Ultima Thule

Forum fanów Armii i 2TM2,3
Dzisiaj jest ndz, 19 listopada 2017 16:49:40

Strefa czasowa UTC+1godz.




Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 35 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3  Następna
Autor Wiadomość
 Tytuł: Śmietanka
PostWysłany: śr, 20 stycznia 2010 20:00:36 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
ndz, 06 maja 2007 11:40:25
Posty: 13524
Skąd: Krk
CREAM
Obrazek

Zespół legenda, pierwsza rockowa supergrupa, mocarze instrumentów, wirtuozi oraz doskonały warsztat wykorzystywany w sposób idealny. Działali dwa i pół roku. Clapton, Baker i Bruce w tym zespole zdobyli światową sławę, ale nigdy nie wyszli z jego cienia. Dotyczy to zwłaszcza Claptona, który stał się gwiazdą największego formatu, co niestety nie pokrywało się z poziomem jego późniejszej twórczości.


„Freash Cream” [1966]
Obrazek
Bardzo mocny debiut! Clapton, Baker i Bruce wprowadzili tym albumem muzykę rockową na zupełnie nowe tory. Pierwsze, co rzuca się w uszy to urockowienie bluesa. Clapton grający z Mayallem czy w Yardbirds bardzo dobrze czuł się w typowym repertuarze bluesowym, co więcej, sam współtworzył białą odmianę tego stylu i dał wzorzec takiego gitarowego grania. Tu jednak gra inaczej, polubił np. przester. Na następnej płycie polubi wah wah. Cream na pierwszej płycie to jednak coś więcej. Bas wymyka się w inne rejony, jest nieobliczalny, nad wyraz aktywny, cały czas szuka nowych rozwiązań. Perkusja również. Zarówno Baker jak i Bruce również mają za sobą spore doświadczenie. Bruce, podobnie jak Clapton, grywał u Mayalla, Baker natomiast (z Brucem) pogrywał w Graham Bond Organisation.
Odlot jest już na okładce, na której panowie prezentują się w pilotkach, za chwilę startujemy zdają się mówić. Ten album to trochę takie kontrolowane szaleństwo. Można powiedzieć, że cały materiał to tylko punkt wyjścia do tego co miało się dziać na scenie, takie przedsceniczne notatki. Przedsmak tego mamy w ognistym „Spoonful”, które jest najjaśniejszym punktem tego wydawnictwa. Są też urocze dwugłosy w „I Feel Free”, jest solówka perkusyjna w „Toad”, jest też korzenno-bluesowy pochód perkusji z harmonijką w „Rollin’ And Tumblin’”. Cała płyta jest niezwykle różnorodna i widać, że zespół jeszcze nie za bardzo wiedział jaki kierunek obrać.
Ja tutaj ochy i achy, ale można zapytać, jak ten album prezentuje się po latach. Otóż nadspodziewanie dobrze. Ponad czterdziestoletnia śmietanka nadal jest świeża. Oczywiście trzeba znać konwencję, trzeba lubić muzykę lat sześćdziesiątych, natomiast nie trzeba lubić Claptona, bo tutaj jest on kompletnie innym gitarzystą niż w całych pocreamowych czasach.

Ocena: **** ½


„Disraeli Gears” [1967]
Obrazek
Drugi album Cream jak na dzisiejsze standardy jest bardzo krótki. Niewiele ponad 33 minuty muzyki. A dzieje się tutaj bardzo wiele. Album rozpoczyna się od „Strange Brew”, w którym lekko psychodeliczny śpiew przełamany jest bardzo dobrą solówką Claptona. Dalej jest chyba jeszcze bardziej ciekawie. „Sunshine Of You Love”, czyli jeden z riffów wszechczasów. Gitara podbita lekko sfuzzowanym basem i krocząca partia perkusji, a potem jeszcze mocne solo gitarowe. Tutaj nie trzeba pisać nic więcej, wszak każdy to zna. Okładka płyty może sugerować, że zespół zanurkował w opary psychodelii. Trochę prawdy w tym jest, gdyż nad wszystkim unosi się delikatna mgiełka tego stylu, jednak jest to raczej przyprawa niż danie główne. Zespół mocno stąpa po bluesrockowym gruncie i robi to chyba dobitniej niż na poprzedniej płycie. Klamrowy schemat kompozycji jeszcze bardziej się uwypuklił. W wielu z nich fragmenty początkowe i końcowe trzymają w ryzach środek. W wykonaniach koncertowych również tak będzie, z tym że proporcje te ulegną całkowitej zmianie.
Zabawowa jest natomiast końcówka. „Mother’s Lament” to pianino i rozśpiewanie. Dziwny finał.
A zna ktoś wersję „deluxe” wydaną w 2004 roku?

