Ultima Thule

Forum fanów Armii i 2TM2,3
Dzisiaj jest pt, 19 stycznia 2018 06:23:57

Strefa czasowa UTC+1godz.




Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 801 ]  Przejdź na stronę Poprzednia  1 ... 47, 48, 49, 50, 51, 52, 53, 54  Następna
Autor Wiadomość
 Tytuł:
PostWysłany: pn, 26 sierpnia 2013 07:20:21 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
czw, 03 grudnia 2009 09:47:39
Posty: 485
Crazy pisze:
Teraz wypadło by jeszcze posłuchać Out To Lunch...

No to idź za ciosem i dorzuć "Last Date", ale wcześniej koniecznie "Point of Departure" Andrew Hilla, gdzie gra Dolphy z sekcją z "Out to Lunch"

_________________
Robert Skruszony


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: pt, 30 sierpnia 2013 08:15:07 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
czw, 03 grudnia 2009 09:47:39
Posty: 485
KONFRONTATIONEN 2013 Nickelsdorf, 18-21 lipca

Dzień 4

Niedziela. Katolicka msza w Nickeldorfie o 9:30, więc wstajemy wcześniej niż zwykle. Po mszy od razu uderzamy do Neusiedl. Dzisiaj o wiele przyjemniej nad wodą, sączymy browarki ukryci pod daszkiem rozpiętym nad molo i spieramy się o muzykę, obserwując wyczyny austriackich żeglarzy. :lol:

Na południowy koncert w kościele ewangelickim jadę sam. Mam mocne postanowienie nie odpuszczania dzisiaj żadnego wydarzenia. Wśród publiczności dwie znajome postaci: siwy, brodaty, nieco korpulentny Evan Parker i wysoki, dystyngowany, wspierający się na lasce Alexander von Schlippenbach. A występują Isabelle Duthoit (głos, klarnet) i Franz Hautzinger (trąbka). Drobna i wiotka Isabelle to znakomita klarnecistka i mistrzyni "śpiewu" jakby przeniesionego z czasów kiedy ludzka mowa jeszcze się nie ukształtowała. Dwa lata temu słyszeliśmy ją tutaj m.in. w triu Bouge, z tym samym składem odwiedziła także ubiegłoroczną Krakowską Jesień Jazzową. Franz z kolei to wirtuoz trąbki ćwierćtonowej posługujący się swoim własnym językiem, w którym bardziej niż nuta i ton liczy się dźwięk wywołany ruchem powietrza w instrumencie. W Polsce bywał również, choćby przy okazji Warszawskiej Jesieni. Oboje prezentują sonorystyczny spektakl, w którym melodia, rytm, narracja, forma ustępują miejsca uszeregowanym w czasie przedziwnym brzmieniom, akustycznym zdarzeniom o różnym natężeniu i dynamice. Jakoś jednak w dusznym wnętrzu kościoła nie trafia do mnie ta "muzyka", może gdyby Isabelle więcej grała na klarnecie... Wychodzę przed bisami prosto w obezwładniające słońce, szczęśliwie do samochodu tylko parę kroków przez ulicę.

Fantastyczne żeberka poprawiają mi humor i udajemy się do Jazzgalerie. Wprost na próbę dźwiękową kwintetu LYSN, czyli Alfredo Genovesi (gitara), Rozemarie Heggen (gitara basowa), Hilary Jeffery (puzon), Steve Heather (perkusja) i Patrick Pulsinger (syntezator). Ustawianie wszystkiego trwa dobrze ponad godzinę: najpierw każdy z muzyków z osobna, potem wszyscy razem; co chwila ktoś schodzi ze sceny, aby sprawdzić brzmienie na widowni… W końcu zaczynają występ tuż przed 19. Po pięciu minutach wiem, że to znowu nie moja bajka - monotonnie dudniący bas, syntezatorowe szumy i pohukiwania, jednostajne gitarowe riffy i elektronicznie podrasowany puzon, który brzmi jak trąbka Davisa z czasów Bitches Brew całkiem nieźle usypiają, ale nic poza tym. Nudny, Panie, ten ichni nojsowo-drounowy dżez, ale kto ciekaw, niech posłucha na stronie kapeli. Gdzieś w połowie koncertu w drzwiach pojawiają się Schlippenbach i Parker, w ciemnych okularach a'la Blues Brothers, niewzruszeni znikają w biurze organizatorów.

