Ultima Thule

Forum fanów Armii i 2TM2,3
Dzisiaj jest sob, 18 listopada 2017 22:06:53

Strefa czasowa UTC+1godz.




Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 202 ]  Przejdź na stronę Poprzednia  1 ... 9, 10, 11, 12, 13, 14  Następna
Autor Wiadomość
 Tytuł:
PostWysłany: wt, 28 lutego 2012 16:43:33 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 09 listopada 2004 23:22:22
Posty: 26664
Skąd: rivendell
Om słyszałem ,miałem pożyczone od Lidki Pospieszalskiej...a San Szip mam i to niezły czad jest !

_________________
ooooorekoreeeoooo


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: wt, 28 lutego 2012 22:08:23 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pn, 26 stycznia 2009 20:04:57
Posty: 13194
Skąd: ze wsi
:D


Obrazek

53. Sleflessness (1963/1965)

****

Skład pierwszy:
Coltrane - tenor
McCoy - piano
Garrison - bas
Roy Haynes - perkusja

Skład drugi, w utworze tytułowym:
John Coltrane - tenor
Pharoah Sanders - tenor
Donald Garrett - klarnet basowy i kontrabas
Mccoy Tyner - fortepian
Elvin Jones - perkusja
Frank Butler - perkusja i instrumenty perkusyjne
Juno Lewis - instrumenty perkusyjne


Dwa pierwsze utwory: My favorite things i I want to talk about you pochodzą z koncertu w Newport z roku 1963 i były już oceniane, przypomnę, że ta wersja Ulubionych rzeczy jest jedną z moich ulubionych rzeczy. Jest taka jaką ma być :!: :D : kojąca i taneczna. Mistrzostwo techniczne łączy się w tych kilkunastu minutach z cudowną wonią Libanu. Cóż, można od tego zwariować.
Niestety, w utworze tytułowym denerwują mnie na pierwszy plan wysunięte dzwoneczki i bongosy. Sam pomysł, podobny do np. After the rain, zagrany w większym składzie. Wielość rytmów niekoniecznie trzeba osiągać przez wielość instrumentów perkusyjnych, tak więc to wspólne ekstatyczne improwizowanie w tle, nie przekonuje mnie, a nawet drażni.
Dwa pierwsze utwory: *****
tytułowy: **3/4

_________________
un tralala loco


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: ndz, 04 marca 2012 21:08:10 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pn, 26 stycznia 2009 20:04:57
Posty: 13194
Skąd: ze wsi
Obrazek

54. Infinity (1965/1966/1972 :raygun )

**

Bardzo wszystkich przepraszam, ale nie jestem w stanie opisać nawet muzyków, którzy wzięli udział w nagraniu. Ta historia jest prosta, ale i smutna. Z utworów nagranych przez Trane'a, pani Coltrane w 1972 roku zrobiła jakiś franken bigos, tnąc partie muzyków, wycinając je i zastępując innymi, nakładając jakieś boliłudzkie klimaty w postaci smyczków, harf i pimponków, miejscami osiąga nawet ciekawe efekty brzmieniowe, okraszane jakąś nielichą tandetą. Sęk w tym, że nie wiem co jeszcze ją powstrzymało zmienić imię męża na, powiedzmy, Ravindra Svarup i tak wydać te płytę? I dlaczego swoje imię uwidoczniła w postaci jakiegoś mini petit? I dlaczego owa skromność nie wypłynęła podczas maltretowania męża? :(
W sumie na pewno nie jest to płyta Johna Coltrane'a. Na pewno artyści po swojej śmierci, powinni pilnować swoich żon bardziej, niż za życia. I w ogóle, jak tak można?

_________________
un tralala loco


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: ndz, 04 marca 2012 22:43:12 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 02 sierpnia 2011 12:48:04
Posty: 1558
Skąd: Warszawa
Pietruszka pisze:
utworów nagranych przez Trane'a, pani Coltrane w 1972 roku zrobiła jakiś franken bigos, tnąc partie muzyków, wycinając je i zastępując innymi, nakładając jakieś boliłudzkie klimaty w postaci smyczków, harf i pimponków

No, to mnie zniechęciłeś do tej płyty :?

Pietruszka pisze:
Na pewno artyści po swojej śmierci, powinni pilnować swoich żon bardziej, niż za życia

Może ją potem straszył po nocach? :wink:
Faktycznie nie powinno się ingerować w dzieło artysty, zwłaszcza że on już nie mógł swej opinii na ten temat wyrazić.


