Ultima Thule

Forum fanów Armii i 2TM2,3
Dzisiaj jest czw, 30 czerwca 2022 00:04:10

Strefa czasowa UTC+1godz. [letni]




Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 189 ]  Przejdź na stronę Poprzednia  1 ... 7, 8, 9, 10, 11, 12, 13  Następna
Autor Wiadomość
 Tytuł:
PostWysłany: sob, 29 września 2012 19:47:47 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 10 listopada 2004 15:59:39
Posty: 27467
Frank Zappa pisze:
It's a miserable Friday night, I'm so lonely and nobody'll give me a ride to "The Grateful Dead" concert...


Obrazek

You Are What You Is (1981)

To była chyba druga płyta Franka Zappy jaką poznałem. Udało się gdzieś kupić długaśną, piracką taśmę. Posłuchałem jej i byłem całkowicie zdegustowany… Żeby w tak obszernym materiale /20 utworów, oryginalnie dwa longpleje!/ tylko jeden numer nadawał się do słuchania…? Cała reszta jawiła mi się jakimś koszmarem.
Szczęśliwie mało miało się muzyki w tamtych czasach, w związku z tym zdarzało mi się do kasety „You Are What You Is” jeszcze nieraz wracać.
I, nie uwierzycie, w końcu ją polubiłem.

A było to tak: w końcówce lat siedemdziesiątych Zappa utworzył w swoim domu Utility Muffin Research Kitchen (UMRK – termin z Muffin Mana (Bongo Fury) rodem), czyli własne studio nagraniowe, w którym nagrał cały materiał:

Obrazek

Oczywiście nie był w tym samoistną wyspą, towarzyszyło mu jak zwykle szerokie grono instrumentalistów (z których, znów, najbardziej znany jest Steve Vai). Ale przede wszystkim śpiewaków. Bo co by nie mówić, to akurat na tej płycie głosy wysuwają się zdecydowanie na plan pierwszy. No i właśnie, ale co to są za głosy…? Ach, brzmią one przeważnie bezwstydnie, obrzydliwie - i nieraz brzmią samodzielnie (lub w towarzystwie efektu studyjnego), ale najchętniej grupują się w zadowolone z siebie chóry, brzmią więc chóralnie, wchodzą przy tym w rozmaite interakcje, a do tego jeszcze tam i sam śmigają rozmaite wokalne chochliki… To jest jak koszmarny sen w kolorach kisielu, sen o wielogodzinnej audycji radiowej pełnej rozrywkowego, ciepłego, słodkiego repertuaru (aż trudno uwierzyć, że album trwa tylko 68 minut). Brak radiowych zapowiedzi, ale ich specyficzną głupotę i wyrafinowany „humor” przejmują same piosenki, tak że niczego nie brakuje. Monstrualny pop i pop rock, country, r&b, jakieś niby reggae, piosenka musicalowa – a wszystko z naprawdę brodwayowskim rozmachem, spiętrzenia i przewrotki, istna rewia niekiedy! Wszystko straszne, ale gwarantuję wam, że już po jednym przesłuchaniu to i owo zostanie wam w głowach, bo też chwytliwych motywów jest tu sporo: od zabawnego początku „Teen-Age Wind” (patrz początek posta; cholera, dla mnie jest w tym coś z Yes…), przez „I’m a Beautiful Guy” (mamo, co za tytuły), „You Are What You Is” (w teledysku Frank posadził Regana na krześle elektrycznym…), „Jumbo Go Away” aż po finałowy „Drafted Again”. Nie ma co, daję *** i ½ i przestaję słuchać, bo boję się że dam więcej i stracę do siebie szacunek. Nie polecam tej płyty (chyba że "Theme from the 3rd Movement of Sinister Footwear", ale to tylko trzy i pół minuty).

W następnym odcinku będzie coś wyższych lotów :D .

_________________
Tygrysie, tygrysie - czemu chodzisz w dresie?


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: ndz, 30 września 2012 10:53:14 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
ndz, 06 maja 2007 12:40:25
Posty: 13524
Skąd: Krk
to ciekawe!


antiwitek pisze:
W następnym odcinku będzie coś wyższych lotów

Podaj tytuł. :)