Zaglądam do programu. Kolejny zespół to gitara, elektronika i wiolonczela. Lubię wiolonczelę. Rozpala się więc iskierka nadziei, którą wbrew wszystkiemu próbuję podtrzymać spacerując w przerwie po wsi. Dziś jednak nad wejściem do Jazzgalerie ktoś powinien był napisać "Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy wchodzicie". Tak też i moja malutka, osobista nadziejka gaśnie, kiedy widzę jak Noid kładzie wiolonczelę na płask na kolanach. Tamara Wilhelm (elektronika) i Kazu Uchihashi (gitara, daxofon) uzupełniają skład. Kazu od ponad 10 lat dość regularnie grywa w Polsce i w ogóle - jak się okazuje - jest znaczącą postacią światowej sceny free-improv-noise'u, więc wstyd się przyznać, że dotąd umykał mojej uwadze. W każdym bądź razie Tamara szumi, trzeszczy, stuka i skrzeczy na jakimś laptopopodobnym ustrojstwie a Noid niemiłosiernie katuje wiolonczelę z rzadka tylko używając strun. Kazu jednak to inna bajka. I choć cały czas pozostaje w nojsowej konwencji to tworzy brzmienia na tyle urozmaicone i wciągające, że zaczynam mieć perwersyjną ochotę na jego solowy występ i jakoś udaje mi się przeżyć obecny koncert bez znacznego uszczerbku na zdrowiu. Uff, za dużo jednak takiej awangardy jak na jeden dzień!

Zostajemy na widowni, żeby obserwować przygotowania do kolejnego koncertu. Obsługa ustawia fortepian pod kierunkiem Paula Lovensa, który za moment błyskawicznie rozkłada swój minimalistyczny zestaw. Skupiony Schlippenbach, po schodkach zaimprowizowanych ze skrzynek po piwie z pewnym trudem wspina się na scenę, uderza kilka akordów i wyraźnie zadowolony siada z boku ciężko opierając się na lasce. Lovens popieściwszy nieliczne bębny i talerze uśmiecha się do Evana Parkera, który jakby znikąd zmaterializował się na scenie. Parker chwilkę dmucha w swój tenor, potem cała trójka sprawdza czy wszystko stroi jak należy i są gotowi. A ponieważ całość nie trwała dłużej niż 20 minut, to muszą poczekać na powrót publiczności wzywanej niecierpliwym dzwonkiem.

Na ten występ ostrzyłem sobie zęby od dawna. Słynne trio Alexandra von Schlippenbacha koncertuje stosunkowo niewiele, od lat wybierają się w krótką jesienno-zimową trasę (Winterreise) i to właściwie tyle. Nagrywają teraz również sporadycznie, ostatnia bodajże płyta to Bauhaus Dessau sprzed 4 lat. Szykowała się więc gratka nie lada i powiem od razu, że było rewelacyjnie.
Parker raz niepokoi krótką poszarpaną frazą, raz hipnotyzuje wijącymi się słodkimi liniami; Schlippenbach nieustannie prze do przodu, jednocześnie prosty i skomplikowany, klasyczny i awangardowy, szorstki i delikatny; Lovens misternie łączy i podkreśla, finezyjnie "akompaniuje" i uzupełnia, doprawia całość akwarelowym kolorem. I nagle pośród tego uniesionego zasłuchania słyszę szept: "On gra boogie!" Rzeczywiście lewa ręka Alexa wygrywa szalone boogie-woogie, a prawa buszuje w krainie freejazzowych czarów. Odpadam! A potem Schlippenbach zerka na zegarek i wiadomo, że zbliża się nieuchronne, bo w przeciwieństwie do publiki, muzycy są w tym roku są nad wyraz zdyscyplinowani. Godzinny set, ewentualnie jeden bis i koniec. Nie inaczej jest i tym razem - panowie uskrzydleni reakcją widowni dziarsko kłaniają się i uśmiechnięci udają się w stronę festiwalowego biura, nawet Schlippenbach zapomniał o dokuczającej mu nodze.

