Ultima Thule

Forum fanów Armii i 2TM2,3
Dzisiaj jest pn, 11 grudnia 2017 16:03:31

Strefa czasowa UTC+1godz.




Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 211 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3, 4, 5 ... 15  Następna
Autor Wiadomość
PostWysłany: pn, 09 sierpnia 2010 08:54:27 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pn, 10 stycznia 2005 11:49:49
Posty: 20849
Skąd: Kamienna Góra/Poznań
Na Off Festivalu spędziłem około siedmiu-ośmiu godzin. Bardzo polecam! Ciekawe miejsce, oryginalna muzyka, co najmniej przyzwoita organizacja i brak tłumów - co nie znaczy, że mało ludzi, w Trójce słyszałem o siedemnastu tysiącach.
A co widziałem i słyszałem?

MUCHY
Koncert słyszany tak zwanym jednym uchem podczas jedzenia kiełbaski.

APTEKA
Zagrana cała "Menda". Bardzo dobry koncert, bardzo przyjazna atmosfera, dobrze słyszalny wokal. Pierwszy raz widziałem Kodyma na żywo i duże wrażenie zrobiło na mnie jego podejście do solówek - gra je w naprawdę ciekawy sposób.

ARCHIE BRONSON OUTFIT
Zapamiętałem głównie oryginalne, długie do ziemi szaty muzyków.

HEY
Odegrano całą płytę "Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy!", a przynajmniej tak mi się wydaje i tak wynikało z wypowiedzi Kaśki; wierzę, nie znam tej płyty. Gdy po owym odegraniu usłyszałem, że jest miejsce na jeszcze cztery stare utwory, a potem pierwszy z owych czterech był mi zupełnie nieznany (co mnie nie martwi, jako że potem w Trójce Anna Gacek twierdziła, że to jej ukochany numer Heya), doszedłem do dość wesołego wniosku, że oto koncert Heya, a ja nie znam żadnego utworu! Ale potem już znałem - najpierw "Heledore Babe" (ale odegrany w takiej elektronicznej wersji, że gdyby nie śpiew Kaśki, za nic bym nie poznał, co grają), potem "Cudzoziemka w raju kobiet", wreszcie "Angelene" z repertuaru Panny Polly.

MEW
Dużo dobrego słyszałem o tej duńskiej ekipie. I powiem, że wszystko byłoby naprawdę super, gdyby nie dwa szczegóły. Muzyka grupy to taka mieszanka ostrych gitar z domieszką elektroniki oraz długich rozbudowanych form. Tylko że wokalista śpiewa strasznie wysoko, ZA wysoko. A po drugie - przez cały koncert na scenie tańczył i wyginał się Murzyn w garniturze. Nie mam pojęcia o co chodziło, chyba nie pojąłem performance'u.

I wreszcie powód mojego przyjazdu na Off Festival - DINOSAUR JR.
Tak, dobrym pomysłem było pójście pod scenę i zajęcie dobrego miejsca dobry kwadrans przed koncertem. Okazało się bowiem, że (nie wiem, czy z braku technicznych, czy z okazji problemów sprzętowych, o których za chwilę) zespół sam się stroił i sam ustawiał instrumenty! Barlow zagadał kilkoma słowami do wcale licznie już zgromadzonej publiczności, tłumacząc, że instrumenty... zostały zgubione przez linie lotnicze i zespół gra na pożyczonych (pokłosiem tego faktu było krzyknięte przez niego ze dwa razy podczas koncertu gromkie "Fuck Lufthansa!"). Mascis wygladał na lekko zestresowanego, ale on chyba zawsze tak wygląda, poza tym - jak słusznie podkreślił zapowiadający koncert Piotr Metz - on przemawia gitarą, a nie słowami. Koncert byłby doskonały, gdyby nie owe problemy ze sprzętem, które skutkowały nieco zbyt długim dostrajaniem gitary między utworami. A tak - było "tylko" świetnie.
A zagrano kolejno:

Thumb
Budge
In A Jar
Imagination Blind
Get Me
Pieces
Feel The Pain
Over It
Little Furry Things
Raisans
Just Like Heaven
Freak Scene
Gargoyle
Chunks

Bardzo fajny festiwal. Będę miał na niego oko.

Serdeczne pozdrowienia dla spotkanych (jak zwykle za krótko) Pilota Kameleona i Cytza.

_________________
In an interstellar burst
I am back to save the Universe.


Ostatnio zmieniony pt, 31 stycznia 2014 15:55:47 przez Peregrin Took, łącznie zmieniany 1 raz

Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: pn, 09 sierpnia 2010 18:16:07 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
sob, 17 lutego 2007 02:25:03
Posty: 631
Skąd: toruń
Peregrin Took pisze:
Just Like Heaven

ooo! scoverowali numer 20 lat temu i ciągle grają go na koncertach... oczywiście z klasyki The Cure! :bravo:


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: pn, 09 sierpnia 2010 20:35:13 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pn, 10 stycznia 2005 11:49:49
Posty: 20849
Skąd: Kamienna Góra/Poznań
Zgadza się. Robert Smith podobno często zaznacza, że to jego ulubiona przeróbka piosenki The Cure. :)

_________________
In an interstellar burst
I am back to save the Universe.


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: wt, 10 sierpnia 2010 12:03:27 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
ndz, 06 maja 2007 11:40:25
Posty: 13524
Skąd: Krk
No i po Offie. Stuknę w bliskiej przyszłości coś więcej. Ależ jestem wymęczony przez ten festiwal...

Pozdro dla Pippina za kilka minut rozmowy oraz wspólne uczestnictwo w występie Apteki.