Frank Zappa With The Mothers Of Invention, Cruising With Ruben And The Jets (1968)
Obrazek
Chwila oddechu. Frank postanowił dać upust swojej fascynacji doo-wopem. A że ten styl był dla niego ważny (słuchanie radia amerykańskiego w latach 50. musiało zrobić swoje), powstała płyta w całości wypełniona kompozycjami słodkimi, przebojowymi, lekkimi, przyjemnie popowymi. Czegoś takiego w dorobku FZ jeszcze nie było. Dziś, po tylu latach, słucha się jej nieco dziwnie, natomiast w momencie wydania w Stanach, gdy ten styl znów wracał do łask gospodyń domowych, taki album był jawną prowokacją. Podobno rozgłośnie grały "Rubena" jako autentycznych doo-wopowców. Dopiero potem ktoś się zorientował, że majstrował przy tym Zappa. Płyta oczywiście może się podobać, choć ta stylistyka w takiej ilości niestety w pewnym momencie zaczyna nudzić. Można jednak w to wejść: mała potańcówka w takim stylu powinna dogodzić każdemu. Nawet naszym rodzicom.
Kurde, gdyby Tarantino wciągnął jakiś kawałek z tej płyty na ścieżkę dźwiękową któregoś ze swoich filmów, dziś ludzie nuciliby to pod nosem i mieli ustawione jako dzwonki w swoich telefonach.

Ocena: ***

Po latach wyszła płyta zatytułowana "Greasy Love Songs" [2010]:
Obrazek
Tutaj można poznać album w takiej formie, w jakiej został wydany w epoce (oraz bonusy). Dzisiejsza reedycja (i wszystkie poprzednie wersje cd) zawiera bas oraz perkusję dograną po latach (lata 80.). Dziwny styl, mimo wszystko, choć powiedzmy, że bardzo tego nie słychać. Ja nie słyszę.






Obrazek

_________________
http://67mil.blogspot.com/


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: ndz, 30 września 2012 11:09:27 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 09 listopada 2004 22:37:55
Posty: 24182
You Are What You is!! Muszę o tym napisać. Wszystkim bardzo polecam :D :D :D


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: ndz, 30 września 2012 21:20:37 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 09 listopada 2004 22:37:55
Posty: 24182
antiwitek pisze:
Posłuchałem jej i byłem całkowicie zdegustowany… (...) Cała reszta jawiła mi się jakimś koszmarem.

o tak!
Kupiłem tę kasetę w pierwszej liceum w ramach na chybił-trafił wybranego Zappy, z którym wcześniej miałem do czynienia tylko w literaturze o muzyce rockowej. Było absolutnie niesłuchalne :D
Po kilku tygodniach, może miesiącach, spróbowałem jeszcze raz, z takim samym skutkiem.
Przy którymś tam razie z kolei udało się dociągnąć do końca...

A potem coraz bardziej mi się niektóre kawałki podobały... potem nawet większość...
antiwitek pisze:
I, nie uwierzycie, w końcu ją polubiłem.

:D

Bardzo dawno nie słuchałem ale chyba niebawem to uczynię! Było sporo kawałków, które bardzo mi się podobały, a najbardziej chyba "Goblin Girl".
Ale w każdym razie pełną prawdą jest to, co Witek napisał, o:

antiwitek pisze:
na tej płycie głosy wysuwają się zdecydowanie na plan pierwszy. No i właśnie, ale co to są za głosy…? Ach, brzmią one przeważnie bezwstydnie, obrzydliwie - i nieraz brzmią samodzielnie (lub w towarzystwie efektu studyjnego), ale najchętniej grupują się w zadowolone z siebie chóry, brzmią więc chóralnie, wchodzą przy tym w rozmaite interakcje, a do tego jeszcze tam i sam śmigają rozmaite wokalne chochliki… To jest jak koszmarny sen w kolorach kisielu, sen o wielogodzinnej audycji radiowej pełnej rozrywkowego, ciepłego, słodkiego repertuaru (aż trudno uwierzyć, że album trwa tylko 68 minut). Brak radiowych zapowiedzi, ale ich specyficzną głupotę i wyrafinowany „humor” przejmują same piosenki, tak że niczego nie brakuje. Monstrualny pop i pop rock, country, r&b, jakieś niby reggae, piosenka musicalowa – a wszystko z naprawdę brodwayowskim rozmachem, spiętrzenia i przewrotki, istna rewia niekiedy!


Jak posłucham, to powiem, ile gwiazdek w dzisiejszych czasach!

_________________
ćrąży we mnie zła krew


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: ndz, 30 września 2012 21:53:41 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 10 listopada 2004 15:59:39
Posty: 27467
Ha! Liczyłem na Ciebie Crazy :) . I bardzo jestem ciekawy ile dasz gwiazdek!

Widziałem zresztą tę Twoją kasetę (tej samej firmy co maja - to w ogóle ciekawe, że znajomość twórczości danego artysty zależała kiedyś od widzimisię pirata...) i wiem że ma trochę inaczej wydrukowaną okładkę :) .


pilot kameleon pisze:
Podaj tytuł.