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: wt, 10 kwietnia 2012 11:47:48 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pn, 26 stycznia 2009 20:04:57
Posty: 13194
Skąd: ze wsi
Obrazek


55. Concert in Japan (1966)


*****


John Coltrane - saksofony: sopranowy, altowy,tenorowy, klarnet basowy, instrumenty perkusyjne
Alice Coltrane - fortepian
Pharaoh Sanders - saksofony: altowy,tenorowy, klarnet basowy, instrumenty perkusyjne
Jimmy Garrison - bass
Rashied Ali - bębny



Japończycy to fajni ludzie.
Ich świat kręci sie w odwrotną stronę od naszego, a ich głębokie uwielbienie i oddanie do wszystkiego, co okrada duszę Indianina, budzi we mnie podziw połączony z respektem. Ta admiracja, ich wewnętrzny spokój z zewnętrznym skrzywieniem musi pochodzić z jakiś ukrytych przyczyn. Czy to ciągłe zagrożenie ze strony podmorskich potworów, czy ryzyko spotkań z Godzillą i jej kosmicznymi świekrami - nie wiem. Pewne jest tylko to, że będąc tam mamy prawdopodobieństwo graniczące z nieustępliwą pewnością, że każdy centymetr tamtego świata, każda minuta tamtego czasu: została zarejestrowana za pomocą tamtejszych wynalazków. Podejrzewam, że Japończycy wymyślili oko, a być może i ucho właśnie po to, by pasowały do ich mikroskopijnych, śmiercionośnych zabawek.
Być może wszystko to, wraz z zagrożeniem kataklizmami, trzęsieniami ziemi, tsunami, teściowymi pochodzącymi w linii prostej od samurajów, którzy bez zmróżenia okiem rozprówali sobie (innym także) brzuchy, kiedy ich honor przez np. zaplamioną chusteczkę, został niodwołalnie, niewypieralnie skleksiony, wszystko to powoduje, że każdy Japończyk i każdy gość Japończyka jest uwieczniony jakąś audycją w radio, na płycie, jakąś szpaltą w prasie, lub tylko opasłą kroniką domową.

I dlatego, po tournee zespołu Colrane'a w Japonii z roku 1966, zaczęły ukazywac się płyty, albumy i wydawnictwa, na których zostały uwiecznione.

Dlatego bardziej skłaniałbym się do tego, że prędzej wypłyną na powierzchnię własnie jakieś utwory z tamtąd, niż z zapuszczonego, zapyziałego, z kelnerkami podkochującymi się w szoferach, Village vanguard. Tam nikt nie myślał o wciśnięciu przycisku "rec", gdzie w Japonii człowiek rodzi się z tym wewnętrznym, kantowskim imperatywem, niczym z ajakimś czwartym okiem i piątym uchem.

Nagrania te zostały wydane w boksie czteropłytowym "Live in Japan".
Sam tytuł przeczy już przesądom czerwonoskórych, jakoby użycie przycisku "rec", odbierało duszę. Choć znów, być może, co trzeba Indianom oddać, tak dzieje się tylko w tamtym odległym i innym świecie Godzilli?

O live in dżapan napiszę jeszcze, teraz tylko o trzeciej płycie tego wydawnictwa, które zwie się Konsert w Dżapan.

Na płycie trzy uwtwory, z czego zespół gra we dwóch. Pierwszy to występ pod tytułem "Spoken Introduction (IN JAPAN)", gdzie podobny instrument wydobywający dźwięki bliskie ludzkiemu głosowi, doprowadza do ekstazy tamtejszą publiczność, "konajohaha kąsajo to kąsatoja" i "elea... e! RaśidAli... e cuźiuj te Dźimi Garrizon, e mis Alise, e ciuźiuj e bohater Pol Sander a ciomajcio Dżon Koltrej..."
wszystkie te nadludzkie wyczyny, te dźwięki zbliżające się w swoim kształcie do ludzkiego głosu znaczą, że mamy do czynienia z prawdziwym wirtuzem tego zapomnianego instrumentu. Wszystko przebija artykulacja, która w tajemniczy sposób zbliża się do wygrania czegoś na kształt nazwisk, taktak!, muzyków! Uważam, że ten muzyk jest gwiazdą w swoim kraju. I ja też chciałbym mieć z nim plakat w pokoju.

