Ultima Thule

Forum fanów Armii i 2TM2,3
Dzisiaj jest pt, 21 września 2018 08:41:21

Strefa czasowa UTC+1godz. [letni]




Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 28 ]  Przejdź na stronę 1, 2  Następna
Autor Wiadomość
PostWysłany: wt, 15 listopada 2011 17:47:32 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 10 listopada 2004 15:59:39
Posty: 24799
Nigdy nie wiedziałem co to jest ten FUNK. Przykładałem ucho do „Overpowered By Funk” The Clash, ale nie mogłem skumać. Nie znosiłem tego numeru. Nie pociągał mnie James Brown. Nie interesowałem się też specjalnie Red Hotami, bo może wcześniej bym wiedział. Że pomału łapię o co idzie słuchając po prostu Hendrixa czy Zappy. A ostatnio, m.in. pod wpływem lektury autobiografii Milesa Davisa, postanowiłem wreszcie lepiej zapoznać temat. Padło na Sly and the Family Stone i Funkadelic. I trochę innych rzeczy, którym chciałem poświęcić ten wątek.

Na początek Funkadelic.

Funkadelic założył George Clinton. Dobrze że nie Bill. Miał to być zespół akompaniujący grupie Parliament. Ale w rezultacie powstał obszerny skład, który występował razem i tylko płyty wydawał pod różnymi nazwami. Na koncertach było sporo czystego grania – i to był Funkadelic – oraz ogólna wixa na wiele głosów – i to był Parliament. Dobrze słychać ten rozdział na koncertówce nagranej w 1971 (wydanej w 1996). Płyty Funkadelic, zwłaszcza z początku, mimo że z wokalami, to też zorientowane były głównie na muzykę, zawierały dużo fajnego, jamowego grania, jakieś eksperymenty, odjazdy, a przy tym zero trąbek. Podobają mi się, bo jest w tym wszystkim dużo takiej niewymuszonej muzykalności.

"Funkadelic" (1970)

Obrazek

Mommy, What's a Funkadelic? 9:08
I Bet You 6:10
Music for My Mother 6:19
I Got a Thing, You Got a Thing, Everybody's Got a Thing 3:50
Good Old Music 8:01
Qualify & Satisfy 5:16
What Is Soul 8:40

Na początku zagaduje dziwny głos. Bo Funkadelic podobno przyleciał z kosmosu. Potem małe intro i wchodzi pierwszy numer. Brzmi jak całkiem luźno zagrany „If 6 Was 9” Jimiego Hendrixa. Za chwile pojawią się zresztą nawiązania tekstowe. No i aura jest bardzo podobna, wow! Brzmienie jest takie pluszowe, głębokie, wytłumione choć mocne, trochę jakby grali pod podłogą, albo we śnie, mocno rozluźnieni. Bębny trochę z tyłu, dobry bas centralnie i dwie gitary – z lewej i z prawej – mmm, jak sobie grają. Dużo głosów, śmiechów, efektów, pogłosów. A głos snuje swoją podejrzaną historię. No i tak przez prawie 10 minut. Dla mnie ok, może nie dzieją się jakieś olśniewające rzeczy, ale jest bardzo fajnie.
Następne numery są nieco bardziej zwarte, bardziej piosenkowe. Choć też nie wszystkie. Sporo fajnych, swobodnych wokali – w tym te niskie głosy, co zawsze w funku muszą być (np. w „I Bet You”). Groove taki raczej nienachlany ale wyraźny, dość wolny, z przyspieszeniami, wciągający. I w sumie sporo się dzieje, sporo charakterystycznych momentów, mimo, że część utworów wydaje się być wariacją tego pierwszego. Bardzo Hendriksowskie jest to wszystko, dużo świetnej gitary (Eddie Hazel!), dźwięki latają znajomo między głośnikami, dziwne efekty brzmieniowe… Bardzo fajna płyta. ****, ale polecam każdemu, można próbować bez lęku.