Jest już po 23 i muszę odwieźć syna do hotelu (jakaś ta dzisiejsza młodzież mało odporna). Na ławce pod ścianą, pomiędzy żywo rozprawiającymi czterema zwalistymi osobnikami siedzi Honsinger w nieodłącznym kapelusiku: drobny, milczący, zapatrzony w dal, wsłuchany w muzykę, która właśnie wybrzmiała. Czymże byłby ten festiwal bez jego nieobecnej obecności?

Wracam w niecałą godzinę i przed finałem imprezy mam jeszcze czas na kufelek i pogawędkę z p. Winiarskim z NotTwo. A finał kroił się naprawdę wielki. Ilościowo i jakościowo, bo zagrać miał zespół Matsa Gustafssona Fire! Orchestra, a właściwie Fire! Ensemble, czyli Orkiestra w składzie uszczuplonym do 18 osób i nieco zmienionym w porównaniu z wydaną na początku roku płytą Exit!, gdzie zagrało 27 muzyków! Muzykę Orkiestry bardzo trafnie scharakteryzował Piotr Rudnicki na Jazzarium nie będę się więc tutaj wymądrzał. Po prostu: to było porywające zakończenie festiwalu!

cdn.

_________________
Robert Skruszony


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: sob, 31 sierpnia 2013 10:33:49 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pn, 26 stycznia 2009 20:04:57
Posty: 13197
Skąd: ze wsi
Robert, świetnie piszesz o tym festiwalu i bardzo chciałbym sie odnieść i tam nawet być, choć wiem, że mógłbym go nie przeżyć, no i tak zazdroszczę :D. Już same brzmienia nazwisk artystów budzą we mnie respekt zmieszany z dużą dawką niepokoju, a cóż dopiero ich gra? Ostatnio jednak oddalam się jakoś od tych zawziętych brutali, ku dźwiękom radosnym i pogodnym, a nawet mocno łobuzerskim, tak tak! jestem Dizzym Gillespiem!!!

ObrazekObrazek

Szczerze powiedziawszy odzyskuję dawny wigor szczeniaka i powracają dawne miłości. To miłe uczucie. Tak się cofać w rozwoju, cofać i cofać, aż może zostanę embrionem? i zacznę słuchać na powrót przedwojennych dokonań Luisa!?
Bardzo mi to odpowiada.

Współczesna muzyka improwizowana, kiedy przestaje być jazzem zaczyna być wyciem skatowanej duszy, dobrze gdyby jeszcze to, ale czasami robi krok dalej, czyli usuwa, albo jak to było modne: "dekon... (cośtam cośtam) czasownik "wycie", połyka rzeczownik "dusza" i pozostawia mi przymiotnik "skatowanej" jako główne danie, a to jest na moje obecne nerwy zbyt wiele.
Po prostu mówię dość takiej komunikacji, choć kto wie co będzie za jakiś czas? jeśli będzie jakiś czas.





Obrazek
*****
Dizzy Gillespie / Sonny Rollins / Sonny Stitt - Sonny Side Up (1958)

Dizzy Gillespie - trąbka i śpiew
Sonny Stitt - tenor
Sonny Rollins - tenor
Ray Bryant - pianino
Tommy Bryant - bass
Charlie Persip - perkusja


O!
A tu co mamy?
O tej muzyce można powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że nas zasmucała.
On the Sunny Side of the Street - sam temat prztworzony przez Dizzyego i poddany jego pulsującym, chomikowym policzkom, które nadają mu pogodny ton niedzielnej słonecznej jajeczniczki wprowadza nastrój rzucania kamykami do wody. Co za skład! Można podkradać węgiel! Zakładać tekturowe ubranie i podrywać starsze koleżanki z perlącymi się niczym rosa zębami. Tu nikt nie mówi: NEIN!
Jak pracuje sekcja! A jak?! A tak, że mozna odkryć znaczenie i funkcję bioder i radość, że przypominają dwa złączone kufle od piwa... Gillespie!!! co za solo! Potem Rollins i już tylko śpiew:
If I never had a cent
I'd be rich as rockefeller
Gold dust at my feet
On the sunny side of the street