Ocena: **** ½


„Wheels Of Fire” [1968]
Obrazek
To chyba najbardziej dojrzały album Cream. Jego objętość pozwoliła na prezentację dokonań zarówno studyjnych jak i koncertowych. Wyczyny sceniczne są jedyną oficjalną koncertówką zespołu wydaną w latach funkcjonowania zespołu, ale o nich akapit dalej.
Pierwsza część to studio. Wszystko rozpoczyna się od kolejnego genialnego kawałka, czyli „White Room”. Dokonania studyjne wydają się całkowicie przemyślane. W zasadnie na tej płycie nie ma się do czego przyczepić. Każdy utwór z tego albumu mógłby być wizytówką Cream, każdy jest naładowany energią. Nie ma tutaj niczego zbędnego, żadnej pomyłki w doborze repertuaru. Są bluesowe popisy powertrio („Sitting On Top Of The World”, „Born dunder A Bad Sign”), są też psychodeliczne eksperymenty z wiolonczelą („As You Said”), jest i wiolonczela bez psychodelii („Deserted Cities Of The Heart”). Genialna płyta.
Ocena płyty studyjnej: *****

Płyta koncertowa. Tutaj jednak coś mi się nie podoba. Coś, czyli dobór repertuaru. O ile w przypadku „regularnej” dwupłytowej koncertówki nie miałbym problemu z przełknięciem długaśnego sola perkusyjnego w „Toad”, o tyle w tym momencie jest mi trochę żal, że wybrano popis Gingera Bakera, a nie jakąś rozbuchaną wersję innego kawałka. Najpierw jednak mamy rewelacyjne wykonanie „Crossroads”. W pewnym momencie wszyscy muzycy grają solo, słychać jednak, że dokładnie wiedzą gdzie się znajdują, kto w jakim kierunku podąża. Cream na scenie był zespołem genialnym. Dla mnie jest to esencja tego, jak powinny wyglądać koncerty, czyli nie odgrywamy znanego materiału, tylko traktujemy go jako punkt wyjścia do improwizacji. Drugim genialnym fragmentem jest „Spoonful”. I tutaj już nie ma żartów. Długaśna, ponad 16-minutowa kompozycja fascynuje przez całą swoją długość. Wzorzec. Kolejnym numerem jest „Traintime” i w moim wypadku są to trochę mniejsze emocje. Perkusja i harmonijka, czyli może być, ale wolałbym w tym miejscu coś innego. A o „Toad” już pisałem. Trochę szkoda.
Ocena płyty koncertowej: ****