_________________
http://67mil.blogspot.com/


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: sob, 14 sierpnia 2010 20:23:16 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
ndz, 06 maja 2007 11:40:25
Posty: 13524
Skąd: Krk
Off 2010

Zmiana miejsca. Z Mysłowic przenosimy się do Katowic. Dziwne posunięcie, bo pierwotnie festiwal miał promować rodzinne miasto Rojka. Wygrała niestety polityka w polskim stylu. Katowice są duże, więc wchłonęły imprezę bezproblemowo. Pogratulować należy wyboru miejsca. Tereny przy lotnisku oraz otaczające lasy były sporym zaskoczeniem. Gdzieś w tle majaczyły wieże kopalni, na niebie ciągle aeroplany oraz ciche szybowce. Wszystko połączone w całość powalało.
Po krótkim błądzeniu po aglomeracji trafiliśmy na miejsce. Pole namiotowe eleganckie. Odległość od miejsca imprezy wynosiła jakieś 20 minut spacerem. Do najbliższych sklepów ok. 15 minut. Jednym słowem miejscówka elegancka. W zasadzie mógłbym napisać, że pogoda również się udała. Tylko pierwszego dnia dwukrotnie spadł deszcz, ale trwało to na tyle krótko, że nie zaburzyło mojego odbioru imprezy.
Teren festiwalu. O samolotach już było. Ale nie było o tym, że na całym terenie imprezy nie było możliwości umycia rąk. I to uważam za skandal. Nie mogłem również wnieść batonika, całe szczęście, że kanapki schowały się na samym dnie i pozostały niezauważone. Dalej gastronomia. Ceny chyba festiwalowe. Kiełbaska za 12 złotych, reszta w okolicy 8 lub 10. Dodam tylko, że dorosły mężczyzna aby się najeść musiałby skonsumować przynajmniej dwie porcje. Z powodu wędrówek w poszukiwaniu tańszego jedzenia przepadło mi kilka koncertów. Szkoda.

Teraz kilka słów o artystach, których miałem okazję usłyszeć.

Dzień I
Hotel Kosmos. Pierwszy zespół. Grali przy akompaniamencie ulewy. Smutne. Słuchało ich zaledwie kilka osób. A muzykę prezentują ciekawą. Wystarczy napisać, że ich debiutancką płytę produkował Kaźmierczak z Variete, co z grubsza pozwoli określić ich muzyczną tradycję. Grali krótko, ale po tym co zaprezentowali będę starał się śledzić dalsze działania.
Potty Umbrella. Pogrobowcy SLE. Granie często psychodeliczne, ale z takim groovem charakterystycznym dla fusion. Mają panowie wyrobioną markę, ale na łopatki nie położyli. Może było za wcześnie, może było za krótko, a może po prostu klub jest dla nich lepszym miejscem? Fajny koncert, ale nic ponadto.
NP. Na Scenie Leśnej rap. Panowie kombinowali, melorecytowali i w sumie zaciekawili mnie, choć nie jestem fanem takiej muzyki.
Cieślak i księżniczki. Na Offie była premiera ich debiutanckiej płyty. Nie kupiłem, bo koncert niczym mnie nie zachwycił. Po Cieślaku spodziewałem się czegoś więcej. A już na pewno liczyłem na bardziej aktywne trio smyczkowe. Niestety. Było raczej nudno. A dziwi mnie to tym bardziej, bo jestem wielkim fanem Maćka Cieślaka i wydawałoby się, że jestem w stanie łyknąć wszystko.
Kim Nowak. Po 20 minutach koncertu Cieślaka przeniesienie się na koncert młodych Waglewskich. Nie jestem ich fanem, nie lubię tej całej otoczki, która wokół nich się roztacza. Usłyszałem 3 lub 4 utwory. Hałaśliwie gitarowe, ale niewiele odbiegające od tego, co było na ich debiutanckiej płycie. Poprawnie, ale bez szału.
The Psychic Paramount. Jedno z odkryć festiwalu. Psychodeliczny kosmos uzyskany w małym namiocie Sceny Eksperymentalnej ciągnął słuchacza w kierunku odlotów Mars Volty. Niesamowita podróż, niesamowity klimat. Trzeba się im przyjrzeć dokładniej.
VOO VOO gra „Sno-powiązałkę”. Fajny pomysł z tym odgrywaniem w całości całej płyty. W ubiegłym roku Janerka grał „Historię podwodną”, a teraz VOO VOO prezentuje jedno ze swoich klasycznych dokonań. I nie wyszło to powalająco. Wyglądało jakby Waglewskiemu nie za bardzo się chciało. Lans był, ale co z tego, skoro nie było ognia muzycznego?
Something Like Elvis. Miała być reaktywacja tylko na ten festiwal. Teraz wiadomo, że to nie prawda. Chłopcy grali również gdzie indziej. A już są rozpisane jesienne koncerty klubowe. Fajnie, bo koncert festiwalowy był na tyle ciekawy, że postanowiłem kupić ich płytę (o tym, że mnie nie powaliła będzie pewnie w innym miejscu). Jesienią widzimy się ponownie.
Fennesz. Mistrz elektroniki. Znałem jedną płytę, ale nie miało to znaczenia. Odpowiadał mi klimat tej muzyki. Muzyka z laptopa potrafi znudzić, a tutaj udało się wyczarować odrobinę magii. „Endless Summer”? Może trochę…
Lenny Valentino. Absolutny faworyt festiwalu. Zespół wyszedł na scenę i zagrał tak, jakby byli w trakcie trasy. Zgrani, pełni swobody, chętni do improwizacji. Muszę oczywiście dodać, że jestem absolutnym fanem ich debiutanckiej i jedynej płyty, a możliwość jej odsłuchu była właściwie darem niebios. Zagrali obłędnie, czułem ciarki na plecach. I nawet deszcz nie przeszkadzał. Występ LV mogę chyba zaliczyć do największych wydarzeń tej imprezy.
Zu. Po eterycznym Lennym Valentino wybrałem się na moment zerknąć na włoski walec basowo-perkusyjno-saksofonowy. Hałaśliwe intro i przejście do precyzyjnych uderzeń zimnej maszyny. Po 20 minutach jednak trzeba było biec na…
The Fall. Lubię taką stylistykę. Nie przeszkadzał mi bełkoczący wokal. Podobało mi się. A w głowie tylko myśl: dlaczego w ubiegłym roku koncert Wire był przeniesiony do klubu i nie należał do podstawowych koncertów festiwalowych?
Po The Fall zwinąłem banderę. Tindersticks widziałem ledwie przez kilka chwil. I to chyba nie była pora na taką muzykę.