"Free Your Mind… And Your Ass Will Follow" (1970) -

Obrazek

Free Your Mind and Your Ass Will Follow 10:00
Friday Night, August 14th 5:20
Funky Dollar Bill 3:14
Wanna Know If It's Good to You 5:54
Some More 2:55
Eulogy and Light 3:29


- czyli czy można zrobić całą płytę gdy wszyscy muzycy są stale na kwasie. Okazuje się, że tak. Chociaż wzmiankowaną okoliczność słychać w każdym dźwięku, a zwłaszcza w sposobie zrealizowaniu muzyki. Na przykład w tytulaku. Poszczególne partie, gdy już numer się rozkręci, wydobywane w zapamiętaniu (zapomnieniu?) z instrumentów przez muzyków, latają tu i tam, mieszają się z pogłosami, rozjeżdżają się, a czasem świdrują niemiłosiernie uszy (przesterowane klawiszaki!). Ale zasadniczo granie jest w porzo. Oczywiście gitary, fajnie brzmiące, z kaczką i z innemi. Dużo głosów. Dużo odgłosów. Zdrowo nawalony jam. Pozostałe numery – podobnie jak na debiucie - są nieco bardziej ujarzmione, ale operują wciąż na podobnych częstotliwościach. Czasem przychodzi na myśl Frank Zappa. Dużo ciekawych i dziwnych pomysłów. Mogą przeszkadzać jakieś bzdurne rzeczy w tekstach, ale sam mało zwracam na nie uwagę.
*** i ¾, ale oczywiście też polecam jak ktoś by chciał spróbować. Niezła faza :cyklop .


"Maggot Brain" (1971)

Obrazek

Maggot Brain 10:10
Can You Get to That 2:45
Hit It and Quit It 3:44
You and Your Folks, Me and My Folks 3:29
Super Stupid 3:53
Back in Our Minds 2:35
Wars of Armageddon 9:30


Od tej płyty zaczęła się moja zabawa z Funkadelic – zobaczyłem jak wysoko ceniona jest na rymie. Po zapoznaniu się’gnąłem po inne. Ale muszę powiedzieć, że dziwię się trochę, że to właśnie tę płytę kochają wszyscy. Może to przez utwór tytułowy, który jest właściwie długą wypowiedzią gitary Eddiego Hazela z delikatnym podkładem – bo to rzeczywiście świetna i poruszająca rzecz. Pippin potwierdzi. Reszta też jest ciekawa, ale jakoś słabo układa mi się w całość. Chyba po czasie jamowania zaczęli szukać swojego stylu. Soulowe chóry pod akustyczne granie w „Can You Get That”, fajne brzmienie i tribal-rytm w „You and Your Folks…”, dziwaczne i długie „Wars…” (z podejrzanemi dźwiękami).
No nie jest źle, *** i pół, ale pół za Hazela. I warto sprawdzić, bo może rejtersi, nie ja, mają rację. Ale chyba nie :wink: .

”America Eats Its Young” (1972)

Obrazek

You Hit the Nail on the Head 7:10
If You Don't Like The Effects, Don't Produce The Cause 3:43
Everybody Is Going To Make It This Time 5:50
A Joyful Process 6:10
We Hurt Too 3:47
Loose Booty 4:45
Philmore 2:40
Pussy 5:00
America Eats Its Young 5:45
Biological Speculation 3:00
That Was My Girl 3:41
Balance 5:25
Miss Lucifer's Love 5:50
Wake Up 6:20


Uwaga na ten album. Niestety są trąbki, a nawet, co gorsza, są smyczki. Nie żebym nie lubił tych instrumentów, ale tu wprowadzają one taką paskudną kiczowatość w dużym natężeniu. Nawet humor tego nie jest w stanie uratować. Można posłuchać pojedynczych utworów, bo zdarzają się jakieś fajne momenty, miejscami jest dziarski groove (np „A Joyful Process” albo „Loose Booty”), ale w sumie po co je wyławiać z tej paskudnej zalewy. Są inne na dobrych płytach zespołu.
Tak więc *i pół. I uwaga bo można się zniechęcić przez ten album do Funkadelic jako takiego. Jeszcze ta długość, dwa longpleje, nie nie. Omijajcie ją szerokim łukiem, okropna płyta.