Ocena: **** ½


Goodbye [1969]
Obrazek
Płyta pośmiertna. Zbudowana według podobnej konstrukcji co poprzednia, ale jednak z zupełnie innych powodów. W przypadku „Wheels Of Fire” mieliśmy dwa pełnoprawne krążki. Tutaj mała ilość materiału studyjnego wymuszała dorzucenie materiału w wersji „live”, a wszystko oczywiście na jednej płycie, której długość ledwie przekracza pół godziny Pierwszy w kolejce jest „I’m So Glad”, który stoi na tej samej półce co „Crossroads” czy „Spoonful” z poprzedniej płyty. Piękna wersja koncertowa z cudownym basem Bruce’a. Dalej „Politician” i „Sitting On The Top Of The World”, które są może mniej rozszalałe niż poprzednik, ale również dają dobre pojęcie o scenicznych możliwościach tego tria. Tyle jeśli idzie o materiał koncertowy. Teraz na około 10 minut wchodzimy do studia. Na wstępie wita nas „Badge”, który jest dla mnie najlepszą kompozycją nagraną w studiu przez Cream. Wydaje mi się, że w tym utworze, w niespełna 3 minuty, zespół przedstawił pomysł na styl zwany rockiem progresywnym. Dziwna teza, ale myślę, że można ją obronić. Delikatny wstęp osadzony w bluesie, potem fortepian i głos Claptona. Napięcie rośnie bez przerwy i w okolicy minuty wchodzi cudna gitara, temat trochę inny, piękny zaśpiew, który prowadzi do kulminacji. Krótka solówka i… wejście mellotronu! To jest dopiero czad! Drugi kawałek to „Doing That Scrapyard Thing”, który przywodzi na myśl „The Beatles”. Przyjemne, ale nie powalające. Z kolei „What A Bringdown” to drugi z progrockowych kawałków zawartych na tej płycie. To pewnie prowokacyjne założenie, ale wydaje mi się, że dwa wspomniane utwory można kwalifikować jako w pełni dojrzałe wypowiedzi tego stylu. Prawdą jest, że są to tylko dwa małe kwiatki, które ledwie zakwitły, a po chwili już ich nie było. Piękna rzecz. Po przesłuchaniu całego „Goodbye” pozostaje jednak mały niedosyt, którego nie wynagradza nawet kompaktowy bonus. Cóż, tak chyba jest z pożegnaniami. Ktoś jeszcze nie skończył, ktoś coś chciał dodać, tylko już nie było sensu tego robić…

Ocena: ****½


„Live Cream” [1970] i „Live Cream Vol. II” [1972]
Obrazek
Obrazek
Dwie pośmiertne koncertówki. Przyjemne, rozimprowizowane, fragmentami porywające, ale czegoś im brakuje. Te wszystkie utwory brzmią osobno, album nie stanowi całości. Nic to jednak, gdyż można się do tego przyzwyczaić, choć żal, że Cream nigdy nie doczekał się koncertowej płyty z prawdziwego zdarzenia. A zasługiwał na to jak nikt inny!

Ocena: **** ¼


„Rogal Albert Hall” [2005]
Obrazek
Po latach pojawiła się koncertówka nagrana w 2005 roku. Przyjemna, ale to już zupełnie inna sprawa. Warto ją oczywiście poznać, ale trzeba pamiętać, że to już nie Cream, tylko muzycy, którzy kiedyś w tym zespole grali.

Ocena: ***1/3


Najciekawsze jest to, że żaden z albumów Cream nie dostał u mnie najwyższej noty. Zabrakło mi chyba koncertowej płyty z prawdziwego zdarzenia. Nie zarzekam się jednak, że nigdy te noty się nie zmienią, bramka jest cały czas otwarta. Sam zespół oceniam oczywiście na *****.

_________________
http://67mil.blogspot.com/


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: śr, 20 stycznia 2010 22:17:40 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pn, 22 listopada 2004 13:05:36
Posty: 7312
Skąd: Warszawa/Stuttgart
oo dzięki
chętnie poczytam
bo to zespół z listy 'ważne, lekko zapomniane ale do posłuchania'

_________________
Klaszczę w dłonie ...
... by było mnie więcej ...


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: czw, 21 stycznia 2010 13:02:47 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pn, 10 stycznia 2005 11:49:49
Posty: 20846
Skąd: Kamienna Góra/Poznań
Hoho! To też coś dla mnie, bom dyletant w temacie. Dzięki!

_________________
In an interstellar burst
I am back to save the Universe.


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: pt, 22 stycznia 2010 10:01:49 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 09 listopada 2004 21:37:55
Posty: 20000
:piwo:
Nie mam pojęcia kiedy się porządnie, bo nawet moderować kamerunu nie mam na razie kiedy, ale na pewno będzie to jeden z moich priorytetów.
Ostatnio Creamu słucham bardzo dużo (o tyle, o ile się da, bo zbyt wiele nie nagrali ;-)).

Ale tu się liczy jakość, nie ilość!

_________________
ćrąży we mnie zła krew


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: ndz, 31 stycznia 2010 11:31:42 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 10 listopada 2004 14:59:39
Posty: 24061
Kiedyś pisałem już na forum o płycie studyjnej "Wheels of Fire". I pewnie do tematu Cream jeszcze wrócę :) .