Dzień II
Plum. Dzień drugi zaczął się od koncertu poznańskiego Plum. Występ pokazywał prawdziwe oblicze zespołu, czyli uwielbienie dla amerykańskiej alternatywy spod znaku Butthole Surfers, Shellac czy Fugazi było wyraźnie słyszalne. Podobało mi się, ale w klubie wypadają znacznie lepiej.
FM Belfast. Leżałem na karimacie pod namiotem. Muzyka syntetyczna i zdecydowanie taneczna. Bez uniesień.
Mitch & Mitch. Dzień wcześniej była Baaba. Moretti może chyba liczyć na coroczny udział na tym festiwalu. Widziałem ich jesienią na koncercie w Stalowej Woli i ten nijak miał się do tamtej sztuki. Podobne patenty, podobna muzyka. W zasadzie powtórka. A szkoda, bo potencjał jest.
Pink Freud. Duże zaskoczenie. Mazolewski wymienił skład, zmienił basówkę oraz poszedł do innego fryzjera. I to wszystko przełożyło się na muzykę. Są w świetnej formie, czuć, że odloty w kosmos, oraz groove są ich siłą. Zdecydowanie jeden z mocniejszych punktów festiwalu.
Apteka gra „Mendę”. Na ten koncert bardzo czekałem. Usłyszeć w całości jedną z najważniejszych polskich płyt lat dziewięćdziesiątych było jak spełnienie marzeń. Kodym w świetnej formie, solówki wychodzą mu nadal obłędnie. Cały koncert był cudowną podróżą sentymentalną. Pomimo słabej ostatniej płyty wybieram się jesienią do klubu.
Hey. Świetne światła, idealne nagłośnienie i przeciętny koncert. Zagrali w całości ostatnią płytę. Wykonania nie odbiegały jakoś od wersji studyjnych. Przeciętność. Pomogła mi znajomość materiału, bo mam ten album na półce i słuchałem go sporą ilość razy. Denerwowało natomiast zachowanie Nosowskiej. Jak dziecko… Powinna sobie oszczędzić zapowiedzi, bo moim zdaniem wzbudzają tylko zażenowanie.
Dinosaur Jr. Legenda. Pomimo problemów ze sprzętem potrafili zagrać fajny koncert. Mocne zakorzenienie w amerykańskiej tradycji, gitarowa ściana dźwięku oraz fajne kompozycje sprawiły, że słuchało się ich z wielką przyjemnością. Może w przyszłym roku ktoś by się potrudził i sprowadził Mudhoney? Po Dinozaurze spać się zachciało i następne koncerty usłyszałem dopiero dzień później.

Dzień III
Pulled Apart By Horses. Tak rozpoczął się dzień trzeci. Znów hałas, znów krzyki, ale tym razem wszystko bardzo przekonująco. Pomimo pełnego słońca, braku nastroju, panowie dali bardzo przekonujący występ. Podobało mi się.
Happy Pills. Piosenkowo, trochę hałaśliwie, ale w sumie przyjemnie. Pobiegłem ich zobaczyć, bo przecież miałem ich kasetę. Oj, jak to dawno temu było…
Lao Che. Obecność obowiązkowa. Repertuar z dwóch ostatnich płyt. I w sumie tylko przyjemnie, w zasadzie nic więcej.
Brudne dzieci Sida. Przez nie poszedłem na koncert OSTRego. Szkoda. Ale nie szkoda było Patyczaka, który potrafił zarówno rozbawić, jak i zaciekawić.
No Age. Znów hałas, znów gitarowy czad, ale jakże urzekający! Jedno z moich festiwalowych odkryć. Był klimat, była fajna muzyka i bardzo dobry odbiór. Będę śledził dalej.
The Raveonettes. Jedna z gwiazd festiwalu. Pierwsze minuty wciągały, ale później zrobiło się bardziej statecznie, by nie powiedzieć nudno. Mgławicowe gitary, smutek, klimaty MBV, Cocteau Twins przemykały przez teren festiwalu. Czyli jednak przyjemnie, choć raczej niezobowiązująco.
Kryzys. Dziwnie. Po pierwsze właściwie nie było słychać gitary Brylewskiego. Po drugie forma koncertu. Niesamowicie bałaganiarska, by nie rzec, że chaotyczna. Kompletnie niespójny koncert, choć oczywiście przy takich hitach noga sama tupała, a usta otwierały się, by śpiewać. Niestety nie wydaje mi się, by taka prezentacja muzyki przyciągnęła do nich nowych słuchaczy. A przecież potrafią zagrać przekonująco. Wiem, bo widziałem.
The Flaming Lips. Gwóźdź programu. I dopiero oni zaprezentował szoł, jakiego Off chyba jeszcze nie widział. Wizualizacje, balony, konfetti, wokalista chodzący w kuli na rękach publiczności oraz psychodeliczna podróż złożyły się na niezły finał tego festiwalu.