”Cosmic Slop” (1973)

Obrazek

Nappy Dugout 4:31
You Can't Miss What You Can't Measure 2:54
March to the Witch's Castle 5:54
Let's Make It Last 4:10
Cosmic Slop 5:16
No Compute 3:01
This Broken Heart 3:39
Trash A-Go-Go 2:23
Can't Stand the Strain 3:28


O, tu jest lepiej! Tu już klaruje się ten styl zwany p – funk (od Parliament – Funkadelic). Oczywiście jest to trochę wioska, czasem zalatuje kiczem, ale z drugiej strony jest też beka i chwilami bardzo fajne granie. Jednakowoż już nie takie pojechane i swobodne jak na pierwszych płytach. Utwory są dość zróżnicowane, ale tym razem dobrze to wpływa na odbiór całości, ładnie prezentują się jedne po drugich. Tyczy się to zwłaszcza pierwszej strony. Wyróżnia się tam ów „March…” dziwna, bajkowa opowieść zwolnionego wokalu. Na płycie jest też sporo afrykańskich klimatów, takich chóralnych śpiewów czy bębnów. Na drugiej stronie ogólnie jest znacznie słabiej, są niestety dwa koszmarki „No Compute” i „Broken Heart”. W sumie niech będzie ** i 3/4.



CDN


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: wt, 15 listopada 2011 22:25:14 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
ndz, 06 maja 2007 12:40:25
Posty: 13524
Skąd: Krk
Ten temat ma być pewnie usprawiedliwieniem za brak postów w temacie King Crimson. Z mojej strony pełne rozgrzeszenie! :D

_________________
http://67mil.blogspot.com/


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: śr, 16 listopada 2011 00:14:27 

Rejestracja:
pn, 12 października 2009 17:12:48
Posty: 796
Skąd: Daleko i blisko
antiwitek pisze:
Nie pociągał mnie James Brown.

Jak rany, James Brown jest wielki!

_________________
każdy cieszyć się chce


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: śr, 16 listopada 2011 00:41:13 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 09 listopada 2004 22:37:55
Posty: 20761
Mam znajomego, który miałby tu wieeele do powiedzenia! Jak czasem do nich zachodzę, to zawsze puszcza jakąś muzykę i najczęściej jest to właśnie jakiegoś rodzaju stary klasyczny FUNK (a gość ma TYLE płyt w domu, że głowa boli, więcej ma tylko książek ;-)).

Kiedyś na przykład puszczał mi niejaką Betty Davis, skądinąd żonę (dość krótkotrwałej) Milesa Davisa, która w początkach lat 70. nagrała kilka płyt - to, co słyszałem, było ŚWIETNE! - a potem całkowicie zarzuciła karierę muzyczną i zajęła się czymś zupełnie innym. Ale co za głos ta kobieta miała!! :shock:

_________________
ćrąży we mnie zła krew


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: śr, 16 listopada 2011 15:31:53 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 10 listopada 2004 15:59:39
Posty: 24799
pilot kameleon pisze:
Ten temat ma być pewnie usprawiedliwieniem za brak postów w temacie King Crimson


Wszystko w swoim czasie! :)


Bartłomiej pisze:
Jak rany, James Brown jest wielki!


Jeszczem tego nie doświadczył, może rozwiniesz myśl? Mi jakoś nie pasuje ten jego wizerunek, powinienem pewnie skupić się na samej muzie, ale na razie nie umiałem.

Tymczasem...

” Standing on the Verge of Getting It On” (1974)

Obrazek

Red Hot Momma 4:54
Alice in My Fantasies 2:26
I'll Stay 7:16
Sexy Ways 3:05
Standing on the Verge of Getting It On 5:07
Jimmy's Got a Little Bit of Bitch in Him 2:30
Good Thoughts, Bad Thoughts 12:17


Oczywiście na początku dziwne głosy i pewnie elementy p-funk-mitologii. A potem już seria wyrazistych funkpopowych i funkrockowych numerów. W tych krótkich, dynamicznych, a jest ich większość, słychać już trochę RedHotów. Chodzi o grę sekcji, o bass. Ale do tej płyty chyba szczególnie przyłożył się Hazel, dlatego fajnej gitary i hendrixowskich patentów znów jest sporo. Wyróżnia się „Standing…”, raz że to fajna petarda, dwa, że ma świetną /tym razem/ gitarę rytmiczną, podobnej można słuchać na „1991” Izraela. W ogóle granie jest pomysłowe i z ikrą, np. piosenka o Jimmym co ma w sobie coś z suki. „I’ll Stay” to z kolei kawałek balladowy, który spokojnie się rozwija. A na koniec coś w duchu pierwszych płyt: "Good Thoughts...". Hazel pozwala sobie pogrywać spokojnie i nastrojowo przez ponad 10 minut. W pewnym momencie słyszy głosy. Wyjaśniają mu chyba naturę świata. Hmm. Funkową oczywiście :roll: .
*** 3/4