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: wt, 02 lutego 2010 11:11:09 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 10 listopada 2004 14:59:39
Posty: 24061
pilot kameleon pisze:
„Sunshine Of You Love”, czyli jeden z riffów wszechczasów. Gitara podbita lekko sfuzzowanym basem


Tak sobie pomyślałem, że dla mnie jest raczej na odwrót - że to jest basowy riff. I rzeczywiście: na wikipedii piszą, że to Bruce wymyślił.

Swoją drogą okładka Disraeli Gears bardzo mi się podoba, z Creamowych jest najlepsza.


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: wt, 02 lutego 2010 11:26:29 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
ndz, 06 maja 2007 11:40:25
Posty: 13524
Skąd: Krk
antiwitek pisze:
Tak sobie pomyślałem, że dla mnie jest raczej na odwrót - że to jest basowy riff. I rzeczywiście: na wikipedii piszą, że to Bruce wymyślił.

Oczywiście. W tekście tak jakoś mi wyszło, że to niby gitara dominuje. Dla mnie w tym zespole rządzi bas. Brzmienie instrumentu, sposób gry Bruce'a, wirtuozeria bez popadania w efekciarstwo. Bez wątpienia jeden z najlepszych basistów wszechczasów.


antiwitek pisze:
Swoją drogą okładka Disraeli Gears bardzo mi się podoba, z Creamowych jest najlepsza.

U mnie chyba jedynka.

_________________
http://67mil.blogspot.com/


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: śr, 03 lutego 2010 21:38:24 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 10 listopada 2004 14:59:39
Posty: 24061
No co Ty? Jedynka to syw! :wink:

Kameleonie, jak to żaden album nie dostał u Ciebie najwyższej noty? Dałeś przecież 5 gw Łilsom! To że one w jednym albumie z koncertówką nie ma żadnego znaczenia - jest ***** i już! :)

Ja tę pierwszą płytę słyszałem raz, na Uonce, nie wiem czy bym zapałał do niej jakimś gorętszym uczuciem. "Goodbye" słyszałem niewiele więcej, ale - hoho! - to bym sobie nawet kupił!
Za to "Disreali..." i "Wheels..." słuchałem po wielokroć i uważam je za świetne płyty. Świetnie się ich słucha - po prostu. Na tym stwierdzeniu na razie poprzestanę, ale chętnie kiedyś bym napisał co mi się w tej muzyce najbardziej podoba i dlaczego chętnie do niej wracam.

Ale przy okazji: zwróciłeś uwagę na krzyki w tle na "Disraelim"? Ciekawe kto to - dobiegają z okolic perkusji (prawy głośnik czy raczej słuchawka) np. w "Sunshine..." i "Blue Condition". W ogóle brzmienie Cream z tych płyt bardzo mi pasuje: że takie nie wyczyszczone. No ale o tym miałem dziś nie mówić :wink: .


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: czw, 04 lutego 2010 09:51:52 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pn, 10 stycznia 2005 11:49:49
Posty: 20846
Skąd: Kamienna Góra/Poznań
antiwitek pisze:
na wikipedii piszą, że to Bruce wymyślił.

W ostatnim numerze "Tylko Rocka" też - jest ten riff rozrysowany.

_________________
In an interstellar burst
I am back to save the Universe.


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: sob, 25 września 2010 23:26:23 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 09 listopada 2004 21:37:55
Posty: 20000
pilot kameleon pisze:
Cream na scenie był zespołem genialnym.


Ale na starość zacząłem też znacznie bardziej doceniać subtelności nagrań studyjnych. Delikatność, bogate aranżacje, ładne wokale... Podoba się to! Tymczasem na żywo dzikie instynkty, trans, rozbuchana wirtuozeria, ale nie taka na zasadzie "kto szybciej", tylko taka z głębi trzewi, taka, żeby wyrwać wnętrzności z instrumentu... i niestety regularnie bardzo NIEŁADNE wokale. Czy śpiewał Bruce, czy Clapton, na żywo wypadało to zwykle cieniutko (w sumie podobnie jak w przypadku Hendriksa, tylko jeszcze gorzej).

Wypadałoby w końcu coś tu napisać!

