Ultima Thule

Forum fanów Armii i 2TM2,3
Dzisiaj jest śr, 19 września 2018 11:26:57

Strefa czasowa UTC+1godz. [letni]




Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 53 ]  Przejdź na stronę Poprzednia  1, 2, 3, 4  Następna
Autor Wiadomość
 Tytuł:
PostWysłany: śr, 29 października 2008 18:57:49 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pt, 26 maja 2006 20:29:43
Posty: 6470
Obrazek

hehe pamiętam nie tak dawne czasy kiedy psioczyłem na pierwszą płytę Yes...
Wydawała mi się nazbyt piosenkowa i jakaś taka miętka...
Jedyną rzeczą która mi się wtedy podobała był Survival. który uważałem za piękny uwtór...
No teraz to się trochę pozmieniało :wink:
Płyta jest dla mnie absolutną rewelacją! :shock: :D Lubię o niej mówić, że to najlepsza piosenkowa płyta ever...podoba mi się prawie wszystko.
Brzmienie w ogóle nie zestarzałe, a kompozycje jakieś takie świeże - bije z tego wewnętrzna energia :wink:
Opus magnum tej płyty to dla mnie Every Little Thing.
Genialny chaos na początku w którym rządzi sekcja(!!!) a potem jakby płynne nie dające o sobie zapomnieć wokale....geniusz prawie.
Kompozycjami na piątkę są jeszcze:
Beyond and Before, I See You i Harold Land.
Najdziwniejsze jest to, że jedynym numerem który mi się nie podoba jest uwielbiany wcześniej Survival.... :shock: dziwne kiedyś serio inaczej to słyszałem....
Nie mniej płyta i tak jest baardzo dobra :wink:

* * * * 1\2.

_________________
http://freemusicstop.com


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: śr, 29 października 2008 23:07:19 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 09 listopada 2004 22:37:55
Posty: 20759
Mi też się bardzo pozmieniało... bo kiedyś taki zarzut byłby moim:
MAQ pisze:
Wydawała mi się nazbyt piosenkowa i jakaś taka miętka...


a teraz wydaje mi się absurdalny :-)

Tak czy inaczej pierwsza płyta Yesów super i dla mnie szczerze mówiąc to jedyna pozycja tego zespołu z tych, co słyszałem, która w pełni do mnie przemówiła.
Chyba skądinąd zgadzam się z oceną cztery i pół.

_________________
ćrąży we mnie zła krew


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: czw, 30 października 2008 18:05:50 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pn, 22 listopada 2004 14:05:36
Posty: 7312
Skąd: Warszawa/Stuttgart
dla mnie to jedyna płyta Yes, na której jestem w stanie słuchać wokalu. Bardzo dobra jest. Chyba ostatni raz słuchałem jej z MAQiem jakieś pół roku temu. Przyjdzie czas odświeżyć ...

_________________
Klaszczę w dłonie ...
... by było mnie więcej ...


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: śr, 05 listopada 2008 20:09:00 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pt, 26 maja 2006 20:29:43
Posty: 6470
Cytat:
Wojna w obozie Yes. Kilka tygodni temu informowaliśmy o tym, że zespół Yes w tymczasowym składzie, z wokalistą Benoitem Davidem i klawiszowcem Olivierem Wakemenem (synem Ricka), w listopadzie ruszy w trasę koncertową. Jak się okazało, na ten pomył niebyt pozytywnie zareagował – wykluczony z powodów zdrowotnych – wokalista Yes Jon Anderson. Jestem rozczarowany, że z wyjątkiem jednego telefonu od Alana, nikt z zespołu nie skontaktował się ze mną od czasu mojej choroby – pisał w oświadczeniu na swojej Anderson. Dodawał także: Szkoda, że nie chcieli poczekać do 2009 roku, kiedy w pełni odzyskam siły. Wokalista zakończył swoje oświadczenie słowami: To nie jest trasa Yes. Kilka dni później jednak Jon usuną owe świadczenie. Prawdopodobnie doszło do ugody z pozostałymi muzykami. Chris Squire poinformował nawet, że mają błogosławieństwo ze strony wokalisty. Nadchodzące koncerty Yes będą nie tylko nie typowe z powodu składu, ale także repertuaru, na który złożą się nowe utwory oraz pochodzące z płyty Drama (jedynej w dorobku grupy nagranej bez udziału Andersona).

