Ultima Thule

Forum fanów Armii i 2TM2,3
Dzisiaj jest pn, 24 lipca 2017 01:51:19

Strefa czasowa UTC+1godz.




Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 14 ] 
Autor Wiadomość
 Tytuł: SHOEGAZE
PostWysłany: wt, 05 marca 2013 21:00:17 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
ndz, 20 stycznia 2008 13:09:14
Posty: 3362
To było kilka lat temu. Nie tak dawno, ale znałem wtedy dużo mniej muzyki niż teraz. Klasyka rocka, metal i punk trochę zaczęły mnie nudzić i coraz bardziej odpływałem w mniej znane mi rejony z zakresu...no, nie lubię słowa indie rock. Najpierw było Jesus and Mary Chain, Stone Roses. Potem Smiths. Lubiłem tę brytolską muzę. Z Ameryki Pixies, Sonic Youth. Odkryłem też, że Nirvana, która zawsze wcześniej wydawała mi się obciachowym zespołem, ma jednak pewne walory, których nie dostrzegałem.
Innymi słowy - w 2009 roku miałem taki gust jak alternatywny, brytyjski nastolatek w okolicach 1991 roku :wink:
Shoegaze trafiło do mnie w tym czasie. Najpierw było Ride - "Nowhere". Rozwaliła mnie ta płyta. Nazwe Ride poznałem jak czytałem o pierwszej płycie Myslovitz (tak, wiem, nuda, ale pierwsza płyta jest całkiem fajna, mimo lekkiej naiwności). W jej recenzjach często pojawiały sie nazwy Ride i Suede. Jakoś mi się tak wgrało więc, że Ride i Suede to jakieś podobne zespoły. Trochę sie pomyliłem - Suede grało jak The Smiths zapgrejdowane do lat 90. + Ziggy Stardust na wokalu. A Ride...
Jak mówiłem, rozwaliła mnie ta płyta. :) Pierwsze przesłuchanie było tak totalne, że z rozpędu dałem jej pięć gwiazdek na RYMie. Teraz troszkę mniej mi się podoba, ale dalej bardzo cenię. Najbardziej kozacki jest początek - bas z "Taxmana" zaloopowany na sześć minut, wymitający perkusista (niedoceniony gość), rozpływające się, słodkie wokale (to chyba najbardziej się z tego nurtu zestarzało) i gitary. Łaaałaałała. Coś jakby dwóch J Mascisów weszło jednocześnie na scenę i zaczęło toczyć jakiś pojedynek. Świetny utwór.
To co mi nie pasuje w tej płycie (trochę), to jednak lekka monotonia. Bo jak się słucha Seagulla (tak nazywa się pierwszy utwór), to można zastanawiać się "jak taki jest początek, to co będzie dalej!?". A dalej jest...po prostu miło. Lekką odmianą jest "Kaleidoscope" - coś jakby wczesne R.E.M. (z pierwszej płyty) kupiło sobie dużo efektów do gitar. A później tak sobie płynie, płynie. Lubiłem tę muzykę włączać do zasypiania. Tak, wiem, że to brzmi trochę głupio - fajnie się zasypia przy tym, że może taka nuda czy coś. Ale do takiego stanu lekkiego półsnu te mgiełki świetnie sie sprawdzają.
Z rozpędu posłuchałem jeszcze dwóch płyt Ride. "Smile" - składanka dwóch EP-ek z 1990 roku, tuż przed długograjem. Można słuchać jako normalnego albumu. "Nowhere" to monolit, EP-ki nie wciągają tak bardzo, ale mają więcej hiciarskich momentów. Mimo wszystko to jednak rzecz dla fanów - sam nie mogę tego słuchać zbyt często, przez wokale :)
Późniejsze płyty sprawdzałem, nuda. Nie spodobały mi się w ogóle.
Historia zespołu Ride skończyła się niewesoło. Spokojnie, nikt nie umarł czy coś. Pograli trochę, rozpadli się. Andy Bell - gość, którego porównałem tu do Mascisa został basistą 1519 składu zespołu Oasis. Trochę słabo, nie? :o
Ten post to taka rozgrzewka - chciałem założyć wątek, bo wiem, że jak zacznę, to będę będę musiał konsekwetnie kontynuuować. Wątek będzie rozwijał się w swoim tempie, nieśpiesznie. MBV zajmę się dogłębnie niedługo. Pozdrawiam czytelników i zachęcam do wypowiedzi :)