Crazy pisze:
Betty Davis


Ciekawe! Ja mam jeden winyl Roberty Flack, ale tam więcej niż funku jest romantycznego popu, choć płyta ma bardzo fajne fragmenty. Do znanego przeboju Roberty W Bezstratnym Formacie ("Killing Me Softly") nawiązują zresztą Funkadeliki w utworze otwierającym płytę...

” Let's Take It to the Stage” (1975)

Obrazek
Good to Your Earhole 4:30
Better by the Pound 2:40
Be My Beach 2:35
No Head No Backstage Pass 2:36
Let's Take It to the Stage 3:32
Get Off Your Ass and Jam 2:00
I Owe You Something Good 5:43
Stuffs & Things 2:11
The Song Is Familiar 3:05
Atmosphere 7:05


Tym razem obchodzi się bez zbędnych wstępów. Bo też płyta jest jakby kontynuacją poprzedniej. A pod kilkoma względami jest lepsza od „Standing…”. Bardzo fajnie się jej słucha jako urozmaiconej całości. Wokalnie też robi na mnie lepsze wrażenie. Również brzmi ciut przyjemniej. No i ten basik. I dużo humoru, który tym razem mi pasik. Jest i Hendrix, ale tym razem chamsko przedrzeźniany przez jednego z wokalistów w „Be My Beach”. Beka jest też w „No Head No Backstage Pass” (sam tytuł, no proszę państwa..) – słuchając nie sposób nie przypomnieć sobie Pudelsów! Tytułowy z kolei bardzo przywodzi na myśl Red Hot, przecież to funk rap, tyle że z 1975! Z tego numeru pochodzi zresztą tytuł niniejszego wątku. Zresztą na płycie znajdziemy wiele charakternych zaśpiewów, hehe: „ Shit! Goddamn! Get Off Your Ass and Jam !”. „I Owe You…” ma z kolei coś z Queen, bardzo się wyróżnia, patosik, ale z delikatnemi akcentami beki. W „The Song Is Familiar” jest może ciut za dużo kiczowatości, choć nie jest to zły numer. Ale najlepsze jest na końcu. „Atmosphere” to właściwie barokowy jam na organy i jakiś syntezatorek, tak muzyczny, zabawny i bezpretensjonalny, że aż piękny.
Shit! Goddamn! Miało być mniej, ale będą ****! Bardzo fajna płyta, niech popmusic też ma coś ode mnie.

Tu mogłyby być jeszcze dwie płyty z 1976, ale ich nie znam. Znam jeszcze tylko...

” One Nation Under a Groove ” (1978)

Obrazek

One Nation Under a Groove 7:33
Groovallegiance 7:00
Who Says a Funk Band Can't Play Rock?! 6:21
Promentalshitbackwashpsychosis Enema Squad (The Doo Doo Chasers) 11:00
Into You 5:43
Cholly (Funk Getting Ready to Roll!) 4:33
Lunchmeataphobia (Think! It Ain't Illegal Yet!) 4:16
P.E. Squad/Doo Doo Chasers 4:40
Maggot Brain 7:37
Chant (Think It Ain't Illegal Yet!) 0:53