:|

_________________
http://freemusicstop.com


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: czw, 06 listopada 2008 13:56:16 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 09 listopada 2004 23:33:35
Posty: 4458
Skąd: ęsowany
internet pisze:
Kilka dni później jednak Jon usuną owe świadczenie


Kilka dni później jednak, Jon, usuną owe świadczenie i będziesz musiał znowu jechać w trasę zarabiać.

Kilka dni póżniej jednak Jon usunąo weświadczenie i spróbowal usnąoć wyświadczenie.

_________________
szczęście osiągniesz i dobrze ci będzie
Psalm 128

https://thesoundrops.bandcamp.com/


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: czw, 06 listopada 2008 14:00:15 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pn, 10 stycznia 2005 12:49:49
Posty: 21318
Skąd: Kamienna Góra/Poznań
Internet pisze:
Yes w tymczasowym składzie, z wokalistą Benoitem

Obrazek

_________________
In an interstellar burst
I am back to save the Universe.


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: czw, 06 listopada 2008 15:24:13 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
ndz, 26 marca 2006 09:01:48
Posty: 17474
Skąd: z prowincji
albo
Obrazek

_________________
Obrazek
"Niewole robią z nas ponurych i złych"
"Nie ma przypadków, są tylko znaki"


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: wt, 21 kwietnia 2009 20:08:15 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pt, 26 maja 2006 20:29:43
Posty: 6470
Jakoś tak mam, że wyjątkowo lubię czytać ten temat.
Śmiało mógłbym powiedzieć, że jest numerem jeden jeśli chodzi o częstotliwość powracania ze wszystkich forumowych wątków.
Ciekawą sprawą jest też to, że systematycznie coraz mniej zgadzam się ze swoimi wpisami tutaj :wink:
Choć może to i dobrze?....nie wiem.
A jeśli chodzi o sam Yes i stosunek do niego to też mi się trochę pozmieniało, a to za sprawą jednej płyty która rzuca zupełnie nowe światło na ich muzyczny dorobek:

Obrazek

Ale, żeby nie było tak pięknie to od razu powiem, że to światło ustawiłem sobie pod odpowiednim kątem sam, odrzucając w całości drugą płytę tego zestawu, którą uważam za jakiś wyciek ze studia bądź bardziej bonus....generalnie drugiej płyty nie ma.
Na szczęście układ wydawniczy na to pozwala...uff.
CD 2 jest po prostu do niczego....oczywiście można by się tu silić na obiektywistyczny bełkot i pisać o niewiele wnoszącym chaosie czy zbyt dużej dawce eklektyzmu w stosunku do płyty pierwszej ale ja nie jestem z PO, czy raczej z TR. :wink:
Dla mnie to po prostu gniot który nie powinien znajdować się w pudełku w bezpośredniej bliskości płyty pierwszej, która to bez większych problemów wbiła się na moją prywatną listę... 6 gwiazdkowców.
Początkowo zaskoczyła mnie przede wszystkim jedna sytuacja...po pierwszych może 5-6 przesłuchaniach kompletnie nie wiedziałem jak podejść do tej płyty.
Miałem świadomość, że jest wprost rewolucyjna ale w głowie nie potrafiłem sobie tego poukładać....ostatni raz coś podobnego przeżywałem może przy okazji Stargazera jakieś 8-9 lat temu, przym czym pamiętajmy, że wtedy miałem mniejszą głowę i więcej rzeczy mnie na muzycznym gruncie zaskakiwało :wink:
Pojawił się więc motyw swoistego rodzaju... wyzwania.
Następna sprawa to charakter tej muzyki, która z wirtuozerskiej stała się bardziej nastrojowa, wręcz kontemplatywna.
Przy okazji poprzednich płyt Yes zachwycałem się bardziej poszczególnymi składnikami które doskonale do siebie pasowały, tutaj jest odwrotnie, słuchacz ma przyjemność (a jakże by inaczej!) obcowania ze swego rodzaju monolitem przy okazji którego kompletnie zapomina o poszczególnych instrumentach, czy raczej wyczynach muzyków.
To jakby długa spokojna fala która niosąc owego słuchacza z prądem daje mu możliwość podziwiania pewnego bliżej nieokreślonego piękna.
A to piękno jest obecne w każdej sekundzie tej 40 minutowej podróży.
Ten album, jeśli tylko warunki zewnętrzne na to pozwalają kreuje pewien hmm nowy świat czy raczej bywa ilustracją marzeń o świętym spokoju, a także daje też wrażenie nieskończoności posiadanego czasu.
No i jak tu z tymi dźwiękami nie odpłynąć?
Co do samych utworów to pierwszy The Revealing Science of God - Dance of the Dawn jest bardziej elektryzujący, posiada jak dla mnie więcej momentów ciarkowych i w swej genialności jawi się jako bardziej oczywisty.
Powiedzmy, że jestem w stanie wyróżnić dwa best momenty czyli:
solo Wakemana w okolicach 17 minuty(które jest dla mnie na ten moment najlepszą partią klawiszową wszech czasów) oraz ostatni Moment moment czyli harmonia wokalna doprowadzona do perfekcji.
Drugi The Remembering - High the Memory to już raczej ilustracja stanu całkiem spokojne zmęczenie, nie potrafię tu wskazać jakiś zapadających w ucho momentów ale jest to utwór bardziej uniwersalny, pasujący mi częściej niż The Revealing....".
Jeśli chodzi o sprawy techniczne to jestem zachwycony czystością i przejrzystością brzmienia oraz... okładką która odrobinę kojarzy mi się z planem zagospodarowania pustego akwarium, takiego powiedzmy na 2 tysiące litrów. (oczywiście dałbym więcej roślin, korzeń i koniecznie czerwone neony hehe)
Na zakończenie dodam jeszcze, że mentalnym trzecim Oceanem jest dla mnie Awaken...niestety brzmi zdecydowanie inaczej co nie pozwala na zrobienie udanej składanki :( ale jako kompozycja w pełni zasługuje na miano brata dwóch wspomnianych już utworów.
Czuję się zaszczycony znajomością tego albumu! :D

Pozostaję podziękować Gerowi za zaznajomienie mnie z tym materiałem co niniejszym czynię :wink:
Wielkie dzięki!

_________________
http://freemusicstop.com


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: wt, 21 kwietnia 2009 20:34:07 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 09 listopada 2004 23:33:35
Posty: 4458
Skąd: ęsowany
zgadzam się że Trzeci Ocean jest grubo nasłabszy ze wszystkich, a Czwarty - choć ma jedną część zapierającą dex (mniej więcej od we won't tend our song clearer do at all... at all...) i kilka niezłych momentów - też nie dorównuje pierwszym Dwóm, ale próbuję sobie wyobrazić tę płytę bez nich i czegoś by mi jednak brakowało - tego rozbuchania i bezformia i tej wolności... wydaje mi się, że czasem dobrze w muzyce pójść za daleko... i potem wrócić do domu i rozpamiętywać bezkresy i bezwodzia i bezświatła... no i jednak w Czwartym oceanie pojawia się kilka zdeformowanych momentów z Pierwszego

może kiedyś uda mi sie rozpisać te wszystkie cytaty pomiedzy Oceanami... dużo tego jest... dużo anarchii a przy tym dużo wyrafinowania w formie... uwielbiam tępłyt