Obrazek
Ride - Nowhere: ****+
Ride - Smile: ****-


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: wt, 05 marca 2013 21:05:56 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
ndz, 06 maja 2007 11:40:25
Posty: 13524
Skąd: Krk
No, kurde! Yeah!

_________________
http://67mil.blogspot.com/


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: wt, 05 marca 2013 21:25:40 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 10 listopada 2004 14:59:39
Posty: 23740
Fajnie. Nie jestem jakoś obeznany, ale słyszałem to i owo. Wiem, że taka muza może się podobać. Pierwsze z czym miałem do czynienia to składanką MBV autorstwa Boskiego. Nie umiem za bardzo powiedzieć co na niej było, ale dość fajna :) . A to Ride też słyszałem. Pierwsze wrażenie bardzo przyjemne. Ale potem, póki co, nie udało się wrócić :wink: . Może pod wpływem tego wątku... Super jest ta okładka!


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: wt, 19 sierpnia 2014 12:17:41 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
ndz, 20 stycznia 2008 13:09:14
Posty: 3362
m b v


Za cholere nie pamiętam od jakiej płyty zaczęła się moja znajomość z tym zespołem. Pamiętam jednak, że odkryłem ich później niż Ride, że raczej nie zacząłem znajomości od "Loveless" i że na początku nie byłem jakiś powalony. W zasadzie to im więcej o tym myślę, tym bardziej jestem przekoanny, że moja znajomośc z mbv musiała zacząć się od EP-ki "You Made Me Realise". I myślę, że był to bardzo fajny punkt startowy.

Wszyscy znamy przypadki zespołów, ktore długo dążyły do wyrobienia swojego stylu i dopiero od którejś płyty "zabanglały". RHCP, Soundgarden - ich debiuty są sprawą znaną głównie fanom. M B V to jeszcze bardziej hardkorowy przypadek. Ich pierwsze EP-ki to rzeczy, które tak bardzo nie mają związku i ani trochę nie zapowiadają co będzie potem, że aż można się zaśmiać. Kiedyś je słyszałem i moje wrażenia oscylują gdzieś między dwoma, a trzema gwiazdkami. Przełomem była zmiana w składzie. Odszedł wokalista David Conway, przyszła Bilinda Butcher. Zespół osiągnął swój optymalny skład personalny: Kevin Shields, Bilinda Butcher, Debbie Googe, Colm Ó Cíosóig. Wszystko zaczęło zmierzać w odpowiednim kierunku.

Trzeba jednak przyznać, że pierwsze wydawnictwa w nowym składzie: singiel "Strawberry Wine" i minialbum "Ecstasy" (później wydane razem jako "Ecstasy and Wine") jeszcze nie powalają. Brzmienie jeszcze nie jest to, piosenki nie te. Ale chyba właśnie w tym momencie narodził się styl zespołu. Bilinda i Kevin już śpiewają po swojemu, piosenki mają charakterystyczną melodykę, bębnienie Colma też ma swój sznyt. Już niedługo dołożą do tego lepsze brzmienie, więcej charyzmy i trochę hałasu.