Jeśli by robić składankę Funkadelic, to niejeden fragment tej płyty powinien się na niej znaleźć. Na przykład utwór tytułowy, który idzie trochę w stronę dyskoteki, ale jest od razu rozpoznawalny, brzmi grubo i jest fajny :dancer . Albo drugi z kolei numer „Groovallegiance”: ma tyle uroku, że nawet niespecjalnie przeszkadza popowość wokali w pierwszej części, a potem jak zaczyna pobrzmiewać gitarka (tym razem Mike Hampton, Hazel siedział wtedy w pudle), jak zaczyna brykać bas, to już w ogóle robi się pięknie. Z drugiej strony to wcale nie przebojowość jest tu najważniejsza. Wokaliści wręcz czasami zacierają trochę wartość utworów. Porównajcie sobie „Promentalshitbackwashpsychosis Enema Squad (The Doo Doo Chasers)” i „P.E. Squad/Doo Doo Chasers” bo to właściwie ten sam numer. Tylko że w pierwszym słyszymy coś na kształt lekcji ("powtarzajcie za mną!", hehe), a w drugim mamy samą rasową muzę. Przy uważniejszym słuchaniu okazuje się, że każdy numer ma bardzo dopracowany groove, w dodatku taki podkład przeważnie pięknie się rozwija. Myślę nawet, że takim numerem jak "Cholly" mógłby się zainteresować na przykład Miles. Co za bas tam jest! Mi nieco mniej pasuje „Who Says a Funk Band Can't Play Rock?!”, choć pewnie sprawdziłby się na parkiecie, ale muszę powiedzieć, że cała płyta zostawia bardzo przyjemne wrażenia. Zwłaszcza, że kończy się koncertową wersją „Maggot Brain”, pewnie nowy gitarzysta chciał pokazać, że też umi. Tak to nostalgicznie wypada. Zaskoczył mnie ten album tym wszystkim: +****.

Potem były jeszcze jakieś płyty do 1981, ale już do nich nie sięgałem. Znam jeszcze wspomnianą wcześniej koncertówkę, napiszę o niej później (wiem, że MAQ ją zna, może też napisze ze dwa słowa?).

Ciekawe, że ja wcześniej w ogóle nie słyszałem o tej kapeli. Chyba nie pisało się o niej w TRocku, nie puszczało w radiu. Ale Pippin zna "Maggot Brain", ciekaw jestem skąd :) . Pamiętam, że K.T.W.S.G. pisał kiedyś o wersji "If 6 Was 9" projektu Axiom Funk, ale nigdy jej nie słyszałem. Za to okazuje się, że to też jakiś p-funkowy skład.

No nic, w każdym razie polecam Funkadelic, spoko band! :D


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: śr, 16 listopada 2011 19:23:34 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 10 listopada 2004 00:22:22
Posty: 26664
Skąd: rivendell
...oo Witek ! ale żeś dał czadu :shock: ja osobiście funku nie słucham ....no chyba ,że to:
Obrazekale jak mi pożyczysz Funkadelic to posłucham więcej :D

_________________
ooooorekoreeeoooo


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: wt, 21 lutego 2012 00:50:30 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 10 listopada 2004 15:59:39
Posty: 24799
Obrazek

Kto to może być? 8-)


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: wt, 21 lutego 2012 00:59:39 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pn, 29 maja 2006 08:57:07
Posty: 10786
Skąd: Gdynia
Jak nie Sly Stone to nie wiem :mrgreen:

_________________
Obrazek


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: śr, 22 lutego 2012 19:40:32 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 10 listopada 2004 15:59:39
Posty: 24799
On ci, niechybnie! :afro:

Bo chciałem jeszcze w karnawale napisać o Sly And The Family Stone, ale jest obsuwa... Niemniej...

Wyobrażam sobie taką alternatywną rzeczywistość, w której Sly and the Family Stone cieszą się w Polsce takim uznaniem jak Led Zeppelin, King Crimson, Black Sabbath czy Yes. Bo właściwie nie wiem dlaczego tak ceniąc tuzów hard i prog rocka, zupełnie pomija taką zakręconą, ale niezwykle sprawną muzycznie (i wokalnie!) i śmiałą artystycznie ekipę jak Sly i jego rodzina. Przecież oni są po prostu świetni! To że czasem nawołują do tańca, uważam, niczego im nie ujmuje, a może nawet niekiedy daje pewną przewagę. Zwłaszcza, że przy okazji proponują ciekawe, żywe, porywające, psychodeliczne granie (może nie jest to progres?), jak również sporo fajnych a nawet ujmujących piosenek.