_________________
szczęście osiągniesz i dobrze ci będzie
Psalm 128

https://thesoundrops.bandcamp.com/


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: wt, 21 kwietnia 2009 20:48:10 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pt, 26 maja 2006 20:29:43
Posty: 6470
Gero pisze:
próbuję sobie wyobrazić tę płytę bez nich i czegoś by mi jednak brakowało

ja słucham bez nich cały czas i niczego mi nie brakuje :wink:
a tego:
Gero pisze:
rozpisać te wszystkie cytaty pomiedzy Oceanami

jestem bardzo ciekaw :)

_________________
http://freemusicstop.com


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: śr, 29 kwietnia 2009 14:42:34 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pt, 26 maja 2006 20:29:43
Posty: 6470
Przez ostatni czas z powodu uprzejmości tego samego waszmościa co zwykle :wink: miałem okazję poznać kolejne muzyczne dokonania Yes.
Najlepiej wypadło spotkanie z Time and a Word, która wydaje mi się być po prostu doskonałą kontynuacją drogi zapoczątkowanej na Yes.
Nie czepiam się żadnego fragmentu tej płyty, ale jest w niej jednak coś co nie pozwala mi postawić jej na równi z jedynką, choć nie do końca wiem co to :wink:
Nie mniej w ostatecznym rozrachunku jest to jedna z najlepszych piosenkowych płyt ever. :)
Największymi zaletami są hmm lekkość? i anty-nachalność?
To taka bardzo wiosenna muzyka....no tak wesołość jeszcze!
Wielkie bardzo pozytywne zaskoczenie.

* * * * 1\4

Później zabrałem się za tzw pierwsze dzieło Yes dojrzałego...
Na tej płycie nie ma ani jednej słabej kompozycji ale te studyjne wykonania są jakieś takie bez jaja...no i w ogóle płyta nie sprawia wrażenia pod żadnym względem jednolitego tworu.
Yessongs to rzecz niepozbawiona błędów realizatorskich czy nawet wykonawczych ale jest w tym energia i siła która pcha to wszystko do przodu, tak bardzo, że tamtych wykonań chce mi się słuchać, w przeciwieństwie do studyjnych odpowiedników które mię wręcz nudzą.
No i trochę schizofreniczno-hipokrycki stan mnie dopada przy okazji oceniania...no bo narzekam na tą płytę, wkurza mnie, i w ogóle więcej się spodziewałem ale to jednak....nie jest taka zła rzecz :D
AAAAAAAAAAA!

dobra niech będzie * * * 1\2 :wink:

No i teraz jedno z większych rozczarowań ostatnich lat...

Yes Live At Montreux...
Przy tej płycie to już byłem pełen złości.
Naczytałem się przez ostatnie lata samych genialnych recenzji odnośnie Yesowych koncertów, i byłem bardzo pozytywnie nastawiony do tej płyty.
Pełen wielkich nadziei wkładam płytę do odtwarzacza wciskam na pilocie enter wcześniej najeżdżając na coś typu start i nie mogę uwierzyć w to jakiej tragedii jestem świadkiem :shock:
Już od pierwszych sekund Siberian Khatru słychać było, że nie zanosi się na nic szczególnego, głównie z powodu formy dwóch panów.... Howe mimo świetnego wyczucia i właściwego brzmienia zapomniał, że ważnym czynnikiem występów na żywo jest...energia, widok przysypiającego na scenie gitarzysty jest naprawdę nieciekawy...
No cóż....
Z Andersonem to już kompletna klapa, wokalnie nie wyrabia się już prawie z niczym a i frontmanem nie jest szczególnie porywającym, nie mającym też za wiele do powiedzenia...
No dobra mamy festiwal dziadków ale ktoś tu sporo skacze i nawet próbuje śpiewać mimo obsługiwania momentami nawet trój-gryfowego basu :shock:
Mimo początkowo dobrego wrażenia Squire też nie zaprezentował się specjalnie pozytywnie coś z tą grą ewidentnie nie gra zniknęły gdzieś finezja i potęga brzmienia :( a może miksowiec skopał robotę?
Kto jeszcze został?...
Wakeman - no no pełen szacunek ten pan się w stosunku do lat poprzednich....mocno rozwinął! :shock:
WSZYSTKO potrafi zagrać szybciej i tak jakoś lekko.
Ale jest jeden problem....co najmniej połowa jego sprzętu zalatuje brzmieniowym plastikiem :? i choćby nie wiem jak się starał to niewiele dobrego z tego wychodzi...podobnie sprawa ma się z White'em do dziś genialny, niezwykle dokładny bębniarz ale brzmienie garów jakieś takie mięczakowate...
No i ostatnia sprawa nie bez powodu opisałem każdego z członków Yes osobno....niestety na tym DVD obcujemy z każdym z nich indywidualnie....Yes podczas tego występu wystąpił raczej jako Anderson, Squire, Wakeman, White & Howe.
Dramat....