Wszystko w swoim czasie, ale chodzi o dość obszerne dzieło :wink: .

_________________
Tygrysie, tygrysie - czemu chodzisz w dresie?


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: ndz, 30 września 2012 22:33:14 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
ndz, 06 maja 2007 12:40:25
Posty: 13524
Skąd: Krk
antiwitek pisze:
chodzi o dość obszerne dzieło

krowa?

_________________
http://67mil.blogspot.com/


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: ndz, 30 września 2012 22:35:36 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 10 listopada 2004 15:59:39
Posty: 27467
E, myślałem, że wpisałeś tu od siebie coś nowego... :P

_________________
Tygrysie, tygrysie - czemu chodzisz w dresie?


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: ndz, 30 września 2012 22:38:29 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
ndz, 06 maja 2007 12:40:25
Posty: 13524
Skąd: Krk
antiwitek pisze:
E, myślałem, że wpisałeś tu od siebie coś nowego...

teraz pauza będzie. kto wie, czy nie jakaś długa. zobaczymy.

_________________
http://67mil.blogspot.com/


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: pt, 12 października 2012 20:39:02 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
ndz, 06 maja 2007 12:40:25
Posty: 13524
Skąd: Krk
dziwnym trafem dojechałem do początku lat 80. jeszcze sto płyt przede mną. ugrfff...

_________________
http://67mil.blogspot.com/


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: sob, 13 października 2012 19:14:14 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
ndz, 06 maja 2007 12:40:25
Posty: 13524
Skąd: Krk
Przeglądając stare numery "Tylko Rocka" trafiłem na ciekawy fragment. Czesław Niemen w rubryce "Przesłuchanie" (nr 2/2002) mówi na temat Zappy:
Frank Zappa. Najbardziej inteligentny rockman świata. Zdjąłem z półki "Joe's Garage", ale mógłby to być album "Apostrophe". Zappa posiadł umiejętność dowcipkowania w aranżu i składania z muzycznych klocków, często bardzo różnych, ciekawych całości. I jestem pewien, że nie robił tego dla popisu. To był bardzo utalentowany kompozytor... Kiedyś nawet miałem w rękach partyturę jego utworu. W latach osiemdziesiątych Zappa zamierzał nagrać w Polsce płytę z katowickim WOSPR'em. Ja miałem grać partie moogowe...
"Tylko Rock", nr 2/2002, Tak przemogłem moje dolce belcanto..., Przesłuchanie Czesław Niemen, rozmawiał W. Królikowski, str. 45.

Powyższy fragment przypomina mi pewną historię, o której na początku swojego tekstu "Zappatrzenia" pisze Filip Łobodziński. Artykuł opublikowany został w magazynie "Rock&Roll" (12/1990):
Inaczej mogło wyglądać uczczenie przez R&R dwudziestopięciolecie istnienia nazwiska Franka Zappy w rockowym biznesie. Nasza wtyka dopadła interkontynentalnego absurdystę w barku hotelu Intercontinental w Pradze i zaklepała ekskluzywny wywiad. Gdy jednak do Zappy dotarło, że firma Rock&Roll jest inicjatywą polską, a nie czeska odmówił jakiejkolwiek dalszej konwersacji. Jest człowiekiem chorobliwie wymagającym. Ponoć parę lat temu, po uprzedniej wymianie korespondencji, wylądował na Okęciu przybywając w celu dogadania wspólnych nagrań z katowicką orkiestrą symfoniczną. W Warszawie nikt na niego nie czekał, zaś dwie kolejne panie w Pagarcie (dokąd dotarł dzięki łasce taksówkarza naciągacza) nie mogły mu w żaden sposób pomóc ze względu na zerową znajomość angielskiego. W końcu pojawiła się jakaś miłosierna dusza, która przesylabizowała Frankowi z kartki dobrą radę: „Lepiej niech pan pojedzie do Katowic, tam może ktoś coś wie.” Zappa z rady skorzystał a rebours: odwrotną poczta udał się do domu. A Pagart dalej żyje długo i szczęśliwie.

W całości można przeczytać go tutaj.