Obrazek

*** i 1/2

Ale jazda zaczęła się od następnej EP-ki. Nie ma nic dziwnego w tym, że kiedy grupa porządnie wzięła się za swoje reedycje, to składanka ich EP-ek ("1988-1991") zaczyna się właśnie od numerów z "You Made Me Realise". Można powiedzieć, że jest to pięć bardzo ładnych popowych piosenek, które ktoś próbował totalnie spieprzyć :) Melodyjki są zakorzenione w latach 60 i zderzają się z tym co w muzyce jest NOWE: brzmienie gitara, które przez kolejne lata będzie próbował podrobić każdy zespół shoegazowy, ropoznawalne bębnienie (na ten element chyba rzadko zwraca się uwagę, a ja uważam, że Colm bardzo ciekawie grał te przejścia, trochę nerwowo, oryginalnie), harmonie. Czyli w sumie to wszystko o czym wspominałem w kontekście poprzednich EP-ek, tylko dopracowane. A w te wszystkie brzmienia są ubrane świetne, zapamiętywalne piosenki: rozpędzona tytułowa (ze słynnym fragmentem hałasu, który na koncertach potrafił trwać kilkanaście minut), senne "Slow", słoneczny "Thorn", tajemnicze "Cigarette In Your Bed", urocze "Drive It All Over Me"...W "Soul Side Story" często pojawia się określenie "bajkowy". Dla mnie osobiście bajkowa jest muzyka My Bloody Valentine z tego okresu - oczywiście każdy może to odbierać inaczej :)

Obrazek

****+

_________________
gdzie znalazłeś takie fayne buty i taką fayną głowę?


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł: Re: SHOEGAZE
PostWysłany: wt, 22 września 2015 11:23:12 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
ndz, 20 stycznia 2008 13:09:14
Posty: 3362
Przyznam, że mała ilość odpowiedzi sprawiła, iż trochę zapomniałem o tym temacie. Przypomniałem sobie teraz. Postaram się nadrobić trochę zaległości.

Rozpocząłem temat M B V. Dokończę go niebawem, chwilowo nie mam jakiejś zajawki, żeby słuchać akurat tego zespołu, a nie chcę pisać bez słuchania. Poza tym jednak słucham ostatnio sporo shoegazu. Wpływ na to miał m.in. ZNAKOMITY koncert Ride na OFF-ie. Nieoczywista setlista, wymiatający perkusista, ogniste wykonania (rozlewający się "Seagull", punkowy "Like a Daydream" czy nawet "Black Nite Crash", jeden z niewielu dobrych utworów na beznadziejnej płycie "Tarantula"), triumfalnie zagrane hiciory ("Drive Blind", "Vapor Trails") przypomniały mi za co uwielbiam ten gatunek. Może jedynie w pewnym momencie zagrali za dużo wolnych utworów obok siebie. Ale wtedy leżałem na trawie, a niebo było piękne, towarzystwo też, więc na co narzekać?

Dzisiaj napisze o dwóch innych, mniej znanych zespołach:

Obrazek

p a l e s a i n t s & l u s h

Lush powstał w 1987 roku. Początkowo w składzie była Merial Barham, która jednak odszeła by śpiewać w drugiej grupie, o której dzisiaj piszemy: Pale Saints. Oba były zawsze w dobrych stosunkach, razem występowały, zdarzały się różne featuringi itd. Dlatego też poruszam te tematy razem.

Lush tworzyły dwie śpiewające gitarzystki: Miki Berenyi (bardziej wokale, mniej gitara), Emma Anderson (bardziej gitara, mniej wokale), oraz męska sekcja: Steve Rippon (bass) i Chris Acland. Zespół obrał (dość typową dla nurtu) taktykę wydawania wielu EP-ek. Stworzyło to o tyle ciekawą sytuację, że w momencie, kiedy ukazała się debiutancka płyta grupy, to w sumie był to już doświadczony zespół, mający na koncie naprawdę wiele nagrań i koncertów.