Fresh Cream * * * * 1/2
best songs: N.S.U. i Spoonful

Świetna płyta! Słusznie zwrócił pilot kameleon uwagę na różnorodność, która była świadectwem poszukiwania kierunku, ale ta różnorodność sprawdza się tu bez problemu. Znaczna część repertuaru to wciąż piosenki - dużo melodii, harmoniczność, więcej śpiewania niż grania. Zwłaszcza jeżeli weźmiemy pod uwagę wersję z I Feel Free, którego w pierwotnym układzie płyty nie było (ech, ten głupi pomysł, żeby singli nie dawać na longplej!) a jeszcze lepiej, jeżeli uwzględnimy Wrapping Paper, który gdzieniegdzie też się pojawia. Te dwie, Dreaming, I'm so Glad (ministranci :D), NSU - to piosenki z epoki sześćdziesiony; gdzieniegdzie idą co prawda w nieoczekiwaną stronę, zwłaszcza NSU daje takiego ognia, który w 1966 nie był sprawą oczywistą.

Jeszcze mniej oczywiste było jednak to, co zaczęli robić z bluesem. Ten Spoonful!!! Potem przyszły oczywiście wersje koncertowe, piętnaście minut, dwadzieścia, coraz większe odloty. Ale już ta studyjna wersja daje do pieca, przepraszam czy w tymże 1966 jakiś zespół tak brzmiał?! Każdy z instrumentów to musiało być objawienie, do dziś wydaje mi się, że mało było zespołów tak pionierskich jak Cream. Trzy lata później debiut Led Zeppelin narobił szumu jak mało, ale czy ich pierwsza płyta w ogóle mogłaby istnieć bez tego Spoonfula?

Super momentem Fresh Creamu jest też Sweet Wine, utwór stojący pomiędzy tendencją piosenkową a hardbluesową. Główny motyw - ba ba ba bu ba ba - a także fragment instrumentalny są wśród szczytowych osiągnięć nurtu łączącego hard rocka z bluesem (ups, przepraszam, wtedy nie było przecież hard rocka - oni go właśnie tworzyli!), natomiast zwrotka skręca nagle w kierunku ładnej sharmonizowanej piosenki.

Bluesfanów zadowoli w pełni Sleepy Time Time i Rollin and Tumblin, jeżeli chodzi o Cat's Squirrel, to osobiście polecam bardziej wersję Jethro Tull. Nie przepadam za studyjnym Toadem, Ginger Baker pokazywał dopiero na scenie, że jest najlepszym rockowym perkusistą, jaki był.

Cdn.

_________________
ćrąży we mnie zła krew


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: wt, 28 września 2010 19:13:03 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 09 listopada 2004 21:37:55
Posty: 20000
Waham się co do oceny, jaką dałem Świeżej Śmietance. Problem z tą płytą jest taki, że niemal wszystko, co najlepsze zawarte jest tu na stronie A (czyli do Spoonfula). Gdybym miał wybrać sześć ulubionych utworów z płyty, to podejrzewam, że wybór w całości padłby właśnie na te pierwsze sześć utworów!
A to trochę niedobrze, bo przy słuchaniu całości nieuniknione jest znużenie.
Zresztą dotyczy to np. ewidentnie trzech ostatnich utworów:
Rolling and Tumbling bardzo lubię, jest to rzeczywiście, jak pilot k. napisał, wyjątkowo "korzenno-bluesowe", ale ale... taki żywioł lepiej sprawdza się na żywo, co w przypadku tego utworu skądinąd zostało potwierdzone doświadczalnie ;-). Co więcej ta korzenność jest jednak mało urozmaicona (z definicji) i choć cenię taki blues, to wolę, kiedy jest przełamany czymś innym.
I'm So Glad też w sumie lubię, ale ojej... ile można! On musiał być wprost NIEZMIERNIE glad, kiedy ten utwór tworzył :roll:
O Toad już pisałem, że dopiero na żywo opadały szczęki. Na szczęście jest dość krótki, ale i tak nieco nuży.

Mógłbym więc dać cztery gwiazdki zamiast czterech i pół - a może zostawić, jak jest, bo jednak ta pionierskość :!: Nieważne.
Myślę jednak, że u mnie może być podobnie, jak u autora wątku, że:

pilot kameleon pisze:
żaden z albumów Cream nie dostał u mnie najwyższej noty. Zabrakło mi chyba koncertowej płyty z prawdziwego zdarzenia.

