Ultima Thule

Forum fanów Armii i 2TM2,3
Dzisiaj jest czw, 23 listopada 2017 08:46:27

Strefa czasowa UTC+1godz.




Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 178 ]  Przejdź na stronę Poprzednia  1 ... 8, 9, 10, 11, 12  Następna
Autor Wiadomość
 Tytuł:
PostWysłany: pt, 19 sierpnia 2011 20:17:29 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
sob, 17 lutego 2007 09:03:24
Posty: 16297
Fengari pisze:
Kurczę, w ogóle tęskni mi się za samotnym wyjazdem...

..ja samemu to tylko na rower , koncert..no..kiedyś dwa dni po Jarocinie sam chodziłem..a trzeciego pojechałem do domu, bo mi samemu łyso było.
Co prawda byłem tam z bratem , ale widzieliśmy się tylko w namiocie wieczorem, a rankiem rozchodziliśmy się każdy w swoją stronę..
Ale rozumiem,że samotne wędrówki dają wędrującemu wiele satysfakcji.
Ja przede wszystkim na długie wycieczki nie jestem przygotowany fizycznie i zdrowotnie..Noga przebadana, niby wszystko w porządku, a po dłuższym marszu voltaren i opaska elastyczna..I trochę szkoda, bo do gór mam prawie rzut kamieniem i w zasadzie raz w miesiącu można by pomaszerowac.Nie wiem gdzie to było ale w Beskidach , pani która prowadziła schronisko żaliła się na straszne pustki..miała bodajże 4 osoby ulokowane..Podobno na szlakach coraz mniej ludzi..

_________________
..Ty się tym zajmij..


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: pt, 19 sierpnia 2011 21:42:59 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 14 listopada 2007 16:38:41
Posty: 6902
Skąd: Statek Burz
wuka pisze:
Podobno na szlakach coraz mniej ludzi..

Bo ja wiem... zależy gdzie... w Beskidach może i tak. Ale choćby w tym roku, jak wyjeżdżałam, to ludzi było jak mrówków. :wink: Chyba jednak wolę szlaki mniej zaludnione...

_________________
Wiatr jest szary
a księżyc zielony


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: ndz, 21 sierpnia 2011 08:11:58 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 10 listopada 2004 14:59:39
Posty: 24066
A ja zaponiałem jeszcze wspomnieć o tym, że kiedy przyszedłem do Wielkich Oczu i wszedłem do sklepu, to w radiu grali właśnie "Halo halo" Tomasza Budzyńskiego! :)


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: pn, 22 sierpnia 2011 21:35:14 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 09 listopada 2004 19:59:42
Posty: 496
antiwitek pisze:
Ale proszę Wujaszka, Wujaszek ma tam stosunkowo blisko, co nie?

Ano proszę Witka, okazuje się, że wujaszek do tej cerkiewki ma około 8 kilometrów od miejsca na Sanie gdzie czasem jeździ na rybki.(Munina) :wink:


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: pn, 22 sierpnia 2011 22:09:59 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pn, 10 stycznia 2005 11:49:49
Posty: 20846
Skąd: Kamienna Góra/Poznań
antiwitek pisze:
kiedy przyszedłem do Wielkich Oczu i wszedłem do sklepu

Do tego sklepu, gdzie mnie kiedyś zgarnęła Straż Graniczna? :)

_________________
In an interstellar burst
I am back to save the Universe.


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: wt, 23 sierpnia 2011 07:46:55 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 10 listopada 2004 14:59:39
Posty: 24066
Nie wiem :) . Taki "sam" na rynku. Bo był jeszcze taki sklep mocno egipski - "Ramzes"? - już poza. Byłeś aresztowany? :wink:

Wujaszku, klawo! A ryby w tym roku Ci biorą? Bo mam takiego znajomego co stale jeździ na ryby, ale nic nie może złowić, podziwiam jego determinację :wink: .