_________________
http://67mil.blogspot.com/


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: sob, 13 października 2012 23:02:21 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
ndz, 20 stycznia 2008 14:09:14
Posty: 4202
Jeżeli ta historia jest prawdziwa, to niezły odlot. Chodzi mi konkretnie o te panie z Pagartu - poznały Franka Zappę i nawet nie zdają sobie z tego sprawy :D

_________________
gdzie znalazłeś takie fayne buty i taką fayną głowę?


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: sob, 13 października 2012 23:07:37 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 10 listopada 2004 15:59:39
Posty: 27467
Cholerka, musiałem kiedyś o tym czytać, ale całkiem wyleciało mi z głowy! Ale ta wizja Franka na Okęciu nie jest mi obca...

_________________
Tygrysie, tygrysie - czemu chodzisz w dresie?


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: pn, 22 października 2012 21:13:01 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
ndz, 06 maja 2007 12:40:25
Posty: 13524
Skąd: Krk
Frank Zappa, Uncle Meat (1969), Official Release #6
Obrazek

Luźnej pisaniny odsłona kolejna. Dziś będzie bałagan, tak jak na omawianej płycie.
Najpierw okładka. Dziwaczna w cholerę. Podobnie jak zawartość tej płyty. Męczę ją już dłuższy czas i nadal nie mogę dojść do tego, co zawierać powinna recenzja. Może powinienem odwlec wpis? Albo go zarzucić? A może Witex wpadnie i rzuci swoimi tropami?
"Uncle Meat" miał być soundtrackiem do filmu (pojawił sięze sporym opóźnieniem, gdyż dopiero w 1987 roku). A jest dwupłytowy album, który funkcjonuje bez obrazu, w każdym razie w moim przypadku. Zaczyna się tytułowym tematem (zgrabny kawałek), przechodzi w gadaninę Suzee Creamcheese i wpada w mocno jazzowo-gitarową historię zatytułowaną "Nine Types Of Industrial Pollution". Mocno zakręcony to fragment muzyki, aczkolwiek to sympatyczne dźwięki dla kogoś, kto przebrnął przez dotychczasowe płyty. Później pojawia się wielce chwytliwy "Dog Breath" (potem wariacje na temat), miażdżąca przeróbka "Louie, Louie" czy wspaniały wprost fragment z Ianem Underwoodem w roli głównej. Zapiera to dech w piersi. Pomiędzy tym wszystkim jest wiele fragmentów, które z kolei mogłyby się bez problemu znaleźć na "Lumpy Gravy" i nie odstawałyby. Czuć jakieś nawiązania do wcześniejszych płyt ("Dog Breath"? "Sleeping In A Jar"?), są wycieczki w przyszłość ("Mr Green Genes" z "Hot Rats") wiele tu muzyki ilustracyjnej, dawnej ("The Uncle Meat Variations", ale tylko do pewnego momentu), doo-wopa ("Electric Aunt Jemma") czy też drobnych i ulotnych fragmentów. Jest również łączenie materiału studyjnego z koncertowym.
Wszystko super, ale nie składa się to wszystko w olśniewające dzieło, choć chęci po mojej stronie są potężne. Niemniej jednak muszę dodać, że czerpię z poznawania tej płyty wiele satysfakcji. Ogrom materiału zapewnia naprawdę wiele atrakcji.
Zarzut: Płyta wydaje mi się "rozwarstwiona". Wszystkie płaszczyzny (m. in. poszczególne utwory), w tym nawet partie poszczególnych instrumentów wydają mi się "osobne". Może nie we wszystkich kompozycjach, ale w ich większej części. Trudno to wytłumaczyć, niemniej jednak każdy odsłuch wiąże się u mnie z próbą nadania tej płycie porządkującego sensu, zbudowania z niej jakiejś całości, połączenia tych odległych, często sprzecznych fragmentów. Jak do tej pory mi się to nie udało.

Wróćmy do samej muzyki. Koniec płyty to "King Kong", który miażdży, wypruwa słuchaczowi flaki i nie wiem co jeszcze.... Tutaj nie mam problemów. Niesamowita, długa, swobodna i wielowątkowa kompozycja, w której najistotniejszą rolę gra muzyka. Frank w najpyszniejszej odsłonie instrumentalnej.

Ocena: ***1/2

Drobnymi literami:
"The Legend Of The Golden Arches" na wysokości 1:57 pojawia się chrząknięcie, jakie można później usłyszeć na "Weselu" Tymona & Tranzystorów. :)

Ciekawostka: 40 minut bonusowej gadaniny można uświadczyć na edycjach cd. Do przewinięcia każdorazowo raczej.
Ciekawostka 2: Winylowy miks nigdy nie ma być wydany na kompakcie.