_________________
http://67mil.blogspot.com/


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: pn, 16 sierpnia 2010 07:39:52 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pn, 10 stycznia 2005 11:49:49
Posty: 20849
Skąd: Kamienna Góra/Poznań
pilot kameleon pisze:
Nie mogłem również wnieść batonika

Ja nie mogłem kupić i wynieść wody na drogę, gdy już żegnałem festiwal...

_________________
In an interstellar burst
I am back to save the Universe.


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: pn, 16 sierpnia 2010 08:19:52 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
ndz, 06 maja 2007 11:40:25
Posty: 13524
Skąd: Krk
Peregrin Took pisze:
Ja nie mogłem kupić i wynieść wody na drogę, gdy już żegnałem festiwal...

Martwili się, że możesz sobie zrobić krzywdę.

A najbardziej denerwowało mnie to, że wszędzie dookoła unosił się zapach trawy. Jej wniesienie chyba nie stanowiło żadnego problemu. A batonika wnieść nie wolno. Oczywiście nie mam żalu do palących.

Nie wspomniałem jeszcze o sklepikach muzycznych. Kolejny rok fajne zaopatrzenie. Z miejsca można wyrwać sporo ciekawych płyt. Oczywiście najwięcej towaru dotyczyło zespołów występujących na festiwalu, niemniej jednak gdybym chciał nabyć płyty Fugazi, Pavement, Einsturzende Neubauten, Nomeansno czy Shellac, to nie byłoby problemów. Ot, pewnie festiwalowa średnia, ale bardzo cieszyła.

_________________
http://67mil.blogspot.com/


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: pn, 16 sierpnia 2010 10:26:03 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
sob, 17 lutego 2007 09:03:24
Posty: 16316
pilot kameleon pisze:
Zmiana miejsca. Z Mysłowic przenosimy się do Katowic. Dziwne posunięcie, bo pierwotnie festiwal miał promować rodzinne miasto Rojka. Wygrała niestety polityka w polskim stylu.

..nie, nie.. to wcale nie tak z tą lokalizacją. Rojek chętnie by organizował festiwal w Mysłowicach , ale Mysłowice dosłownie są na skraju bankructwa. Duża w tym zasługa prezydenta miasta i ludzi wokół niego skupionych. Chodziło po prostu o to ,że na zorganizowanie festiwalu nie było pieniędzy, a Katowice chętnie przyjęły było nie było prawie już kultową imprezę..no może nie kultową ale rozpoznawalną.


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: pn, 16 sierpnia 2010 10:28:29 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pn, 10 stycznia 2005 11:49:49
Posty: 20849
Skąd: Kamienna Góra/Poznań
Tak tak, myślę że Pilot wie (ja wiem; zresztą było o tym głośno), że to nie Rojek przeniósł sobie festiwal, tylko miasto zrezygnowało.

_________________
In an interstellar burst
I am back to save the Universe.


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: pn, 16 sierpnia 2010 19:16:17 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 09 listopada 2004 21:14:22
Posty: 9021
Skąd: Nab. Islandzkie
Ogólnie zgoda z Pippinem - pierwszy raz miałem okazję uczestniczyć w tym festiwalu, no i jako widz i grający bardzo mi się podobało - mam już lekko dość eventów na 100 tysięcy osób. Mój zdecydowany faworyt: The Raveonettes! Bardzo udana kopia The Jesus and Mary Chain, jednak w dość oryginalny sposób łącząca shoegaze z melodyką amerykańskich piosenek z lat. 50 i 60. Byłem wniebowzięty - wszystkie instrumenty i wokale podczas koncertu były na porządnym reverbie :P .

pilot kameleon pisze:
Cieślak i księżniczki. Na Offie była premiera ich debiutanckiej płyty. Nie kupiłem, bo koncert niczym mnie nie zachwycił. Po Cieślaku spodziewałem się czegoś więcej. A już na pewno liczyłem na bardziej aktywne trio smyczkowe. Niestety. Było raczej nudno. A dziwi mnie to tym bardziej, bo jestem wielkim fanem Maćka Cieślaka i wydawałoby się, że jestem w stanie łyknąć wszystko.


Niestety nie widziałem, ale kiedyś udało mi się wpaść na ich sopocki koncert, było baaaardzo fajnie i z przyjemnością zakupiłem płytę :-). A może po prostu nie jest to muzyka na festiwal?


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: wt, 17 sierpnia 2010 19:02:33 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
ndz, 06 maja 2007 11:40:25
Posty: 13524
Skąd: Krk
Wuka, dzięki za sprostowanie. Znałem sprawę, ale nie wszyscy muszą się w temacie orientować.

. o Cieślaku i księżniczkach pisze:
z przyjemnością zakupiłem płytę

No właśnie też chciałem, żeby u mnie tak zadziałało...
Napisz coś więcej na temat płyty! Szykuję właśnie wątek o Ściance i myślę, że twoja recenzja idealnie tam siądzie.

_________________
http://67mil.blogspot.com/


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: czw, 11 sierpnia 2011 11:45:44 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
ndz, 06 maja 2007 11:40:25
Posty: 13524
Skąd: Krk
Off Festival 2011, Katowice, Dolina Trzech Stawów

Dzień pierwszy (piątek, 5.08)

Wstaję o 7.10. Kawa, śniadanie, wcinam resztki obiadu z poprzedniego dnia. Pyszna fasolka po bretońsku. Toaleta, prysznic. Zabieram dużą torbę, do której upycham wszystko oraz plecak, gdzie upycham resztę. Basia mówi, że ma dużo do załatwienia i przyjedzie jutro. Trochę szkoda. Wychodzę. O 9.30 widzę się z Basikiem. Idziemy na pociąg do Katowic. Bez tłoku, pijemy piwko, słońce świeci, jest elegancko. Przez przedział przechodzi koleś łudząco podobny do Lou Reeda. Może jednak Velvet Underground będzie niespodzianką? W Katowicach szukamy autobusu do Doliny Trzech Stawów. Po 40 minutach przyjechał. Ciężko się załadować. Zmanierowane towarzystwo, wiek niewiele ponad 20 lat. Dojeżdżamy na miejsce, logowanie na pole szybkie i bezproblemowe, lepiej niż w ubiegłym roku. Wchodzimy na łąkę, wybieramy miejsce, montujemy nasze noclegownie na najbliższe trzy noce. Samoloty latają na niebie. Obok lotnisko. Pożyczałem namiot od Skały. Ostrzegał, że coś tam jest nie tak. I faktycznie, brakowało śledzików, a i stabilność nie była satysfakcjonująca. Nie ma się jednak co frasować. Przyjeżdża Cichy, kolega z Grudziądza. Rok się nie widzieliśmy. Od ostatniego Offu. Cichy pomaga mi dokończyć wznoszenie obiektu.