* * 1\2

_________________
http://freemusicstop.com


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: pn, 14 grudnia 2009 10:52:53 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pt, 26 maja 2006 20:29:43
Posty: 6470
Obrazek
Ostatnio miałem taki czas, że trochę się obraziłem na Yes, no bo tak....koncerty bez Andersona i Wakemena(no dobra Wakeman jest ale nie ten co trzeba) i to ohydne niebieskie DVD.
Ale miałem ostatnie pieniądze i stwierdziłem aaa ok, najwyżej się wymieni na inłe.
No i.....strzał w dziesiątkę :D
Powiem wprost, bardzo bym sobie życzył żeby Yes występowało wyłącznie w takiej formule!
No bo tak...WSZYSTKIE wkurwiańskie mankamenty ostatnich występów elektrycznych poszły w przysłowiową cholerę.
Przy graniu akustycznym liczy się precyzja nie czad który panowie ostatnio zatracili, a precyzje jak mieli tak mają, wszystkie instrumenty brzmieniowo są po prostu rewelacyjne w przeciwieństwie do ich elektrycznych odpowiedników....przykładowo zmiana masy plastikowych korgów na fortepian wyszła wręcz rewelacyjnie.
No i widać, że zabawa ogranymi aranżami też robi swoje.(choć jakiś wielkich różnic nie ma)
Radość widać szczególnie u Andersona który tego dnia ewidentnie w świetnym nastroju no i w GENIALNEJ formie głosowej.
W ogóle po raz pierwszy zauważyłem w nim zaangażowanego frontmana (hehe niezwykle specyficznego swoją drogą) a nie tylko aktora który odgrywa po raz milionowy tę samą rolę....generalnie spoko gość.
Sam występ bardzo krótki, trochę ponad pół godziny, w bardzo kameralnej atmosferze, set bardzo udany o taki:

Tiger Rag
Long Distance Runaround
South Side Of The Sky
Show Me miejscu.
Roundabout
Time Is Time
I've Seen All Good People

Wszystko mi się podoba.
Przy czym pierwszy numer to bardzo zabawna próba przy której uwidacznia się nastrój Andersona co jest fajne hehe
reszta wprost rewelacja, jedyny mankament to to, że krótko, i jeszcze te głupie ujęcia świecy.....od razu kojarzą mi się z jakimiś DVD z pierwszej komunii :? ale poza tym wszystko ok.
No i śmiało można powiedzieć, że gra tu zespół mimo, że każdy jest bardziej skupiony na sobie hehe tym razem nie sprawiają wrażenia zupełnie obcych sobie muzyków, trudno też mówić o jakiś specjalnych interakcjach, ale wygląda to wszystko bardzo naturalnie i tak też brzmi.
Na taki koncert chętnie bym się wybrał....ocena? hmmm
* * * * 1\2 to na pewno a czy więcej, zobaczymy.
W zestawie jest jeszcze dokument na DVD....nudne gadanie z którego więcej ponad to co wiedziałem nie zostało powiedziane a fragmenty muzyczne pochodzą z tego gównianego koncertu z Montreux...więc robił to jakiś debil :? komentarze też do bani....nie wytrzymałem za długo, syff i tyle.