Znam trzy ich płyty – drugą, czwartą i piątą – co jedna to fajniejsza. Otóż najpierw:

Dance to the Music (1968)

Obrazek

Dance to the Music 2:58
Higher 2:46
I Ain't Got Nobody (For Real) 4:24
Dance to the Medley 12:13
a. Music Is Alive
b. Dance In
c. Music Lover
Ride the Rhythm 2:46
Color Me True 3:08
Are You Ready 2:48
Don't Burn Baby 3:12
Never Will I Fall in Love Again 3:24


Get up and dance to the music!!! wrzeszczy Cynthia na dzień dobry. Tak zaczyna się ta miła sześćdziesionowata płyta z muzyką, w której zdecydowanie ważniejszy niż riff jest rytm. Akurat tej płycie najbliżej jest do tradycyjnej soul music (nie żebym znał tę muzykę, ale Niemen do niej nawiązywał i tu słychać podobne rozwiązania). Ale nie tylko jest to soulowa petarda – może nawet ciut zwietrzała - nie ma to jednak za dużego znaczenia, bo poszczególne utwory mają też fajną fakturę, harmonie, bardzo żywe barwy i często są po prostu przyjemnymi piosenkami. Nawet owo medley okazuje się nie być zwykłą wiązanką melodii (nie lubię czegoś takiego), a dość zgrabnie skomponowaną całością. Mnóstwo w tym wszystkim polotu i humoru. Fajne jest takie rozkładanie muzyki na czynniki - od rytmu i dołu po inne elementy – i prezentowanie oraz komentowanie jej właściwości (ze trzy są takie fragmenty w różnych miejscach płyty). Mi oczywiście kojarzy się to z dubem, ale powiedzcie co mi się z nim nie kojarzy? Słychać tu jednak nie tylko ten rockowy soul, ale też na przykład trochę Feli. Pojawia się też oczywiście bucząca i brzęcząca estetyka właściwa epoce psychedelii. Bas często tak buczy, głosy prześcigają się w gorącej ekspresji (świetne damskie wokale i chórki, ale też rasowy, niski, męski śpiew i różne odloty), ale trafiają się również fajne wielogłosowe przerywniki a capella bardzo dobrze powpisywane w numery. Dęciaki, jakieś klawisze, chóry, ale w sumie też sporo fajnej, z pazurkami, gitary.
Naprawdę spoko zawodowa płyta: *** i 3/4


Stand! (1969)

Obrazek

Stand! 3:08
Don't Call Me Nigger, Whitey 5:59
I Want to Take You Higher 5:22
Somebody's Watching You 3:19
Sing a Simple Song 3:55
Everyday People 2:20
Sex Machine 13:48
You Can Make It If You Try 3:39


Podejdźmy do sprawy bardziej analitycznie, bo też sama płyta jest wyrazistsza, lepiej poukładana, bardziej przejrzysta:

Stand! Od razu piękny chill! Super piosenka z efektownymi ekspresyjnymi spiętrzeniami-refrenami (ten najwyższy dźwięk – głos czy sax?). A po przełamaniu w końcówce wychodzi na pierwszy plan zawodowy intensywny groove – na chwilkę, ale bardzo efektownie.

Don’t Call Me… - czyli świetny numer społeczno - psychodeliczny. Nie nazywaj mnie czarnuchem białasie / nie nazywaj mnie białasem czarnuchu -jing i jang cholerka. Fajne te wokale na jakichś przetwornikach dźwięku (jakby od gitary) – to charakterystyczny element brzmienia całego albumu. No i ten rytm – czuje się chwilami gorący oddech miss psychedelii, hehe.

I Want To Take You… - uporczywy rytm, gęste, bogate brzmienie, pokrzykiwanie - jazda trochę w stylu poprzedniej płyty, ciągle do przodu, zmienność, sola (harmonijka, trąbka i świetna gitara). Ale też trochę gospel, tyle że brudne, rockowe, psychodeliczne. Nie wiadomo dokąd. Jest wypas.

Somebody’s… - jak delikatnie się zjawia, jaka to urokliwa i miła piosenka, jakie przyjemne brzmienia i harmonie. No ale przydymiona sekcja wciąż zawodowo pompuje, do tego organy trąbki, świetny brejk oraz fajny finał.