_________________
http://67mil.blogspot.com/


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: pt, 23 listopada 2012 15:24:25 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
ndz, 06 maja 2007 12:40:25
Posty: 13524
Skąd: Krk
Frank Zappa, Mothermania (1969), Official Release #7
Obrazek

Niby nie powinno tej płyty być w tych recenzjach. Traf jednak chciał, że po ponad 40 latach od chwili wydania rodzina Zappy postanowiła uzupełnić serię ostatnich reedycji tym premierowo niepremierowym materiałem. Tak, to debeściak. Pierwszy raz na cd. Należy on jednak do chlubnej grupy płyt o kompilacyjnym charakterze, która pomimo że prezentuje materiał znany, to jednak jako całość jest pewną nowością. Utwory pomimo tego, że pochodzą z różnych płyt w nowym układzie smakują jednak inaczej. Są nieco inne miksy, jest to po prostu nowa opowieść utkana ze znanych elementów. Doskonale się tego słucha. Właściwie, jakby to był premierowy materiał. Na płytę wciągnięto utwory z "Freak Out!", "Absolutely Free" i "We're Only in It for the Money", zatem jeśli ktoś lubi te płyty, może śmiało sięgnąć również po "Mothermanię". Zgodnie z zasadą: Przeżyjmy to jeszcze raz.
Jak wspomniałem niektóre z utworów różnią się miksami od wersji znanych z regularnych płyt (zwłaszcza "Idiot Bastard Son"), są też inaczej "przycięte". W sumie fajnie że to wydali, choć niewątpliwie jest to rzecz dla ultrasów.

Ocena: ****

Tracklista:
1. Brown Shoes Don't Make It [Absolutely Free]
2. Mother People [We're Only in It for the Money]
3. Duke of Prunes [Absolutely Free]
4. Call Any Vegetable [Absolutely Free]
5. The Idiot Bastard Son [We're Only in It for the Money]
6. It Can't Happen Here [Freak Out!]
7. You're Probably Wondering Why I'm Here [Freak Out!]
8. Who Are The Brain Police [Freak Out!]
9. Plastic People [Absolutely Free]
10. Hungry Freaks, Daddy [Freak Out!]
11. America Drinks and Goes Home [Absolutely Free]

_________________
http://67mil.blogspot.com/


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: pn, 26 listopada 2012 21:58:58 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
ndz, 06 maja 2007 12:40:25
Posty: 13524
Skąd: Krk
Frank Zappa, Hot Rats (1969), Official Release #8
Obrazek

W wypadku tej płyty nie muszę za bardzo się wysilać, zatem szybciutko... To najbardziej znane wydawnictwo Franka Zappy nie tylko na tym forum. Przynajmniej takie odnoszę wrażenie. W każdym razie sam od niego zaczynałem i na długie lata poza nie nie wykraczałem. Zatem wyżyny, ale jednak odległe od większości produkcji Franka. Z tego powodu ta płyta bardzo może ograniczać. Wszystko inne z dorobku Zappy wydaje się być "gorsze". Przez wiele lat tak właśnie to odbierałem.
Ten album otwiera w dorobku artysty nowy nurt. Nurt stricte muzyczny, w pewien sposób ukierunkowany na jazz. Typowo zappowski, ale jednak erudycyjny muzycznie. Nie żeby poprzednie płyty takie nie były. Tutaj rządzi jednak muzyka.
Sześć kompozycji, przeważnie długich, naładowanych improwizacjami, swobodną grą całego zespołu, pięknymi solówkami. Tutaj Zappa dał prawdziwy popis. Troszkę już ogarnąłem jego dorobek i mogę powiedzieć, że "Hot Rats" to są absolutne wyżyny jego gitarowego kunsztu. Wokalnie pojawia się Kapitan Beefheart, który jedzie alfonsem pełną gębą. Idealnie wbija się w muzykę tą swoją rubasznością. Gra tu oczywiście nie tylko Zappa. Solówki Sucarecana Harrisa czy Jeana Luc Ponty'ego również nie nudzą nawet przez moment. Również sporą robotę odwala Underwood.
Podsumowując: wzorzec jazzrockowego grania, ale bez jazzrockowego zadęcia. Na luzie, z humorem i pełną swobodą. Kurde, zawsze wydawało mi się, że tylko spięci ludzie noszą wąsy. Bzdura. Zappa najlepszym dowodem.

Ocena: *****

_________________
http://67mil.blogspot.com/


Na górę
 Wyświetl profil
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 189 ]  Przejdź na stronę Poprzednia  1 ... 7, 8, 9, 10, 11, 12, 13  Następna

Strefa czasowa UTC+1godz. [letni]



Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości


Nie możesz tworzyć nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Przejdź do:  
Technologię dostarcza phpBB® Forum Software © phpBB Group