W tym roku ktoś mądry poszedł po rozum do głowy i zdemontował ogrodzenie, blokujące szybkie przejście z pola na teren festiwalu. Słuszna decyzja. Wchodzimy przez bramki. Jest sympatycznie, ciepło, na scenie głównej rozpoczyna Blindead. Nie był to dobry pomysł, żeby postmetalowy zespół o tej porze i w tym miejscu prezentował się publiczności. Dwa utwory i idziemy do ogródka piwnego. W tym roku odpuściłem Grolscha i wybrałem Reedsa. Na Scenie Leśnej rozstawia się L.Stadt. Widziałem ich kilka lat temu w klubie, grali przed Kometami i nie wypadli najlepiej. Teraz było inaczej. Grają na dwa zestawy perkusyjne, mocno kombinują i teren piosenek zainfekowują jakimś postpunkowym nerwem. Oglądam cały koncert. Po L.Stadt idziemy na Scenę Trójki. Tutaj instaluje się się nowy projekt Wojtka Mazolweskiego. Jeśli mnie pamięć nie myli, to bardzo częsty gość tego festiwalu, choć do tej pory głównie z Pink Freud. WM Quintet zaprezentował jazzowy materiał wplatając w niego kawałek Rage Against The Machine. Sympatyczna rzecz. Mazolewski umie grać, ale zawsze postrzegałem go jako kogoś, kto również lubi wyglądać. Tym razem cały zespół wystąpił w garniturach. Publika przyjęła ciepło cały zespół, ale to już norma, że jak tylko Mazolweski się pojawi, to może być pewny serdecznego przyjęcia. Po tym koncercie powrót na Scenę Leśną na kolejny koncert. Tym razem Lech Janerka. Widziałem go w ciągu ostatnich lat kilka razy. I ostatnio coraz bardziej chciałbym zmiany repertuaru. Żeby wyrzucić te oczywistości i postawić na mniej znane kawałki. Niestety i tym razem było standardowo. Jedyną nowością był flecista w składzie. Ponoć na stałe. Po Janerce Scena MBanku i Dezerter. „Ku przyszłości” z frazą „wzniesiemy nowe banki/z betonu i stali” brzmi w tym kontekście ciekawie. Sporo się zmieniło. Koncert oglądam zza ogrodzenia, ale wszystko widać. Telebimy pomagają. A sam Dezerter chyba się nie zmienił. Standardowy repertuar przełożony dwoma nowymi kawałkami jednak nie doskwierał, bo ten zespół widziałem na scenie dopiero drugi raz. Bardzo fajny koncert. Później spotkałem znajomych i trochę się zagadaliśmy, więc zaliczyłem tylko końcówkę koncertu Warpaint. A sam finał był naprawdę niezły. Improwizowane wyjście robiło wrażenie, a cztery dziewczyny czuły się na scenie jak ryby w wodzie. Potem Baaba/Kulka. Zza namiotu odsłuchałem jeden kawałek i podziękowałem. Raz już na koncercie byłem, a na więcej nie mam ochoty. Po tej przerwie pojawił się szwedzki Meshuggah. Takiego repertuaru na Offie jeszcze nie było. Zimny, techniczny metal odgrywany z doskonałą precyzją. Bardzo intensywny koncert, choć pod sam koniec odczuwałem zmęczenie stylistyką. Natomiast solówki grane przez gitarzystów to było coś smakowitego. Jakby psychodeliczne odloty, choć pewnie wyliczone, to jednak sprawiające wrażenie bardzo swobodnych. Po tym wytopie surówki znów pauza. Śpiewający Czesław mnie nie interesował. Wyskoczyłem na kolejnego Reedsa, którymi nie sposób chyba się upić. Znikały jak woda, a upojenia nie było. Może to dobrze? Po wizycie w ogródku Jon Spencer Blues Explosion. Świetny, energetyczny koncert. Jack White zdecydowanie inspirował się twórczością tego artysty. Doskonałe brzmienie, niesamowita energia na scenie i jeśli miałbym się do czegoś przyczepić, to tylko do kompozycji, które w pewnym momencie zaczęły się zlewać w jedną całość. Po tej garażowej eksplozji następował Mogwai. Widziałem ich już na tym festiwali kilka lat temu. Wtedy było zimno, przestał padać deszcz i nie miałem ochoty na te smęty. Teraz aura dopisała, ale zespół niczym szczególnym nie zachwycał. Posłuchałem 20 minut i udałem się do namiotu. I jako tło do spaceru Mogwai zdecydowanie pasował.

