł:
PostWysłany: pn, 19 grudnia 2005 14:36:28 

Rejestracja:
śr, 01 grudnia 2004 15:16:01
Posty: 2647
wow! ja sie tu zabieralem za gruntowna powtorke, wlasnie w ramach przygotowan do zalozenia tego tematu (tak na wzor soulfly), a tu taki myk. co by nie bylo i tak sie rozpisze.
ale nie teraz. teraz pogratuluje mareckiemu.
jednakze nie moge sie zgodzic ze wszystkim co napisal. vitalogy - ocena za niska, no code ocena stanowczo za niska!
wykaze to wkrotce.


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: pn, 19 grudnia 2005 14:58:09 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pn, 22 listopada 2004 14:05:36
Posty: 7312
Skąd: Warszawa/Stuttgart
Fly'u co do Vs. to po prostu zostaniemy przy własnym zdaniu :piwo:
a co do Zeppelinów to rzeczywiście wokalnie Cornell bardzo, bardzo czerpał z nich (Planta konkretnie :wink: ) ale Soundgardeni miejmy nadzieję doczekają się oddzielnego wątku (podobnie jak Alicja)

q51 wszystkie polemiki mile widziane :)

_________________
Klaszczę w dłonie ...
... by było mnie więcej ...


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: pn, 19 grudnia 2005 15:08:25 

Rejestracja:
śr, 01 grudnia 2004 15:16:01
Posty: 2647
J.T.Fly pisze:
A w sensie wokalnym zawsze w Seattle numerem pierwszym był Cornell z Soundgarden

ja nie wiem, jak mozna stawiac cornella wyzej od edka. jesli o sjatle chodzi to on jest numer 1. no moze poza kurtem wygrywajacym w kategorii naturalne uczucia w formie prostej.
voc veddera jest naj, ileby cornell nie bral z planta.

edit: wlasnie slucham pearljam na pandorze i w koncu dorwalem lukin z tego akustycznego koncertu. az szkoda. ze nie mozna sobie tego puscic drugi raz, tym bardziej, ze krotkie. no bo bardzo to zywiolowe, rzeklbym desperackie pocinanie na maksa na pudle, super dla mnie. za takie rzeczy uwielbiam pearljam.


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: wt, 20 grudnia 2005 17:20:11 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pn, 22 listopada 2004 14:05:36
Posty: 7312
Skąd: Warszawa/Stuttgart
q51 pisze:
ja nie wiem, jak mozna stawiac cornella wyzej od edka
można :wink:

q51 pisze:
w koncu dorwalem lukin z tego akustycznego koncertu

z tego ?
Obrazek
Live At Benoroya Hall - October 22.2003
Zapomniałem ogwiazdkować (***3/4) :) choć to jeden z wieeeelu koncertów wydanych to w jakiś sposób szczególny
Bardzo przyjemny koncercik akustyczny z dużą liczbą coverów itp. Ale w sumie dawka jak na akustyczny set dość duża i wolę jak pojawia sie to w trakcie regularnego koncertu.

_________________
Klaszczę w dłonie ...
... by było mnie więcej ...


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: wt, 20 grudnia 2005 22:40:03 
Cornell jakąś fajną płytkę solo chyba nagrał,
ale poza poszczególnymi kawałkami to z czasów grunge liczy się dla mnie tylko Pearl Jam i Nirvana z płyty Nevermind
Reszta mocno nieistotna.
Ani Alicja, ani Soundgraden, ani inne (są kawałki, ale nie jako całość).


Na górę
 
 Tytuł:
PostWysłany: wt, 20 grudnia 2005 22:40:57 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
czw, 03 lutego 2005 21:54:20
Posty: 6320
O! Ja mam tak samo! :)

_________________
A lot of people don't have much food on their table.
But they got a lot of forks 'n' knives.
And they gotta cut somethin'.


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: wt, 20 grudnia 2005 22:44:48 
:piwo: :brawa: :wink:


Na górę
 
 Tytuł:
PostWysłany: śr, 21 grudnia 2005 09:37:46 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pn, 22 listopada 2004 14:05:36
Posty: 7312
Skąd: Warszawa/Stuttgart
A ja Alicję również bardzo a i Soundgarden niezgorszy.

_________________
Klaszczę w dłonie ...
... by było mnie więcej ...


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: śr, 21 grudnia 2005 09:37:59 

Rejestracja:
śr, 01 grudnia 2004 15:16:01
Posty: 2647
marecki pisze:
z tego ? (...)
Live At Benoroya Hall - October 22.2003
Zapomniałem ogwiazdkować (***3/4) choć to jeden z wieeeelu koncertów wydanych to w jakiś sposób szczególny
Bardzo przyjemny koncercik akustyczny z dużą liczbą coverów itp. Ale w sumie dawka jak na akustyczny set dość duża
tak, ten. tez mi sie wydaje, ze to za duza dawka, nawet jak na taka ilosc ciekawostek. na ten przyklad bardzo dobrego koncertu akustycznego podam te dla mtv, a w wykonaniu alicji, nirvany i (jednakze) pearl jamu. ten pierwszy, ten po ten, (jeszcze przed vs).

3bajki pisze:
poza poszczególnymi kawałkami to z czasów grunge liczy się dla mnie tylko Pearl Jam i Nirvana z płyty Nevermind
Reszta mocno nieistotna.
no co ty? chyba musisz nie znac bleach! bo choc uwazam in utero za bardzo dobra plyte, to rozmiem, ze moze nie popasc komus, ale debiut jest niewiele gorszy od nevermind, a czasem mam wrazenie, ze lepsiejszy nawet.


Na górę
 Wyświetl profil
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 470 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3, 4, 5 ... 32  Następna

Strefa czasowa UTC+1godz. [letni]



Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 3 gości


Nie możesz tworzyć nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Przejdź do:  
Technologię dostarcza phpBB® Forum Software © phpBB Group