Pierwsza EP-ka nazywała się "Scar" i ukazała się w 1989 roku. Ten brutalny tytuł oddawał dobrze naturę grupy. Mimo wykonywania tak dalekiego od agresji gatunku, oraz posiadania dwóch kobiet w składzie, zespół miał w sobie jakiś pazur. Pierwszym numerem na płycie było "Baby Talk", zaczynające się od basu, który mógłby napędzać jakiś punkowy wymiatacz z 1977 roku. Potem wbija jazgotliwa gitara i kobiecy wokal. Drugi utwór "Thoughtforms" to jednak delikatny walczyk. To połączenie tego co słodkie z tym co gorzkie, szorstkie i nie do końca grzeczne, jest ciekawą cechą grupy. Na późniejszych płytach trochę ona zaniknęła, ale...nie do końca. Cała pierwsza EP-ka utrzymana jest w podobnym klimacie i pokazuje zespół z najbardziej nieuładzonej strony. Lekką ręką daję ****+

Niedługo po "Scar" ukazała się druga EP-ka grupy: "Mad Love". Tym razem produkcja zajął się Robin Guthire, w tym czasie nagrywający z Cocteau Twins jedno ze swoich dzieł życia, album "Heaven or Las Vegas" (ja bardzo lubię, ale np. Antiwitek chyba mniej ;)). Pan Robin nieco wygładził kanty grupy Lush, na szczęście nie pozbawił jej tożsamości. Płytę zaczyna absolutnie piękny numer (wartburg) "De-Luxe", później mamy dwa wymiatacze, a na koniec powtórkę z walczyka "Thoughtforms". Same słodycze. Tak na ****

I wreszcie trzecia EP-ka. "Sweetness and Light". Mamy wakacje 1990 roku, Madchester szaleję, więc utwór leci na perkusyjnym bicie, który mógłby znaleźć się chociażby u Stone Roses. Na tym tle zespół (znowu nieco gładszy i ładniejszy niż wcześniej) maluje swoje pejzaże. "Sunbathing" to już tylko ten pejzaż, bez niczego innego. Jedynie w "Breeze" mamy trochę jazgotu. Niby to najłagodniejsze z ich wczesnych wydawnictw ale bardzo lubię. Czwóreczka. ****

Te wszystkie płyty zaraz po wydaniu ukazały się na płycie zatytułowanej "Gala" (chyba od żonki Salvadora, ale nie jestem pewien). Świetny, choć długi album. Oprócz utworów z EP-ek mamy tam między innymi całkiem skoczny cover Abby ("Hey Hey Helen") - czyżby zespół ten był inspiracją dla shoegazowych wokalistek? Myślę, że to możliwe.

Zespół kroczył swoją EP-kową drogą dalej. "Black Spring" zaskakiwało przede wszystkim "Fallin' in Love" - delikatnym coverem Beach Boys z automatyczną perkusją i rozmarzonymi harmoniami wokalnymi. Troszkę madchesteru w "Nothing Natural", fajne, żywe "God's Gift", kolejny walczyk "Monochrome". Udana płytka, ale jednak słabsza niż poprzednie. **** z minusem niech będzie.

Robin Guthrie wyprodukował w końcu pełnoprawny album grupy, zatytułowany "Spooky" (nagrany 1991, wydany 1992). Płyta jest powszechnie uważana za leciutką porażkę. Produkcja rozmyła potencjał zespołu, piosenki też nie były tak wyraziste jak wcześniej. Miło się słucha, ale trochę wpada jednym uchem, a drugim wypada. Takie ***+

Słabo znam kolejny album "Split", ale z tego co słyszałem, to może być najlepsza pełnoprawna płyta tej grupy. Tu jest wszystko: ładne melodie, urocze wokale, ale tez dynamika i pewność siebie. Wszystko w idealnych proporcjach. Będę wracał do tego albumu. Na razie jednak nie podejmę się oceny (mimo, że na pewno byłaby wysoka). W ogóle nie znam albumu "Lovelife", na którym zespół skręcił w kierunku popu. Nie wątpię jednak, że zwrot ten mógł być całkiem udany, ponieważ płyta oceniana jest dośc wysoko przez ludzi, w których dobry gust wierzę :)

Niestety, w październiku 1996 roku perkusista Lush, Chris Acland popełnił samobójstwo. Był to koniec kariery grupy.

Tymczasem Pale Saints.