Dzień udany, nieśpieszny, bez frekwencyjnej petardy i niestety bez koncertu, który by mnie znokautował.. Jakby mało ludzi, brak kolejek do toalet, brak kolejek po jedzenie i piwo, nie trzeba się nigdzie przepychać. Więcej ludzi było w sobotę i niedzielę.

cdn

_________________
http://67mil.blogspot.com/


Ostatnio zmieniony pt, 12 sierpnia 2011 08:31:29 przez pilot kameleon, łącznie zmieniany 2 razy

Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: czw, 11 sierpnia 2011 13:02:03 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
ndz, 06 maja 2007 11:40:25
Posty: 13524
Skąd: Krk
Off Festival 2011, Katowice, Dolina Trzech Stawów

Dzień drugi (sobota, 6.08)
Wstaję o siódmej rano. Słońce nie pozwala wylegiwać się w namiocie. Myślę o prysznicu, ale po wyjściu z nory okazuje się, że kolejka do kabin jest na pół pola namiotowego. Czas oczekiwania około dwóch godzin. Dziękuję bardzo, wolę być brudny, ale ktoś mógłby ten temat przemyśleć i wyciągnąć wnioski. Decyduję się na wersję ze zlewozmywakiem. Fajna lodowata woda, słońce świeci, szykuje się niezły dzień. Niemniej jednak, aby dzień był niezły trzeba zjeść dobre śniadanie. Idziemy do Reala na poranne zakupy. Miałem się wystrzegać pieczywa, ale nie sposób. Kupuję kilka bułek i kabanosy pepperoni. Do tego piwko. Wybieram jakieś smaczniejsze okazy niż Grolsch. Idziemy na teren lotniska, siadamy na trawie. Słońce delikatnie zza chmur praży moją głowę, a ja nawet o tym nie wiem. Dotkliwie poczuję to później. Kabanosy pepperoni bardzo dobre, ale podsuszyłbym je jeszcze trochę. Dobry kabanos to suszony kabanos. Śniadanie mistrzów. Siedzimy w większym gronie. Pojawia się jakaś wódka. Pojawia się też straż miejska. Ale nie wychodzą z auta. Wszyscy i tak spożywają alkohol, a jest bardzo spokojnie. Strażnicy znikają i wracają co jakiś czas.

Idziemy na pierwszy koncert na scenie mBanku. Czuję zmęczenie. Trochę mało snu i ten poranny alkohol w ilości dwóch piw i kilku łyków wódeczki. No nic, trzeba było się schować w cień. Olivia Anna Livki wychodzi na scenę z ciekawym nakryciem głowy. Muzykę prezentuje niemniej ciekawą. Duo basowo-perkusyjne z fajnymi piosenkami. Niestety kłopoty techniczne sprawiają, że koncert trwa około 20 minut. Potem długa pauza. W międzyczasie przyjeżdża Basia. Idę na pole namiotowe, zostawiamy jej rzeczy i wracamy na Mikrokolektyw. Grają w namiocie Sceny Eksperymentalnej. Lekko kropi. Nie wchodzę do namiotu, ale całego koncertu słucham bardzo uważnie z ławki stojącej przy ogrodzeniu. Mikrokolektyw widziałem w grudniu ubiegłego roku w krakowskim Re. Trąbka i perkusja, a tak wiele rozwiązań. Są spadkobiercami legendarnego Robotobiboka. Warto poznać ten zespół. Przestaje kropić. Idziemy teraz na Blonde Redhead. Nowojorczycy prezentują mieszankę alternatywnego amerykańskiego grania z klimatami w stylu Cocteau Twins. W zespole występuje dwóch braci oraz kobieta, której uroda wskazuje, że mogłaby się urodzić w Tokio. Bracia są do siebie bardzo podobni, ale powierzchowność gitarzysty przywodzi mi na myśl Petera Hammilla. Bardzo elegancki pan. Pomimo znanej stylistyki zespół nie nudził. Koncert Blonde Redhead to było bardzo dobrze spędzone 50 minut. Następne w kolejce ma być Polvo. Niestety mają problem z dojazdem. Ich koncert zostaje przełożony na późne godziny nocne. Żałuję, bo wiem, że nie dam rady ich zobaczyć. Robi się kolejna luka i jak dla mnie oczekiwanie na kolejny występ. Kury grają płytę „P.O.L.O.V.I.R.U.S.” Pamiętam moje oczekiwania związane z koncertem Miłości kilka lat temu. Czekałem i to co zobaczyłem okazało się jakimś tandetnym chwytem nie mającym z Miłością nic wspólnego. Na próbie dźwiękowej idę pod scenę, oglądam zespół, słucham próbek. Za perkusją Staruszkiewicz. Powinno być dobrze, ale... Zaczyna się koncert, jadą jakby „obok tego”, co było na płycie. Trudno odtworzyć na żywo te brzmienia, ale to co prezentują sprawia, że uśmiech pojawia się na mojej twarzy. Zespół jest przygotowany, Tymon zna teksty, co uznaję za miłą niespodziankę. Słyszałem ten album kilkaset razy, a nie potrafię od początku do końca zaśpiewać takiego „Kibolskiego” czy też „Lemura”. Że też chciało mu się tego uczyć! Zespół kilka razy pozwala sobie na swobodne podejście do tematu. „Jesienna deprecha” przypomina to, co Kury zaprezentowały na koncertówce nagranej w zakopiańskim Pstrągu. Kosmos. Finał „Lemura/Noktowizji” to wręcz dark ambient. Pawlak szybko przeskakuje z gitary Casio na standardowy instrument i udowadnia, że jest w naszym kraju jednym z najlepszych gitarzystów. Mało kto potrafi posługiwać się delay'em tak jak on. W pełni uświadamiam sobie co jest nie tak z zespołem Tymon & Transistors. Tam Tymon ciągnie całość. Ma dobrego perkusistę i średni zespół. Tutaj wszyscy znają swoje miejsce, każdy wie, co i jak ma zagrać. Nikomu nic nie trzeba pokazywać. Koncert się kończy, a odgrzewany kotlet okazał się niezwykle smakowitym daniem! Czekam na trasę klubową, bo chcę zobaczyć to jeszcze raz.
Odpoczywam po Kurach, wymieniam spostrzeżenia. Większość raczej na plus, choć następnego dnia jeden znajomy powie, że mu się nie podobało. Nie potrafię zrozumieć. Może lepiej płytę włączyć?
Gang Of Four. Nie spodziewałem się wiele. Niczego się nie spodziewałem. Chciałem zobaczyć. Stanąłem na samym końcu pola, w najdalszej odległości od sceny. Potem podejście pod wieżę dźwiękowca. Jest lepiej. Wchodzę jeszcze głębiej. Słyszę każdy dźwięk. Żyletka. Andy Gill osiąga niesamowite i bardzo przeze mnie pożądane brzmienie gitary. Zaczynają „grać „Anthrax”. Gitara lata po scenie, jest kopana i podrzucana. Z bólem uderza o deski sceny, rzęzi, sprzęga. Tworzy się całość. Jon King biega po scenie jak osiemnastolatek. Chyba oszołomiła go publika. Koncert ogląda kilka tysięcy ludzi, zespół przyjmowany jest entuzjastycznie. Kończą. Po mojej stronie pełna satysfakcja. Wychodzą ponownie, kłaniają się po raz kolejny. Po ich stronie również zadowolenie. Wyborny występ. Teraz wszyscy biegną na Destroyera. Ja chyba nie chcę. Czekam na Primal Scream i album „Screamadelica” w wersji live. Ludzi mnóstwo, jakby wszyscy przyszli ich zobaczyć. Tłoku jednak nie ma. Zaczynają rythm'n'bluesowo. Jak Rolling Stones, tylko bardziej gęsto i nieco kwaskowato. Pojawiają się gospelowe wokalizy. Nie przepadam za taką muzyką, studyjnej wersji tej płyty nie ogarnąłem, bo to nie moja stylistyka. Trzeba jednak tańczyć. Ciało samo się porusza w rytm muzyki. Tańczyć, bo zmęczenie nie pozwala zwyczajnie stać. Primal Scream zrobił z Offa niezłą balangę. Chyba jestem w stanie sobie wyobrazić, jak wyglądały koncerty w epoce, chwilę po wydaniu tej płyty. W trakcie koncertu piszę smsa do Prazeodyma. Ustawiamy się na jutro na spotkanie. Po koncercie dopada mnie jednak zmęczenie, idziemy do namiotu. Koledzy zostają.