Po tym wstępie killer Sonnyego Stitta The Eternal Triangle. To tutaj można zwariować i zakopać rodowe kosztowności w ogródku podczas zabawy w ciuciubabke!
To jest pogoń za niestniejącym! Przeszywające się nawzajem śmiertelne solówki jak na placu zabaw, wszystko śmiertelnie pogodne i niezniszczalne! Jazz jest lekarstwem, które należy odpowiednio mocno wstrząsnąć przed użyciem. MIstrzowie o tym wiedzą i kulają w zakrętach aort niczym triglicerydy nasączone olkoholowym roztworem ze skarmelizowanym kapiszonem. Z drogi rodzinko! Tatuś jest zdecydowany się wykompać! a potem owoce morzna! i odwołać wszystkie wizyty u lekarzy! słoneczko na wschodzie! ach! przecinające się nawzajem tony dwóch saksofonów podniesione o skalę wyżej dzięki trąbkowym podmuchom. Jest o co walczyć! Jest za co ginąć!
A potem After Hours, blues. Jazz, który traci bluesa, zyskuje katusza. Co za pianissimo, okrągłe akordy, jaki słing! koniecznie posłuchać! nie dyskutować! przy tej muzyce można sobie wyznać wszystko! nie uprane skarpetki schowane za szafą, kłamstewka dotyczące konta, stan zdrowia trzustki, i kupić kwiaty na krechę i dostać nimi po łbie za wyrzuconą mamonę w ogrody... jacy oni sa pieknie prostolinijni... zwłaszcza Rollins i ten pijaninista... uważam, że świeżo zakochani... nieszczęśliwie i dlatego tak jest im dobrze wziąć te instrumenty i poprzytulać... to jest dżez! kochani! to znaczy blues... :D
I Know That You Know kończy płytę w samą porę poranka, kiedy sny stają nad nami jeszcze w swym rozkroku i targają za nos. Tenorzysta wycofuje się okręznymi ruchami w zaświaty, ale przywołany przez trębacza odpowiada przez zaciśnięty nos: "wiem wiem... rączka z nieba i czas wagarowicza"... I Know That You Know... love!!!

_________________
un tralala loco


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: wt, 03 września 2013 09:58:37 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
czw, 03 grudnia 2009 09:47:39
Posty: 485
Pietruszko, nie cofaj się zbyt daleko w rozwoju, bo jeszcze spotkasz w jakiejś jaskini praprapraprababcię Isabelle Duthoit. :wink:

-----------------------

KONFRONTATIONEN 2013 Nickelsdorf, 18-21 lipca

Dzień 5

Podsumowanie.

Najlepszy koncert: Chino Shuichi/Tristan Honsinger

Koncerty DKV, tria Schlippenbacha czy Fire! były równie dobre, czego zresztą można było oczekiwać, natomiast Chino i Tristan do znakomitego występu dodali jeszcze element niespodzianki.

Najciekawsze wydarzenie sceniczne: Butch Morris Dedication Orchestra

Tu nie było wątpliwości. Ci, co zwykle dzielą i rządzą, tym razem dzieleni i rządzeni - bezcenne :mrgreen:

Najciekawsze wydarzenia pozasceniczne:
1. Joelle Leandre, schodząc po występie ze sceny, spotyka Drake'a taszczącego statyw do hi-hata.
Leandre: Is that all what you have, Hamid?
Drake: That's all what I need, Joelle!
Oboje szczerzą zęby. :lol:

2. Paul Lovens w ogrodniczkach o dwa numery za dużych :D

3. Tristan Honsinger 8-)

Atmosfera tego festiwalu taka sama jak dwa lata wcześniej, tylko bardziej urlopowa i sielankowa (pogoda w końcu iście wakacyjna). Starałem się ją oddać, wspominając o tak wielu drobnych pozamuzycznych szczegółach, ale i tak trzeba tego doświadczyć samemu.

Festiwal na pewno nie pozwala na wyciąganie wniosków natury ogólnej, co do kondycji współczesnej muzyki improwizowanej. Jej odmiany z obu stron Atlantyku/Pacyfiku różniły się zawsze i takie już pozostaną. I dobrze! W każdym bądź razie nawet te bardziej awangardowe przedsięwzięcia, które w nagraniach są nie do zniesienia, na żywo czasami dają się słuchać (np. Butcher/Leandre/Strid/Bruckner). I nie zawsze jest to tak straszne jak się zapowiada.