Pale Saints na początku było triem. Śpiewał (i grał na basie) w nim Ian Masters, posiadacz bardzo młodzieńczo-chłopięcego głosu, a dwóch innych kolesi grało na perkusji i gitarze. Zespół podobnie jak Lush, wydawał na początku jakieś EP-ki, ale nie znam ich. Chyba nie jest to wielka strata, skoro część numerów powtórzyli potem na debiutanckiej płycie "The Comforts of Madness". Jest to bardzo sympatyczny album, wydany w 1990 roku. Część numerów wyprodukował Gil Norton (ten od "Doolittle" Pixies) a część John Fryer. Właśnie produkcja sprawiła, że trudno było mi początkowo się przegryźć przez ten album. Nie wiem dokładnie o co chodzi, aczkolwiek faktem jest, że album brzmi bardzo w stylu 1990 roku. Dodatkowo piosenki też mają dość nietypową strukturę (np. nieoczekiwanie zwalniają i przyspieszają). Szybko jednak polubiłem całość, a szczególnie takie numery jak "You Tear the World in Two", "Language of Flowers" czy "Time Thief". Wyrazem mojego uznania dla płyty, był fakt, iż okładka (z kotem) służyła mi przez jakiś czas jako zdjęcie profilowe na fejsbuku. To chyba coś znaczy. ****+

Całkiem lubię też album "In Ribbons" (już nagrany z Meriel Barham). Dłuższy, bardziej rożnorodny i chyba mniej doceniony niż poprzednik. Szczególnie zwracają moją uwagę na nim kombinacje z rytmiką. To też płyta, w którą trzeba się trochę wgryźć, jej urok nie jest oczywisty, ale wg. mnie opłaca się to. ****

Dalszej twórczości Pale Saints nie znam. Zespół rozpadł się w 1996 roku.

Dziękuję za uwagę. Pozdrawiam.

_________________
gdzie znalazłeś takie fayne buty i taką fayną głowę?


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł: Re: SHOEGAZE
PostWysłany: wt, 22 września 2015 14:43:59 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 09 listopada 2004 20:43:51
Posty: 2986
Skąd: z Trawberry Fields
O, w samą porę. Kilka tygodni temu zacząłem sobie słuchać Ride. Są momenty bardzo fajne, są i mielizny. Ogólnie lubię takie rozlazłe, melizmatyczne granie i śpiewanie - człek się tak trochę dzięki niemu może zanurzyć w nierzeczywistości. Twórczość Ride bardzo przypomina mi pierwszą płytę Blur - Leisure. Tylko mam wrażenie, że Blur poszli do przodu, a Ride zostało, gdzie było. Nie jest to wielki zarzut, ale jednak chyba trochę może się to przejeść z czasem.
Na Ride z kolei trafiłem w zupełnie dziwny sposób. Oglądałem na YT filmy z wyczynami surferów i podkładem muzycznym do filmu o megafali (https://www.youtube.com/watch?v=uIBgWI_BTyM) była muzyka australijskiego zespołu The Laurels. I na Wiki było napisane, że oni cenio Ride... :D


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł: Re: SHOEGAZE
PostWysłany: wt, 22 września 2015 15:28:53 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
ndz, 20 stycznia 2008 13:09:14
Posty: 3362
Cytat:
Twórczość Ride bardzo przypomina mi pierwszą płytę Blur - Leisure.


Fakt, ta płyta bardzo dobrze oddaje, co w brytyjskiej muzyce alternatywnej z przełomu 80s/90s było cool (shoegazowe gitarki, beaty z Madchesteru, niektóre utwory trochę pod Stone Roses). I fakt, że Blur poszedł mocno do przodu, ładnie wchodząc w brit-pop. Co prawda Ride na dwóch ostatnich płytach też jakoś kombinowało w tym kierunku, ale wyszło to dość blado i nijako.

Swoją drogą to pewne wpływy gatunku słyszę też w Oasis, szczególnie na pierwszej płycie. Wiadomo, że ten zespół to inna bajka, ale w tych numerach (np. "Columbia") pod ładnymi melodiami gdzieś tam się kryją szumiące gitary...