Drugi temat to znany i piękny "Peace on earth".
Jest to temat w gruncie głeboko teologiczny i tylko od słuchacza zależy, czy przetrwa te banalne związki i ruszy dalej w świat z muzykami. Bo wszystko rozpoczyna sie łagodnymi pasażami, smukłymi i czystymi liniamii palców kreślących niebo, toczących świat, spokojne i przewidywalne zjawiska takie jak sunące na niebie czołgi, apetyczne kobiety, atleci z gigantycznymi marchewkami, kremowo białe wiatraki z piany, z urwanymi skrzydłami, które zamieniają się pod dziwną siłą w rogaliki i bagietki z niebieskiej piekarni... suuuną sobie.... suuuuną dalej....i nikt nie powie, że pękate uda są bez szans z wozem opancerzonym, a rogalik przegrał z rogatym atletą. Może grają w jednym zespole? No przecież saksofonista czasami, najpierw powoli, wprowadza małe zamieszanie w przewidywalność melodii. To tu to tam pojawia się jakiś pieprzyk na pośladku, atleta robi jednoznaczne gesty marchewką, wkłada sobie ją do ust i obłoki podpisują go "Wirtuozo". Ach! ten saksofon! Zajączki białe na niebie subtelnie rozjechane przez gąsiennice, czołgowe stonogi. Przepięknie zaaranżowane spotkanie!
Tu nikt nie krzywi się z wykręconych w stawie rąk!
Tu nikt nie grymasi z odłączonej łękotki zmierzające prosto między piersi blondyny, której włosy oplatają wirujące łopaty wiatraków. I tylko delikatny uśmiech rozbryzganego zajączka, który czmyha na wszystkie strony świata, niczym cukrowa wata, osładza błękit.
tiu tiu tiu to nadlatuje Pharaoh... jest tkliwy jak nigdy, jest jak nie on, jest łagodny jak krowa ze skrzydłami. Ale i tak krowa jest kuzynką złowieszczej sroki, więc ostrodźwięki skrzą się połykane przez dzieci. Ajajaj... filozofia temat rzeka, jak rodzina i miłość.

Trzeci utwór "Meditations/ Leo" według opisu na płycie koniec świata trwa 44:44.
Na tym można by zakończyć jego charakterystykę. I ja nie ulęknę sie przed tym.

Płyta wyjątkowa!

_________________
un tralala loco


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: pn, 23 kwietnia 2012 12:14:43 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pn, 26 stycznia 2009 20:04:57
Posty: 13194
Skąd: ze wsi
Obrazek

56. Expression (1967)



John Coltrane — tenorowy saksofon, flet
Pharoah Sanders — flet, piccolo, tamburyn
Alice Coltrane — fortepian
Jimmy Garrison — kontrabasss
Rashied Ali — perkusja

*****

Bardzo lubię tę płytę. Łączy ona delikatność i półzwierzęce półnasycenie.
Na płycie tytułowy utwór, to ostatnie studyjne nagranie Coltrane'a. Myślę, że jego kolejnymi nagraniami, mogłyby być improwizacje wykonywane pozornie solo, albo na jakimś statku.
Album otwiera Ogunde, jak pogodzone sprzeczności delikatny choć niesflaczały temat. W grze Trane'a czuję jakąś dojrzałość, jak nabrzmiałe chmury przed deszczem. Znawcy mówią, że miał najlepszy czas za sobą, że schorowany i wypalony stracił coś ze swojej oszałamiającej techniki gry, że... same bzdury!
Improwizacja poświęcona nigeryjskiemu muzykowi, menedżerowi teatralnemu, Hubertowi, chwyta za serce.
ObrazekObrazek
Tak w Nigerii wyglądają ludzie sztuki.

Jest coś w tej muzyce machającego, pozdrawiającego stamtąd.
To be Coltrane chwyta za flet! Nieśpieszny szemrzący, szumiący aż do wzburzenia. Z cichym bohaterem: Garrisonem.

a później jusz z góóóóóórkiiii!

cdn.

_________________
un tralala loco


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: pn, 23 kwietnia 2012 12:30:25 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
czw, 03 grudnia 2009 09:47:39
Posty: 485
Pietruszka pisze:
Bardzo lubię tę płytę.