Sing A Simple Song - hehe, bardzo w stylu Funkadelic! Świetnie jadą, i najlepsze bębny są właśnie tu - zajebisty za przeproszeniem groove. Długie afrykańskie zaśpiewy (ale trochę łamane popem), do te go to do re mi fa sol la si do, nie wiadomo czemu.

Everyday People to znów przemiła piosneczka! Ach jaki oni mieli do tego talent! Pograć z nimi na tych bębnach! Mogło by to trwać znacznie dłużej. Ale dopiero w...

Sex Machine od pierwszych dźwięków jakoś słychać, że szykuje się dłuższe grania. Ot, bardzo stylowy stołnowy jam. Rhythm&blues spotyka się z soulem, znów dźwięki paszczowe nieco przetworzone, instrumenty też zaczynają ze sobą gadać, gitarki, bębenki, basy – w sumie całkiem przyjemnie (mi bardziej podoba się druga połowa). Ale jak kogoś przyciągnie sam tytuł to się rozczaruje – seksu jest tu wcale nie więcej niż w innych numerach.

You Can Make It… - zgrabny soul – funk - rhythm & blues z przymróżeniem oka all together now!!!, i też mamy tu ten fajny quasi dubowy patent. Zgrabne zakończenie tej równej płyty: **** i ¼


There's a Riot Goin' On (1971)

Obrazek

Luv n' Haight 4:01
Just Like a Baby 5:12
Poet 3:01
Family Affair 3:06
Africa Talks to You "The Asphalt Jungle" 8:45
There's a Riot Goin' On
Brave and Strong 3:28
(You Caught Me) Smilin' 2:53
Time 3:03
Spaced Cowboy 3:57
Runnin' Away 2:51
Thank You for Talkin' to Me Africa 7:14


Płyta ta powstawała w dość dziwnych warunkach. Sukces poprzedniej spowodował wzrost napięć między członkami rodziny. Do spraw wmieszały się też Czarne Pantery (Hendrix też miał z nimi trochę kłopotów). Do tego doszły rozmaite narkotyki, których duże ilości Sly nosił w futerale zamiast skrzypiec. Podobno znaczną część materiału wymyślił i nagrał sam, leżąc sobie na łóżku.

Wszystkie te okoliczności miały wpływ na album, który, mimo że ma coś z demo, to jednak okazał się bardzo bardzo dobry. Demowatość przejawia się w tym, że w części utworów, zamiast żywej perkusji, słyszymy automat perkusyjny. To ciekawe, że muzycy, których domeną bywał groove, akceptowali nieraz z łatwością perkusję z maszynki (patrz Miles na Tutu). Tu można się przyzwyczaić, choć różnica jakości jest bardzo wyraźna, zwłaszcza w tych długich numerach o Afryce (pierwszy z automatem, drugi z żywym bębniarzem) – nic tu nie pomoże świadomość faktu, że Riot jest pierwszą popową płytą z zastosowaniem tego osiągnięcia techniki. Sytuację ratuje bas, który jest wyjątkowej jakości, wciąż pulsuje, ale nie ma nic z mechaniczności: on żywie! – i świetnie się go słucha. Gra na nim Larry Graham, stosując nowatorską wówczas technikę slappingu.

Demowatość przejawia się też w takiej urokliwej prowizoryczności niektórych fragmentów, jakimś roztargnieniu, niedopracowaniu: a to skrzypi jakiś stołek w Just Like a Baby, a to szumi lub pobzykuje mikrofon gdzie indziej. Można mówić też niekiedy o szkicowości, pozostawianiu formy nie całkiem zamkniętej, zwłaszcza jeśli chodzi o śpiew czy część jamowych partii instrumentalnych. Element spontanu, ta świeżość została ewidentnie zachowana.