A jeszcze co zespołów, które inspirowały się Ride: Rojek nigdy nie ukrywał, że Myslovitz na samym początku działalności chciało być takim polskim Ride 2.0 :D W niektórych numerach zdarzały się wręcz dosłowne cytaty, żeby nie powiedzieć zżynki. Później ekipa Rojka poszła w trochę innym kierunku, ale pierwsza i druga płyta mówią same za siebie. Zresztą nawet coverowali wtedy "Drive Blind".

_________________
gdzie znalazłeś takie fayne buty i taką fayną głowę?


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł: Re: SHOEGAZE
PostWysłany: wt, 22 września 2015 19:08:11 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 10 listopada 2004 14:59:39
Posty: 23740
Prazeodym pisze:
Tym razem produkcja zajął się Robin Guthire, w tym czasie nagrywający z Cocteau Twins jedno ze swoich dzieł życia, album "Heaven or Las Vegas"


Prazeodym pisze:
całkiem skoczny cover Abby ("Hey Hey Helen")


Jakoś mi pasuje jedno do drugiego :) .
Ale może warto by sprawdzić to Cocteau Twins - dać drugą szansę.

Na pewno poczułem się zachęcony do sprawdzenia Lush - tych pierwszych epek.
W ogóle super wpis.

O Ride na Offie mamy zgodność, zacytuję siebie, wybaczcie mi:

Cytat:
Ride na głównej. Trochę zaskoczenie. Bo wydawało mi się, że oni są bardziej szugejzowi, rozmarzeni - i nawet mieli intro z This Mortal Coil. A tu sprawnie trzaskali brit pop - z harmoniami wokalnymi, dużą energią, momentami lekko odjechanymi. No i bębniarz ich niósł, bębniarz ich ciągnął. Obserwowałem z dystansu, ale dobry koncert!

_________________
BUCEM BYĆ ŁATWIEJ ŻYĆ


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł: Re: SHOEGAZE
PostWysłany: czw, 24 września 2015 09:59:32 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
ndz, 20 stycznia 2008 13:09:14
Posty: 3362
Cytat:
Jakoś mi pasuje jedno do drugiego :) .


Pewnie, że pasuje. Ale ja jestem wielkim fanem Abby (pozdrawiam panie Crazy!), więc nie ma problemu ;)

Cytat:
Ale może warto by sprawdzić to Cocteau Twins - dać drugą szansę.


Na pewno jest to zespół, bez którego nurt opisany w tym wątku wyglądałby zupełnie inaczej. A może w ogóle by nie wyglądał. Zdaje się, że wśród polskich słuchaczy jakoś mniej docenione są płyty po "Treasure", ale ja właściwie wszystkie ich albumy lubię. Ale też mało słuchałem i wciąż czuję, że trzeba się w ten temat bardziej zagłębić. Ale przecież jest tyle fajnych zespołów, że trudno to wszystko przesłuchać ;)

A żeby ten wpis miał odpowiednią rangę, to napiszę, że dzisiaj słucham takiej ciekawostki:

Obrazek

Soda Stereo to, mocno upraszczając, w Argentynie był taki zespół jak u nas jakieś, bo ja wiem, Lady Pank. Różnie im się wiodło i nagle BÓM, w latach 90 znienacko zmienili styl na shoegaze. Wyobraźcie sobie, że jakiś nasz mainstreamowy zespół rockowy tak robi :) A płyta jest mocno przyzwoita, nie zachwyca i nie powala oryginalnością, ale zespół brzmi w nurcie bardzo naturalnie, piosenki są okej, taka porządna trójka. Fajna płyta.

_________________
gdzie znalazłeś takie fayne buty i taką fayną głowę?


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł: Re: SHOEGAZE
PostWysłany: wt, 13 października 2015 07:15:46 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 10 listopada 2004 18:55:19
Posty: 1036
Skąd: Łódź -> Poznań
Discogs opublikował 10 najlepszych nagrań shogaze:
http://www.discogs.com/blog/10-of-the-b ... ze-records
Chętnie łyknę po pracy.