Spostrzeżenie: Polskie zespoły nie potrafią albo nie chcę się chyba dobrze nagłaśniać. Koncerty Gang Of Four, Primal Scream czy PIL, o którym później, dawały pełną klarowność i obłędne brzmienie. Kury grające z własnym realizatorem nie zaprezentowały dźwiękowo niczego powalającego, lekki muł unosił się w dźwięku. Czekam na jakąś poprawę, bo możliwości z pewnością były.

Kury, Gang Of Four i Primal Scream wyznaczyły nowe poziomy w ocenie koncertów.

cdn

_________________
http://67mil.blogspot.com/


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: czw, 11 sierpnia 2011 13:19:42 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
sob, 17 lutego 2007 09:03:24
Posty: 16316
..ja tak z ciekawości. Ile jest tych scen i czy trzeba biegac z jednej do drugiej i czy to wszystko jest w zasięgu ucha..chodzi mi o to czy muzyka z jednej sceny nie przeszkadza muzyce z drugiej..albo nawet trzeciej, bo nie wiem ile ich tam jest :) I czy koniecznie musi tam byc tyle tych zespołów? Bo to może trochę jest męczące..bo to ja wiadomo, że jestem już z frakcji dziaduff :wink: i zgreduff..
P.S. a relacja fajna i obrazowa :brawa:

_________________
..Ty się tym zajmij..


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: czw, 11 sierpnia 2011 14:21:16 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
ndz, 06 maja 2007 11:40:25
Posty: 13524
Skąd: Krk
Off Festival 2011, Katowice, Dolina Trzech Stawów

Dzień trzeci (niedziela, 7.08)
Budzę się z poparzoną głową. Już w sobotę nie było najlepiej, ale udawałem, że wszystko gra. Wychodzę dokonać porannych ablucji. Znów kolejka do kabin na kilometr. I w moim wypadku znów półśrodek. Myję się dokładnie przy zlewozmywaku. Grunt robi się podmokły. Słońce dziś z impetem rozpoczęło dzień. Idziemy na zakupy. Dziś znów śniadanie na trawie. Przesuwamy się jednak w cień. Tym razem nie kupuję piwka, za wcześnie, za ciepło. Z Cichym i z Basią idziemy do Media Marktu. Basia po drodze postanawia iść na kawę, a my zgłębiamy płyty w katowickim sklepie. Nic nadzwyczajnego. Kupuję „Dirt” Alice In Chains za 20 pln. Ogólnie stoiska z płytami w tym roku rozczarowały. Chyba zakupy za oceanem sprawiły, że inaczej patrzę na polskie ceny. Do stoisk jeszcze wrócę. Tymczasem idę po Basię, Cichy wraca na łąkę. W galerii spotykam kolegę z liceum. Nie widziałem go chyba 10 lat. Krótka rozmowa i rozstajemy się. Wracam z Basią na pole i udajemy się na teren festiwalu.