Z improwizowanym noise'm w wersji live - i w takiej dawce - miałem do czynienia po raz pierwszy i cały czas nie mogłem pozbyć się uczucia jakiejś nudnej banalności tego, co trafia do mych uszu. Jedynie Kazu Uchihashi wzbudził u mnie pewne zainteresowanie, ale ten gość (o czym dowiedziałem się później) gitarę katuje od 12 roku życia, zaczynał od elektrycznego jazzu, nieobcy jest mu też rock, funk, muzyka teatralna i filmowa - po prostu słychać, że Kazu wie, co i dlaczego gra; o reszcie "hałasujących" w Nickelsdorfie wykonawców jakoś powiedzieć tego nie mogę.

"Starzy" wyjadacze nie zawiedli i tym razem. Niektórzy "średni wiekiem" też dają radę i mam tu na myśli przede wszystkim Gustafssona, za którym nie przepadam, ale jego orkiestra jest rzeczywiście rewelacyjna. Improwizująca "młodzież"? No, nie wiem... Zobaczymy.

"I to by było na tyle". Dziękuję ;)

_________________
Robert Skruszony


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: wt, 03 września 2013 16:08:39 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 10 listopada 2004 14:59:39
Posty: 24199
Bardzo fajny opis, czujny jeśli chodzi o ciekawe postacie, dzięki :) .


robertz pisze:
"Last Date"


Przy okazji sprawdziłem znów ten materiał :) .

_________________
puzony apokalipsy


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: ndz, 08 września 2013 11:05:38 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 10 listopada 2004 14:59:39
Posty: 24199
Na fali słuchania jazzu postanowiłem sprawdzić dźwięki sprzed lat. Pożyczyłem z internetów materiał, który mam na winylu: Pick Up "zakaz fotografowania". Z dopiskiem Free Funk Punk Harmolodic :) .

Obrazek

Za dzieciaka była to dla mnie dość trudna sprawa, ale czasem się z tym zmagałem. Dziś wyczuwam tu inspirację Dolfim czy Kapitanem. I całkiem mi się podoba. Ostre granie, zwłaszcza sekcja z basem :) .

A grają tu Alek Korecki, Krzysztof Głuch, Krzysztof Popek, Henryk Gembalski, Andrzej Rusek i Jerzy Głód. Rzecz nagrana w 1984 roku - kojarzy ktoś?

PS. Strona B trochę bardziej stonowana. Bardzo fajny album.


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: ndz, 08 września 2013 11:22:47 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pn, 29 maja 2006 07:57:07
Posty: 10786
Skąd: Gdynia
Jak jest Korecki to zapowiada się interesująco :wink:

_________________
Obrazek


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: ndz, 08 września 2013 11:25:49 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 10 listopada 2004 14:59:39
Posty: 24199
Spróbuj! A ja chętnie sprawdził bym drugą taką płytę z przeszłości: Priest & Big Cork: Korecki, Bronek Duży i Krzysztof Popek. Tej słuchało mi się lepiej, nie była też do końca poważna. Ale jej jeszcze nie znalazłem :) .

_________________
puzony apokalipsy


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: czw, 03 października 2013 11:16:24 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 09 listopada 2004 21:37:55
Posty: 20195
Na fali roku 1967 oraz kontrowersji, czy płyta The Real McCoy jest wybitna, czy wręcz przeciwnie, posłuchałem sobie jej po dłuższym czasie.
Chyba już nie pierwszy raz okazało mi się, że pamiętam ją przez pryzmat dwóch pierwszych utworów. Jest to nieco mylące, fakt, bo te pierwsze dwa (Passion Dance i Contemplation) mam za dzieła naprawdę fenomenalne - pierwszy to dla mnie arcydzieło bebopu, a nie ukrywam, że bebop jest dla moich uszu najlepszym, co się zdarzyło w jazzie (tak jak free jazz - najgorszym :P ). Drugi to jakaś totalna hipnoza, ogromne skupienie, napięcie i jednocześnie melancholia. W obu przypadkach ******
Strona B jest jednak znacznie, że tak powiem, cieńsza. Dalej mi się tego świetnie słucha, ale trzeci utwór, Four by Five, troszkę zbliża się ku pitu pitu, a czwarty, Seach For Peace, do tego słit dżezu, co w klawiaturze elronda jest zapewne zniewagą, a mi specjalnie nie przeszkadza, ale i nie zachwyca. Dopiero piąty ostatni utwór, Blues on the Corner, jest naprawdę bardzo fajny, pasuje jak ulał do swego tytułu.
Tak więc strona A ******. strona B może ze ****. Strona A jest dla mnie kontynuacją Love Supreme w linii prostej, to jest muzyka ze świątyni. Strona B to "dżezik".
I chyba jednak musiałbym zweryfikować, że jest to moja płyta jazzowa numer dwa. Owszem Passion Dance i Contemplation mają bankowo miejsce gdzieś w samym topie moich ulubionych utworów jazzowych, ale całą płytę o kilka pozycji może powinienem obniżyć.