_________________
Blaszony
Każde zwierzę koi dotyk.


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł: Re: SHOEGAZE
PostWysłany: wt, 13 października 2015 18:11:17 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
ndz, 20 stycznia 2008 13:09:14
Posty: 3362
Ja bym zrobił inną listę, ale ta jest całkiem fajna :)

_________________
gdzie znalazłeś takie fayne buty i taką fayną głowę?


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł: Re: SHOEGAZE
PostWysłany: wt, 02 sierpnia 2016 19:10:14 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
ndz, 20 stycznia 2008 13:09:14
Posty: 3362
Hejcia! Dziś opowiem wam o jednym z moich ulubionych zespołów lat 90. Właściwie to nie cała jego dyskografia pasuje do tego wątku (część płyt np. pasowałaby, wbrew dacie nagrania, do wątku SZEŹDZIESIONA), ale dobra, wczesne albumy są shoegazowe, albo conajmniej dreampopowe, więc dam ich tutaj :)

Obrazek

LILYS to zespół trochę nietypowy. Nie chcę się zbytnio rozwodzić, dlatego przygotowałem wprowadzenie do tematu w czterech punktach.

01. Lilys = Kurt Heasley, śpiewający gitarzysta, autor całego repertuaru. Oczywiście w zespole byli inni muzycy, ale lider jest jedynym stałym członkiem. Reszta składu stale się zmieniała i chyba nie było przypadku, że dwa albumy Lilys były nagrane w tym samym składzie.
02. Lider nie tylko lubił zmieniać skład, ale i zmieniał stylistyki. Tak jak nie ma dwóch płyt Lilys nagranych w tym samym składzie, tak też nie ma dwóch płyt, o których można powiedzieć, że jedna jest kontynuuacją drugiej. Czasem te zmiany były dość radykalne - w latach 90. zespół przeszedł od czystego shoegaze'u, poprzez luzackiego indie rocka, wyciszony dream pop po otwarte nawiązania do tradycji lat 60.
03. Kurt Heasley miał dziwną pasję - lubił naśladować inne zespoły. Nie, nie zżynał nic, może czasem ukradł jakiś riff czy melodię, ale ja osobiście nie znam takiego przypadku, więc przyjmijmy, że tego nie robił. On natomiast zapożyczał od innych zespołów styl i robił to (nie moje określenie) niczym małe dziecko, które buduje model samolotu i stara się odtworzyć wszystkie detale oryginału. Kiedy miał (na początku kariery) zajawkę na My Bloody Valentine, nagrywał album, który brzmi tak jakby dla zabawy i dla własnej satysfakcji chciał zrobić najdokładniejszą możliwą symulację jak mógłby brzmieć następca Loveless - i robił to bardzo wiarygodnie. Później nie robił aż tak dokładnych kopii, ale wciąż inspirował się innymi - na Eccsame the Photon Band chciał być indie rockowym Davidem Gilmourem (no, tylko, że bez solówek), na Better Can't Make Your Life Better Lilys brzmiało jak mieszanka różnych szeździesionowych zespołów, zaś na The 3 Way lider wyraźnie zerkał w stronę The Kinks. I to wiecie - bez żadnych dosłownych kopii. Gdyby Heasley przeżywał fascynację Legendą, pewnie kupiłby sobie waltornię, odtwarzał w studiu brzmienia i sprzężenia Bryla, ale użyłby tych elementów jako oprawy nowych, własnych utworów.
04. No właśnie. Skoro gość tak kopiuje innych to po co go słuchać? Cóż, Heasley jest jednym z moich ulubionych kompozytorów w całej muzyce rozrywkowej. Jego piosenki są (w moim mniemaniu) świetnie napisane - chwytliwe, ale niebanalne, fajnie operujące dynamiką, ciekawie zaaranżowane i po prostu wciągające. I mimo wszystko, mimo tylu zmian stylistycznych, słychać w nich zawsze rękę Heasleya. Czyli podsumowując - człowiek pisze bardzo ciekawe utwory, a potem dla zabawy, może też dla oddania hołdu, ubiera je w oprawę brzmieniową, będącą wyrazem jego fascynacji danym zespołem. Dla mnie to spoko :)

Przejdźmy do płyt.