A ja w tych późnych Koltrejnach, to jakoś wciąż nie mogę się przekonać do Pani Koltrejnowej... :?

_________________
Robert Skruszony


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: śr, 16 maja 2012 10:57:21 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pn, 26 stycznia 2009 20:04:57
Posty: 13194
Skąd: ze wsi
Obrazek

57. Interstellar space (1967)


:serce

Człowiek, który kocha upodabnia się do kochanego.
Dźwięki nie są ustawiane. Nie mają swoich miejsc. Cisną swoje małe obietnice, które gasną i rozbłyskują w zupełnie innych przestrzeniach. Tam jest inaczej. Tam nie można udawać, że potrafi się jeździć na rowerze, pływać czy tylko latać. Teraz jest jasne także to, że nogi nie pomogą, ręce nie zasłonią, głowa nie wymyśli, brzuch się nie nasyci, na spotkanie nikt nie przyjdzie i opadnie cały pozorny porządek oczekiwań, znanych następstw, a podniesie się to, co jest. Nie ma przyczyny i nie ma skutku. Liczy się ten niepokój wyczekiwania. Ciągły ruch tego co naprawdę gna i prawdziwy bezruch tego co pozornie się porusza. To co gna - nie ucieka. To co tkwi w bezruchu - sieje zamęt.
Jazz to spotkanie, wspólnota.
Odchodzenie od pozostającej we wzajemnych relacjach improwizacji klasycznego jazzu do improwizacji oderwanych, pozbawionych swojego centrum, metrum, gdzie konsonans nie chce rozwiązania w upadku, a wzniecającego go nieustannie podmuchu - to pozornie jest droga osamotnienia. Pozorność polega na tym, że niezrozumienie jest jej celem. Ta muzyka nie może całkowicie uciec przed znaczeniem i metaforą. Jej obrzędowość jest wyraźnie wyczuwalna. Tu konieczne są pewne określone zachowania. Liść brzozy czy piasek spod stóp - to nie jest bez znaczenia. Ale te znaczenia, treść, występuje ze względu na nas. Sama, idealnie nieporuszona gna nie uciekając.
Jej droga jest drogą, którą przebył zakochany nie ruszając się z miejsca.
Muzyka, która kocha upodabnia się do kochanego.



Bardzo dziękuję za czas i uwagę.

_________________
un tralala loco


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: czw, 17 maja 2012 08:13:18 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 09 listopada 2004 23:22:22
Posty: 26664
Skąd: rivendell
...pięknie powiedziane

_________________
ooooorekoreeeoooo


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: pt, 18 maja 2012 06:50:02 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
czw, 03 grudnia 2009 09:47:39
Posty: 485
Tak, piękne podsumowanie całego Coltrane'a.
Dziękujemy Pietruszko :piwo:

_________________
Robert Skruszony


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: ndz, 20 maja 2012 16:54:13 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
ndz, 06 maja 2007 11:40:25
Posty: 13524
Skąd: Krk
Dzięki!

_________________
http://67mil.blogspot.com/


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: wt, 22 maja 2012 13:02:14 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pn, 26 stycznia 2009 20:04:57
Posty: 13194
Skąd: ze wsi
P.S.


Obrazek


The Olatunji Concert: The Last Live Recording


:serce

Ostatnie znane koncertowe nagranie Coltrane'a. Jest nie do objęcia. Jest jakąś obrazą. Jakimiś pięknymi wyzwiskami, jak "pustułka", "maślak"... "pokrzywa", "podbiał"...
Taka długa droga. Tylko Ogunde i My Favourite Things. Dwa miejsca. Pierwsze z tych ostatnich, drugie z tych pierwszych. I jeśli Ogunde zostało tym czym było, to My Favourite Things stało się czymś jakby na przekór sobie.

Tu nie ma czekania na śmierć.

Ten obrzęd trwa.
Ktoś przyniósł koniczynę. Ktoś, w kieszeni spodni dotyka ukrytego kawałka drzewa. Ktoś smakuje błękitny kamyczek. A niżej, niziutko, pan z drugiego rzędu na dzisiejszy dzień włożył skarpetki na drugą stronę. Pani z tylnego rzędu pociera serdecznym palcem górną wargę, nos, brew, drugi raz brew, ciągnie ucho, znów nos, znów ucho i znów usta, ogromny Murzyn już rozumie, już przeczytał i już wie. Nikt się nie czesał. Nikt nie mył stóp. Przy mnie pluł w dłonie.
... i to wszystko, wyraźnie choć przykryte jeszcze przez jakiś lęk, który jednak już charczy, już się kończy - w tej muzyce.
To wyzwolenie od niego nie jest łatwe.
On wrósł w moje oczy.
On jest zapisany w mojej metryce.
On pilnuje mnie w tobie..
Ale kim jest teraz, kiedy On gra swoją śmierć?