Płyty o których mówiłem wcześniej były dość radykalnie ekstrawertyczne – skierowane do ludzi , żeby ich poruszyć, zachęcić do wixy czy ogólnie jakiegoś szaleństwa, zabawy, radości. Tu od początku daje się zauważyć zmiana. Już w Love n’Haigh w palecie barw pojawiają się delikatne akcenty jakieś elegijne, a cała płyta ma dodatkową głębię (unaocznianą czasem prosto lecz subtelnie - jak tym delikatnym klawiszem w tle Just Like a Baby) i charakter zdecydowanie introwertyczny. Muzyka bardzo wyczulona jest na zmiany nastrojów i bardzo wdzięcznie oddaje rozmaite wahnięcia. Łóżko w studio i domowodemowa praca zrobiły swoje – sporo na płycie ciepła, bliskości, zwłaszcza wokale są takie, powiedziałbym, jeszcze w piżamach. No, na przykład w boskim Family Affair (kto wie czy Tymon nie zasłuchał się w ten śpiew Slaja, a bas to brzmi (rzeczywiście) jak żucie gumy (pozdro Prazeodymek!)), albo w (You Caught Me) Smilin' czy Runnin’ Away. To wszystko bardzo ujmująco miłe i ładne piosenki, (nie)którym uroku dodają jeszcze subtelne i ciekawe dęciaki, o pięknym jazzowym odcieniu.

Wspomnieliśmy Milesa i jazz. On sam przyznawał, że na przełomie lat 60tych i 70tych w muzyce popularnej interesował go tylko Jimi i właśnie Sly and the Family Stone. A ci ostatni zwłaszcza, jak się wydaje, w swych bardziej zakręconych odsłonach. To zresztą można usłyszeć porównując płytę On The Corner z niektórymi fragmentami There's a Riot Goin' On – zwłaszcza Poet wydaje mi się do tego odpowiedni. Ale też owe długie afrykańskie numery.

Co jeszcze? Płyta jest wbrew pozorom dość zróżnicowana (np. niespodziewanie pojawia się figlarny Spaced Cowboy, który długo drażnił mnie swym jodłowaniem), ale zachowuje spójność. Ciut gorzej jest z dramaturgią – co prawda wiele utworów ma świetne wejścia, ale na przykład przydługa asfaltowa dżungla psuje nieco odbiór całego albumu. Nic to jednak! Warto poświęcić tej płycie trochę życzliwej uwagi, wciągnąć się w ów groove, zasmakować tej często genialnej lekkości grania i śpiewania, muzykalności, której wielu popularniejszych artystów mogłoby rodzinie Slaja pozazdrościć.

*****polecam każdemu!!!


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: śr, 22 lutego 2012 19:54:09 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pn, 29 maja 2006 08:57:07
Posty: 10786
Skąd: Gdynia
antiwitek pisze:
nie wiem dlaczego
Odpowiedź ta co zwykle: w radiu ich nie grali :twisted:

_________________
Obrazek


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: śr, 22 lutego 2012 20:24:17 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 10 listopada 2004 15:59:39
Posty: 24799
I Wieśki o nich nie pisali!

Ale muszę powiedzieć przy okazji, że odkąd poznałem Clintona i Funkadelic, to zauważyłem, że oni jednak gdzieś tam się nawet w T. Rocku przewijają - na marginesach recenzji, w wywiadach... Ale chyba nic poza tym.

Cholera z tym radiem!

_________________
Tatary idą!


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: śr, 22 lutego 2012 20:27:25 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pn, 29 maja 2006 08:57:07
Posty: 10786
Skąd: Gdynia
Ale przynajmniej wszyscy znają początek "One Nation Under a Groove". Zawsze to jakiś początek :lol:

_________________
Obrazek


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: pt, 24 lutego 2012 22:43:27 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 10 listopada 2004 15:59:39
Posty: 24799
Obrazek
Obrazek


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: ndz, 11 marca 2012 21:23:51 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
ndz, 20 stycznia 2008 14:09:14
Posty: 3675
a taki np. Stevie Wonder to się do tego wątku nadaje czy gdzieś indziej? :D


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: ndz, 11 marca 2012 21:33:36 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 10 listopada 2004 15:59:39
Posty: 24799
Nie wiem bo go nie znam, ale jeśli uważasz, że choć trochę tak, to zapodawaj. Gdzie mu będzie lepiej niż tu? :D
Elrond zresztą już, można powiedzieć, trochę zaczął.

_________________
Tatary idą!


Na górę
 Wyświetl profil
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 28 ]  Przejdź na stronę 1, 2  Następna

Strefa czasowa UTC+1godz. [letni]



Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości


Nie możesz tworzyć nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Przejdź do:  
Technologię dostarcza phpBB® Forum Software © phpBB Group