In The Presence Of Nothing, debiut z 1992 roku, to właśnie wyraz fascynacji My Bloody Valentine. Te bezpośrednie nawiązania sprawiają, że płyta bywa krytykowana. Jeśli jednak przymruży się oko, to fan gatunku może mieć z tą płytą masę świetnej zabawy. Utwory na niej zawarte stoją na tym samym poziomie co wiele rzeczy My Bloody Valentine i gdyby ktoś je włączył do tracklisty "Loveless", to na pewno nie odstawałyby na minus - warto sprawdzić chociażby piękne There's No Such Thing As Black Orchids czy Tone Bender. Odejściem od obranej stylistyki jest dronujące The Way Snowflakes Fall. Must have dla tych, którzy czują niedosyt, że MBV nagrało tak mało płyt.

A Brief History Of Amazing Letdowns (1993) pokazuje, że zabawa w udawanie MBV się skończyła. Zespół wyluzował i zaczął grać fajną melodyjną rypaninę (określenie by Boskey ;)) w stylu typowym dla alternatywnej dziewięćdziesiony. Mamy to po prostu fajne, wakacyjne numery na wpadających w ucho riffach. Takie jak chociażby Ginger.

Eccsame the Photon Band (1994) to powrót do rozmarzonej stylistyki, ale już w trochę innym klimacie. Piosenki powoli rozwijają się i snują, czasem hipnotyzują i wręcz usypiają (to nie wada!), by po chwili na moment rozbudzić słuchacza, a następnie znowu przywrócić go do sennego nastroju. Dużo tu ładnych gitarowych motywów i melodii. Najlepsze momenty to właśnie taki snujący się High Writer at Home oraz bardziej dynamiczne Hermit Crab (ależ lubię ten riff z początku!) i Radiotricity. Jak poznałem tę płytę, to dałem jej 3 na RYMie, a potem zwiększałem ocenę co kilka miesięcy o pół, aż doszła do piątki...

Better Can't Make Your Life Better (1996) to zaskakujący zwrot akcji w kierunku szeździesiony z jej wszystkimi cechami charakterystycznymi (np. niektórymi gitarkami czy wokalami niczym z płyt Czerwonych Gitar). Trochę to komiksowe, ale lubię te numery, takie jak Shovel into Spade Kit czy Tennis System. Jest w tym wszystkim więcej dobra niż można usłyszeć na pierwszy rzut ucha ;)

The 3 Way (1999) czyli płyta pod patronatem The Kinks. Zaczyna się okropnym numerem Dimes Make Dollars - oklepane granie, ale tylko dwie minuty, więc można wybaczyć. A potem jest fajnie - Socs Hips rozciąga formułę do siedmiu minut, a Accepting Applications At University to też bardzo stylowy numer. Fajowa płyta. Ciekawe co na to by Gero powiedział? :)

Niestety - nie znam płyt zespołu z XXI wieku. Ale jak poznam, to uzupełnię ten post :)

_________________
gdzie znalazłeś takie fayne buty i taką fayną głowę?


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł: Re: SHOEGAZE
PostWysłany: śr, 03 sierpnia 2016 16:43:49 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 10 listopada 2004 14:59:39
Posty: 23740
Prazeodym pisze:
Ciekawe co na to by Gero powiedział?


Też zastanawiałem się nad tym czytając tego posta! :)

_________________
BUCEM BYĆ ŁATWIEJ ŻYĆ


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł: Re: SHOEGAZE
PostWysłany: wt, 28 marca 2017 12:20:38 

Rejestracja:
wt, 09 listopada 2004 14:28:10
Posty: 668
Nowa płyta Slowdive po dwudziestu coś latach:
https://slowdive.bandcamp.com/album/slowdive


Na górę
 Wyświetl profil
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 14 ] 

Strefa czasowa UTC+1godz.



Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość


Nie możesz tworzyć nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Przejdź do:  
Technologię dostarcza phpBB® Forum Software © phpBB Group