_________________
http://freemusicstop.com


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: wt, 30 czerwca 2015 11:59:48 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 09 listopada 2004 23:33:35
Posty: 4458
Skąd: ęsowany
jak już pisałem, odszedł Chris Squire, jeden z lepszych basistów na świecie, obiektywnie

ale chciałem tylko pośrednio o nim

Brian May wystosował bardzo ciekawe memento, które pozwoliło mi spojrzeć z nieco innej strony na sprawy "gwiazdorstwa"

Very sad to hear of the passing of Chris Squire, bass player of the progressive rock band YES, today.

Chris was a truly unique bass player. The word ‘unique' is used a lot, these days, of course, but in Chris’s case, it’s undisputable. His bass playing style was a million miles away from the low-pitched thud of most bassists of the time. His bass guitar was wired up to make an incisive full-frequency range ‘clank’ that had the presence of an orchestra when he played on his own. Blended into the intricacies of the arrangements in his band’s music, it formed a massively strong backbone in both rhythm and pitch. As young musicians, we boys in Queen were huge fans of Yes. We had a loose connection with them, since Freddie had worked in Kensington Market alongside Tony Kaye, their original keyboard player. We regularly saw Yes playing around London in their very early days - when they were still playing covers, - among them a very impressive version of ‘Something’s Coming’ from West Side Story. In these early days they were learning their harmony skills which later emerged strongly in their own compositions … like 'I’ve Seen All Good People', etc.

Chris was a founder member of the band along with singer Jon Anderson, and was a major writer and arranger as well as bassist. I saw the band many times all through their very convoluted history, but one early impression stick in my mind. I was on the Entertainments Committee of my college - Imperial College - and we booked them to play in our Great Hall just after they’d returned from a tour in the USA supporting Iron Butterfly. We were around in the hall when Yes were doing their sound check. At each side of the stage were the speakers of their PA … their amplification system. Now in those days, PA’s were usually made from a valve amplifier putting out about 200 watts in power (compare that with modern systems which pump out hundreds of thousands of watts). The amp would feed small cabinets which held some conventional loudspeakers - the kind that people had in their home radios and record players. The Yes system was shockingly different. It comprised massive square black boxes (known as ‘Bins’ - for the low frequencies) and large metal fan-shaped devices sitting on top (known as ‘Horns’). Our aws dropped. We’d never seen anything like it. We asked them later how this came about and they told us that this was the Iron Butterfly system, designed to put across one of the loudest bands in the world at that time. For Yes, it was not so much about being loud, as being clear. To put across multi-part harmonies on top of a loud rock band required a lot of spare power, or all that would come out would be distortion, since you were trying to make those delicate harmonies compete with the sound coming out of loud guitars and drums actually on stage, in the ‘back line’. For us this was vital information. We, as Queen, were planning to do exactly that … make vocal harmonies sit on top of a band sound that was going to be louder and more ‘heavy’ in content than Yes’s. So if this new kind of system worked, this was what we wanted. Of course there was one small snag … we had no money !!

But was all this sophistication going to solve every problem ? Chris Squire strolled on to the stage and picked up his already plugged-in Rickenbacker bass, and turned it up to do the check. But before he played a note, he frowned and said, in what seemed like a shocked tone (and the implication that this was in no way his problem): “There’s a buzz !” Immediately three or four guys rushed on from the wings and scurried around looking equally concerned.

Now to us, at the time, being beginners with no money and no gear, this seemed incredibly grand ! Couldn’t he sort out his own buzz ? What was this world where other people turned on your amp and plugged you in ? But as time went on, we realised this is more a matter of focus. As a performer you try to optimise your efforts as regards performing. You actually can’t do that if you’re worrying about the technical side of things as well. You pay other folks good money to do that … and if you don’t, you’re actually putting someone out of a job ! The whole touring team thing depends on everyone being a specialist in what they do, and that’s how you achieve excellence. It’s just one of the lessons we, Queen, learned from YES, and, very specially, the amazing and truly unique Chris Squire.
I should probably mention that as a player he was a virtuoso; I think just about every bass player I know would confirm that view.