Dzień trzeci rozpoczyna Moja Adrenalina. I znów chyba lekka pomyłka, tak jak w przypadku Blindead. Nie ten zespół, nie to miejsce, nie ten czas. Spotykam dobrego znajomoego, Cygnusa, widzę znów Jotbee (o którym jeszcze nie wspomniałem, ale był na festiwalu od piątku i włóczyliśmy się zespołowo). Jest bardzo gorąco, chowamy się pod namiotem i czekamy na Kapelę ze wsi Warszawa. Ustawiam się w tym czasie na rozmowę z Prazeodymem. Widzę chłopa pierwszy raz. Myślałem, że jest starszy! :) Gawędzimy trochę, a potem idę kupić kolejną płytę. Stawiam na polskie zespoły i stoisko wytwórni W Moich Oczach. Wybieram Wielkanoc, bo Mikrofonów Kanionów już nie ma. Rozmawiam chwilę ze sprzedawcą i udaję się w kierunku sceny mBank. Kapela ze wsi Warszawa prezentuje muzykę jakiej nie słucham każdego dnia. Doceniam, ale rozsmakować się nie potrafię. Na horyzoncie widać chmury. Mam nadzieję, że nie będzie padać. Idziemy na kolejny koncert. Bielizna gra „Taniec lekkich goryli”. Zaczyna kropić. Ja bardzo liczę na ten koncert. Płytę uwielbiam i uważam ją za jedno z ważniejszych dokonań polskiej muzyki lat osiemdziesiątych. Dzisiejsza prezentacja jednak nie żre. Nie ma w tym „tego czegoś”. Janiszewski dwoi się i troi, przybliża kontekst, ale nadal nie żre, choć jedna chwila sprawia, że są dreszcze. Utwór tytułowy. Odbiór psuł też dźwięk, który kulał. Dudniło wszystko. Gdzie ta przejrzystość? Szkoda... A do tego doszła kolejna niedogodność. Deszcz narastał. Czy to było oberwanie chmury, to nie wiem, ale byłem cały mokry. Uciekłem pod namiot Sceny Trójki. Tam woda na ziemi, a na scenie rozkładają graty Frankie & The Heartstrings. Młodzi chłopcy, britpopują trochę. Widzę, że przestaje padać. Idziemy z Basią po nowe ciuchy pod namiot. Po drodze okazuje się, że scena mBanku zalana. Koncert Abradaba przesunięty zostaje na późne godziny nocne. Żałuję bardzo, bo wiem, że nie dociągnę. Na polu namiotowym chwila radości, bo nic nam nie zalało. Konsumujemy kanapki, przebieramy się i wracamy. Następna w rozpisce Anna Calvi. Przed tym jednak niespodzianka. Przy jednym ze stoisk kameralny występ daje Maciej Cieślak ze Ścianki. Gra kawałki z nadchodzącej płyty swojego zespołu. Mówi, że album będzie w październiku. Występu słucha kilkanaście osób. Piękny przerywnik. Idziemy dalej. Namiot Sceny Trójki wypełniony po brzegi. Anna Calvi daje piękny występ, czaruje głosem i gitarą. Pozostawia jednak duży niedosyt. Schodzi ze sceny 20 minut przed końcem wyznaczonego czasu i nie daje się wywołać po raz kolejny. Występ jednak dała znakomity. I uświadomiłem sobie, że porównania do PJ Harvey nie są dobre. Calvi znacznie bliżej do Jeffa Buckleya.
Przedwczesny koniec koncertu pozwala załapać się na sześć ostatnich utworów Liars. Początek był podobno średni, ale finał już całkiem satysfakcjonujący. Mocne, często zbliżające się do noiserocka granie nie gubiło jednak formy piosenkowej. Następnie udaliśmy się na Scenę Eksperymentalną, gdzie grała Oneida. Chciałem zerknąć przez kilka minut i udać się na koncert Deerhoof. Nie udało się. Wciągnęło mnie tak, że zostałem na cały koncert Oneidy i nie żałuję tego. Ich muzyka była jak zły odlot. Dwa zestawy perkusyjne, długie właściwie instrumentalne jamy wciągały całe ciało. Był w tym wszystkim niesamowity pierwotny groove, który nie pozwolił na opuszczenie namiotu. I dobrze. Jedno z odkryć festiwalu do zgłębienia w niedalekiej przyszłości. Po koncercie Oneidy znów padało. Coraz mocniej i mocniej. Udaliśmy się na piwo, żeby przeczekać. I tak z daleka usłyszałem cały koncert dEUS, który bardzo mi się podobał. Przepadło też pół koncertu Ariel Pink's Haunted Graffiti, ale drugie pół już zobaczyłem. Bardzo lubię ostatnią płytę tego zespołu, ale wykonanie sceniczne się nie broniło. Widać, że ten album to głównie produkcja, a nie piosenki, jak można by wnioskować z domowych odsłuchów. Spore rozczarowanie niestety. Po Arielu obraliśmy kierunek na Public Image Ltd. Nie za bardzo wiedziałem czego się spodziewać. I chyba dobrze, bo dostałem taki występ, że do teraz mnie trzyma. Rozpoczęli od „This Is Not A Love Song”. Rozbujało. Był „Albatros”, było „Religion”, był utwór tytułowy z pierwszej płyty, był fragment „Flower Of Romances”. Wszystko w wybornych wersjach. Kierunek obrany przez zespół sprawił, że repertuar był podszyty lekko taneczną nutą. Obłędny koncert, zespół w dobrej formie, Lydon również, fajnie byłoby usłyszeć nowy album. Ciekawe, że nie spodziewałem się po tym koncercie niczego wielkiego, a dostałem jeden z najlepszych występów na tym festiwalu. Piękny finał.

Odprowadziłem Basię i znajomych, bo wracali do Krakowa autem i sam wróciłem do namiotu. Padłem jak mucha.

cdn
[wuka, w kolejnym poście odpowiem na twoje pytania i podsumuję całość]

_________________
http://67mil.blogspot.com/


Na górę
 Wyświetl profil
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 211 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3, 4, 5 ... 15  Następna

Strefa czasowa UTC+1godz.



Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 3 gości


Nie możesz tworzyć nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Przejdź do:  
Technologię dostarcza phpBB® Forum Software © phpBB Group