Co nie zmienia faktu, że w 1967 będzie wysoko!

_________________
ćrąży we mnie zła krew


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: ndz, 29 grudnia 2013 19:35:00 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pn, 26 stycznia 2009 20:04:57
Posty: 13197
Skąd: ze wsi
antiwitek pisze:
Rzecz nagrana w 1984 roku - kojarzy ktoś?

ja kojarzę, a nawet chyba mam jeszcze tę płytę. Miałem podobnie jak Ty: zmagałem sie z tymi dźwiękami od czasu do czasu, ale brakowało mi tam czegoś, jakiejś surowości, o którą chętnie posądzam jazz. Podobała mi się okładka, ten aparat... zwłaszcza, że wtedy gdy kupiłem płytę - mniej więcej - pojawiły sie papierosy Reporter, w twardym kartoniku i także z aparatem na okładce: to było wydarzenie, paliło się je godzinami na alei Lipowej pod rosłymi lipami...

Temat przyśniedział, a tyle fajnych rzeczy się pojawiło, bądź jawia, że hoho albo iskra.

Z płyt, które rzuciły ostatnio swoich najbliższych polecam zwłaszcza ten: genialny album, genialnego muzyka:

Obrazek

*****

Już sama okładka charakteryzuje z czym mamy do czynienia. Piętnastoosobowy zespół uwolniony przez Braxtona z listy zażaleń i oddany jakby w jakieś wektory spętań i niezrozumiałych poleceń lidera, który odkrywa powoli cel swojej wędrówki. Nagromadzenie gadających przedmiotów, które dosłownie leją swoimi historiami, przywodzi na myśl literaturę. Tu wszystko ma swój jasny i klarowny cel, na który przypadkowo jeszcze nikt nie wpadł. I rzężenia czas nastał.
Czego tu nie mamy jak tumult, wrzawa metalu, którego nikt nie chciał wysłuchać... leją się łzy po nabrzmiałym puzonie, smarkają dysze-dusze, skrzypią skrzypki skrzypaczkom... świat nadaje swoim tonem z kosmosu... odradzam słuchać na słuchawkach! i przy dzieciach do 8 roku życia, bo mogłyby z pogardą odrzucić ludzki język i mówić trąbką, albo saksofonem barytonowym i miałyby zawsze rację, te metaliczne winorośle wszczepione w nasze ojcowskie, muskularne pachy! Po wszystkim oklaski. :shock: Ja też chcę darmowy bilet dla domu wariatów!!! Zabiorę ciocie! Założę ekscentryczne spodnie z wentylatorów. Bo chaos w tej muzyce jest pozorny. Bo jest ona niczym innym jak językiem, którego trzeba się nauczyć, albo tylko polubić i słuchać... słuchać... jak zanikającego odgłosu pociągu... bo to mija nas najwybitniejszy jazzman? muzyk? tego roku.

Obrazek

_________________
un tralala loco


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: sob, 11 stycznia 2014 10:16:42 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
ndz, 26 marca 2006 08:01:48
Posty: 17160
Skąd: z prowincji
Siedem godzin, które zmieniły jazz

_________________
Obrazek
"Niewole robią z nas ponurych i złych"
"Nie ma przypadków, są tylko znaki"


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: śr, 22 stycznia 2014 09:24:12 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
czw, 03 grudnia 2009 09:47:39
Posty: 485
Jakoś tak cicho było w tym wątku w roku ubiegłym, co jednak nie znaczy, że brakowało dobrych nagrań. Wręcz przeciwnie - urodzaj był tak wielki, że moje subiektywne podsumowanie mieć będzie kilka części. Na początek orkiestry :D