May he rest in peace and happiness, knowing he played a great part in changing Rock for ever.

Sincere condolences to his family and friends, and the guys he pioneered wondrous harmony progressive faerie-inspired Rock with.

Bri


już tłumaczę podkreśloną część:

Chris Squire wkroczył na scenę i wziął do ręki już podłączony bas i podgłośnił go by zrobić próbę dźwięku. Ale zanim cokolwiek zagrał, skrzywił się powiedział z nutką szoku w głosie (implikując przy tym, że to na pewno nie u niego jest problem): COŚ MI TU BRZĘCZY! Natychmiast trzech czy czterech gości ruszyło na scenę i zaczęło usilnie szukać usterki.

Dla nas, nowicjuszy, bez pieniędzy i własnego sprzętu, to było coś niesłychanego! Nie mógł sobie sam znaleźć co mu buczy? Co to za świat gdy ktoś inny włącza ci twój wzmacniacz i podłącza instrument? Lecz z biegiem czasu zrozumieliśmy że to bardziej kwestia koncentracji na jednej rzeczy. Jako wykonawca musisz nauczyć się optymalizować swój wysiłek na scenie. Nie możesz dobrze zagrać gdy w tym samym czasie martwisz się o stronę techniczną występu.

cytat dedykuję organizatorom koncertów w Polsce, ekipom technicznym i internetowym narzekaczom (w tym sobie samemu)

______________

to do widzenia...

... at the heart of the sunrise :)

Obrazek

_________________
szczęście osiągniesz i dobrze ci będzie
Psalm 128

https://thesoundrops.bandcamp.com/


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: wt, 30 czerwca 2015 13:56:49 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
ndz, 20 stycznia 2008 14:09:14
Posty: 3675
Zastanawiający zbieg okoliczności - śmierć Chrisa nastąpiła dosłownie kilka dni po tym, kiedy posłuchałem sobie "Close to the edge" i koncertówki "Yessongs", i po raz pierwszy miałem poczucie, że owszem, płyty te mają swoje dłużyzny czy nietrafione momenty, i że czasem ten zespół miał skłonność do przesadzania, ale jestem w stanie to zaakceptować, i o ile czasem wcześniej mnie to wkurzało, o tyle teraz słuchanie Yes to dla mnie czysta przyjemność. Jest to zakończenie długiego i owocnego procesu mojego osobistego reunionu z progresywnym rockiem, kiedy ostatecznie wyrzuciłem ze swojej głowy myśli, że prog zawsze musi być trochę dziadowski i że jest to zakurzona muzyka, która kiepsko się zestarzała. Owszem - popularnym Yesom ;) (a także innym zespołom) zdarzały się totalnie nietrafione eksperymenty, momenty popisówy i płyty brzmiące dość geriatrycznie, ale generalnie: DOBRY PROG = PANKROK
("pankrok" definiowany nie jako gatunek muzyczny, ale stan umysłu) :)

_________________
gdzie znalazłeś takie fayne buty i taką fayną głowę?


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: czw, 02 lipca 2015 00:33:14 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 10 listopada 2004 00:22:22
Posty: 26664
Skąd: rivendell
Prazeodym pisze:
odszedł Chris Squire, jeden z lepszych basistów na świecie, obiektywnie
...odszedł jeden z moich ulubionych basmanów na świecie... :(

_________________
ooooorekoreeeoooo


Na górę
 Wyświetl profil
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 53 ]  Przejdź na stronę Poprzednia  1, 2, 3, 4  Następna

Strefa czasowa UTC+1godz. [letni]



Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość


Nie możesz tworzyć nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Przejdź do:  
Technologię dostarcza phpBB® Forum Software © phpBB Group