Lubię studyjny Cream, ale jednak to tylko taki wstępniak przed PRAWDZIWYM Creamem na żywo.
Jest oczywiście jedna rzecz na pięć czy sześć gwiazdek... ale do tego dojdziemy ;-)

Tak czy inaczej:
pilot kameleon pisze:
Sam zespół oceniam oczywiście na *****

_________________
ćrąży we mnie zła krew


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: wt, 28 września 2010 20:28:42 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
ndz, 06 maja 2007 11:40:25
Posty: 13524
Skąd: Krk
Ach! Wreszcie jakiś głos!

Crazy pisze:
na starość zacząłem też znacznie bardziej doceniać subtelności nagrań studyjnych. Delikatność, bogate aranżacje, ładne wokale

Choć na początku raczej był ten osad niewyczyszczonego bluesa:
antiwitek pisze:
W ogóle brzmienie Cream z tych płyt bardzo mi pasuje: że takie nie wyczyszczone.


Crazy pisze:
więcej śpiewania niż grania

Ostatnio o czymś takim myślałem. Nie w kontekście Cream, ale bardziej o tym, jak ilość śpiewu w muzyce rockowej została w jakiś sposób ograniczona. Lata 60-te to te harmonie wokalne właściwie w każdym zespole [często wszyscy członkowie danej formacji!], a dziś jak już ktoś ledwie pomruczy z boku, to ochy i achy.

Crazy pisze:
czy w tymże 1966 jakiś zespół tak brzmiał?!

Należy pamiętać, że album pojawił się na rynku pod sam koniec 1966 roku. Pomijając jednak ten detal, nic mi do głowy nie przychodzi. Dopiero w 1967 będzie można znaleźć więcej hałaśników z tego terenu.

Crazy pisze:
ta pionierskość

To chyba najbardziej istotna kwestia przy analizie dorobku tego zespołu. Wizjonerstwo nie podlega ocenie.

_________________
http://67mil.blogspot.com/


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: śr, 29 września 2010 09:37:09 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 09 listopada 2004 23:22:22
Posty: 26664
Skąd: rivendell
pilot kameleon pisze:
Cream na scenie był zespołem genialnym. Dla mnie jest to esencja tego, jak powinny wyglądać koncerty

...niestety słuchając koncertówki Live Cream osobiście dość daleki jestem od takiego stwierdzenia.....mógłbym dać tej płycie maxymalnie *** a i to z lekka wymuszone....co oznacza ,że geniuszu raczej nie dosłyszałem

_________________
ooooorekoreeeoooo


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: śr, 29 września 2010 09:51:11 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
ndz, 06 maja 2007 11:40:25
Posty: 13524
Skąd: Krk
elrond pisze:
...niestety słuchając koncertówki Live Cream osobiście dość daleki jestem od takiego stwierdzenia.....mógłbym dać tej płycie maxymalnie *** a i to z lekka wymuszone....co oznacza ,że geniuszu raczej nie dosłyszałem

Wzorcem jest "Wheels Of Fire", a tam "Crossroads" i "Spoonfull". "Live Cream" jest wyraźnie słabsze, choć utwory z tych płyt również się bronią. No i nie ma tam dla mnie nic wymuszonego raczej. Buja zwyczajnie! :)

_________________
http://67mil.blogspot.com/


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: śr, 29 września 2010 10:12:43 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 09 listopada 2004 21:37:55
Posty: 20000
Do Live Cream dojdę później, ale proszę pamiętać też o minikoncertówce, jaką jest połowa Goodbye!
No i oczywiście last but not least, a nawet na pierwszym miejscu w ogóle - Farewell Concert in Royal Albert Hall :!:

Swoją drogą:

marecki pisze:
'ważne, lekko zapomniane ale do posłuchania'


Peregrin Took pisze:
bom dyletant w temacie

coś mieliście okazję słuchać?

_________________
ćrąży we mnie zła krew


Na górę
 Wyświetl profil
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 35 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3  Następna

Strefa czasowa UTC+1godz.



Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości


Nie możesz tworzyć nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Przejdź do:  
Technologię dostarcza phpBB® Forum Software © phpBB Group