Zaczęło się w styczniu od bigbandowego trzęsienia ziemi za sprawą Matsa Gustaffsona i jego Fire! Orchestra: Exit! - wyrazisty basowo-gitarowy groove, tornado dęciaków zmiatające wszystko na swej drodze, soulowy śpiew wędrujący od zmysłowego liryzmu do rozdzierającego zawodzenia i z powrotem, porywające partie solowe; a wszystko co rusz zmieniające dynamikę i tempo, nastrój i kolor... (*****)

I zapewne ta płyta byłaby numerem jeden "orkiestrowego" jazzu gdyby ukazała się końcem roku, jednak kolejne miesiące sprawiły, że wybór nie był już tak oczywisty, bo pojawiły się...

The Sabir Mateen Jubilee Ensemble - zniewalające free z bluesowo-gospelowym korzeniem (*****)

Marty Ehrlich Large Ensemble: A Trumpet In The Morning - nieco lżejsza i bardziej przystępna, ale nie mniej fascynująca mieszanka dźwięków i rytmów pachnących Afryką i Karaibami, rozpiętych pomiędzy rockiem a awangardą (****3/4)

Na nową płytę The Resonance Ensemble czekać musieliśmy aż do końca listopada jednak tak długie oczekiwanie zostało wynagrodzone z nawiązką, gdyż nie dość że Head Above Water, Feet Out of The Fire to album podwójny, to jeszcze zawierający muzykę po prostu znakomitą. Wysmakowaną, aranżacyjnie wycyzelowaną i brawurowo zagraną w sposób poruszający serce i rozum (*****).

Trzeba tu jeszcze wspomnieć o dwu płytach na składy ciut mniejsze, jednak wciąż orkiestrowe w swym charakterze, czyli:

Ken Vandermark's Topology Nonet - Impressions of Po Music - rewelacyjna interpretacja (i hołd uznania) muzyki Joe’go McPhee z przełomu lat 70. i 80. z osobistym udziałem trębacza (****3/4)

New Atlantis Octet - Unto The Sun - na tle quasi-rockowych rytmów, gęsto tkanych przez dwie perkusje i dwa kontrabasy, dzikie, gwałtowne granie trąbki, saksofonu, puzonu i gitary; zespołowo wyimprowizowane dwa ponad trzydziestominutowe kawałki, z budzącym podziw nieustannym i uważnym wsłuchiwaniem się muzyków w siebie nawzajem (****1/2).

I na koniec zaskoczenie największe: Power of the Horns - Alaman - miażdżąca potęga instrumentów, nie tylko dętych, pod wodzą Piotra Damasiewicza. Zespól, który musicie usłyszeć i zobaczyć :!: Najmocniejsze ***** i moja płyta roku w tej kategorii. 8-)

W następnym odcinku - od kwartetu do septetu

_________________
Robert Skruszony


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: śr, 22 stycznia 2014 15:08:05 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pn, 26 stycznia 2009 20:04:57
Posty: 13197
Skąd: ze wsi
robertz pisze:
Fire! Orchestra: Exit!

a dla mnie max *** :D

a co do mojej reszty, jak sie ogarnę, to cos napiszę... :)

_________________
un tralala loco


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: czw, 23 stycznia 2014 13:37:42 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
czw, 03 grudnia 2009 09:47:39
Posty: 485
Pietruszka pisze:
dla mnie max ***

Nie znasz się... :wink: :lol:

_________________
Robert Skruszony


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: czw, 23 stycznia 2014 14:44:42 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 10 listopada 2004 14:59:39
Posty: 24199
robertz pisze:
*****


robertz pisze:
*****


robertz pisze:
****3/4


robertz pisze:
*****


robertz pisze:
****3/4


robertz pisze:
****1/2


robertz pisze:
Najmocniejsze *****


Czy Pet tu zagląda? Bo narzekał, że rok słaby :) .

_________________
puzony apokalipsy


Na górę
 Wyświetl profil
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 801 ]  Przejdź na stronę Poprzednia  1 ... 47, 48, 49, 50, 51, 52, 53, 54  Następna

Strefa czasowa UTC+1godz.



Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości


Nie możesz tworzyć nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Przejdź do:  
Technologię dostarcza phpBB® Forum Software © phpBB Group