Muzyka musi oszaleć dla nas, abyśmy mogli pozostać.
Podczas, gdy my wiemy, że coś "jest", albo "może być", i nazywamy to "zdrowiem", ona musi dotrzeć tylko tam gdzie jest. Gdzie będzie. Tam poczeka, aż pewnego dnia, pomęczymy się troszkę pomęczymy i staniemy obok. Ja wierzę, że zatańczymy!

Immanuelu Kant!
Dla którego, by przeżywać sztukę, nieważne jest czy jej postacie i przedmioty istnieją, czy nie istnieją - Poznaj swoje Imię!
Poznaj Dziewczynę z chabrami pod poduszką.
Poznaj Zielone Drzwi z przymkniętymi Oczami.
Co powiesz Dziecku Anioła, które bawi się powietrzem?
Ta Muzyka wierzy w ciebie, że istniałeś.


Tak jestem pacjentem Niezapominajki.
Siostra Mosiężkna Klamka robi ratujący życie zastrzyk.
Grab głaszcze skronie i mruczy..."już dobrze.... już dobrze..."


Czy każdy obrzęd to próba porządkowania nienazwanego?

Czy każdy ma swoją granicę wrażliwości?

Coltrane jest po obu jej stronach. Przechodzi z jednego kąta pokoju do drugiego.
Rysuje na ścianie.
Drapie znaki.
Których może nikt nie odczyta?
Które stracą swoje kontury?
A ich znaczenia osiągną czytelność wspomnień i cierpienia?
Świat nie jest więzieniem.
Świat który niesie muzyka wyrywa się.
Jest poza skalą.
Nie jest bardzo dobry jak chleb. Nie jest dobry jak sen. Nie jest dostateczny jak kąpiel. Nie jest niedostateczny jak wypłata. Jego części go przerastają puszczone w serce i umysł, jak nowo-narodzone: bezbronne i obezwładniające. Są nadzieją i rozczarowaniem. Są miejscem spotkania i polem zagłady.
Czy jest jakieś zielone przejście? Czy za nim będzie właśnie to, czy nie to?
Kolejny pokój? Kolejny świat?
Sztuka dąży do śmierci. Starzeje się. Zatrzyma się w końcu w miejscu, w którym nikt dalej jej nie przepuści. Takiej jaka jest i takiej jaką chciałaby być.
... a wtedy my będziemy jej świadkami...

_________________
un tralala loco


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: wt, 22 maja 2012 15:40:09 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
ndz, 10 kwietnia 2011 17:14:16
Posty: 5672
Amen.
Chcę tam być!
:morella


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: śr, 23 maja 2012 08:52:50 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
ndz, 06 maja 2007 11:40:25
Posty: 13524
Skąd: Krk
Pietruszka pisze:
The Olatunji Concert: The Last Live Recording


Pietruszka pisze:
Tu nie ma czekania na śmierć.


Zawsze wzdychałem do tej płyty. Zawsze chciałem ją mieć, zawsze chciałem poznać. Nie znając muzyki imponowała mi czasowa zawartość. Że odlot po sam kres, bo w istocie tak było. Potem płyta zniknęła ze sklepu. A ja czuję, że jestem gotowy.

anastazja pisze:
Amen.

_________________
http://67mil.blogspot.com/


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: śr, 23 maja 2012 10:18:37 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pt, 29 lutego 2008 19:49:42
Posty: 3121
Skąd: się biorą muszki owocówki
Dziękuję Pietruszko!

_________________
W jednej ręce granat,
w drugiej nóż... i już!


Na górę
 Wyświetl profil
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 202 ]  Przejdź na stronę Poprzednia  1 ... 9, 10, 11, 12, 13, 14  Następna

Strefa czasowa UTC+1godz.



Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości


Nie możesz tworzyć nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Przejdź do:  
Technologię dostarcza phpBB® Forum Software © phpBB Group