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: wt, 23 sierpnia 2011 15:15:04 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pn, 10 stycznia 2005 11:49:49
Posty: 20846
Skąd: Kamienna Góra/Poznań
antiwitek pisze:
Taki "sam" na rynku

To ten sam sam! :)
antiwitek pisze:
Byłeś aresztowany?
Tylko poproszony o spacer do służbowego jeepa i odpowiedzi na kilka(naście?) pytań.

PS - Moje nazwisko rodowe na cmentarzu spotkałeś? :wink:

_________________
In an interstellar burst
I am back to save the Universe.


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: wt, 23 sierpnia 2011 19:18:39 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 10 listopada 2004 14:59:39
Posty: 24066
Owszem, niejedno :) . Tylko Karola Marksa nie widziałem.

Tyle pytań? Ale ja w sumie podobnie miałem, tylko że na powietrzu. I przeplatane były taką zwykłą rozmową.


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: wt, 23 sierpnia 2011 22:36:32 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 09 listopada 2004 19:59:42
Posty: 496
antiwitek pisze:
A ryby w tym roku Ci biorą?

:oops: W tym roku jeszcze nie byłem na rybkach :oops:


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: śr, 31 sierpnia 2011 10:36:07 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pn, 20 października 2008 16:48:09
Posty: 5468
Witek pozytywnie zazdroszczę.
antiwitek pisze:
Ale też na takiej wyprawie tęskni się za bliskimi, i zwłaszcza z początku ma się takie myśli "a po co ja tu się wybrałem" . I z tymi trudami też racja: mi często zdarzają się wpadki, pobłądzenia - jakoś obawiam się narażać kogoś. Jest jeszcze jeden atut: nie trzeba mieć żadnego planu - w towarzystwie już z tym trudniej


Św. Jan od Krzyża zalecał samotne pielgrzymowanie jako najbardziej owocne.
W czasie takiej wyprawy po tym pierwszym okresie niepokoju...
antiwitek pisze:
Pierwszy wieczór takiej wyprawy zawsze jest dość smętny.

...pojawia się wewnętrzne wyciszenie. Czas zaczyna inaczej płynąć.
antiwitek pisze:
Chwile waham się co robić, ale wreszcie stwierdzam, że jest niedziela, więc nie ma coś się szarpać. Łażę po miejscowości, robię zdjęcia.

o i to:
antiwitek pisze:
Nie jem, nie piję, siedzę, patrzę na zegar wewnątrz sklepu, mijają minuty – jest mi dobrze. Palę papierosa, snuję refleksje. Wreszcie zbieram się, żeby poszukać czegoś do spania.


Zero nerwów, przejmowania się kimś czy czymś. Ale trzeba mieć też odwagę, by w czasie takiej wędrówki pozostać z samym sobą. Chyba przynagliłeś mnie do samotnej pielgrzymki. Dzięki.


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: czw, 19 września 2013 11:28:30 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 10 listopada 2004 14:59:39
Posty: 24066
Tym razem nie miałem ambitnych planów. Po prostu wiedziałem, że w czasie wyjazdu prócz Czeremchy, Siemiatycz i Warszawy zahaczę też o Chełm, więc wziąłem ze sobą namiot i jakieś tam biwakowe rzeczy, że przecież stamtąd już blisko nad Bug, to czemuż nie skorzystać?

No i w piątek, 26 lipca, we wczesnych godzinach popołudniowych wylądowałem we Włodawie. Najpierw pokręciłem się po mieści: imponująca synagoga, pauliński kościół z klasztorem, oraz cerkiew w zaciszu, a także rynek ze sławnym „czworobokiem”, o którego sławności zapomniałem, mimo że rzucił mi się w oczy jako coś ciekawego. Zakupiłem kilka potrzebnych rzeczy /moskiter!/ i ruszyłem w drogę. Najpierw asfaltową drogą do Orchówka, gdzie posiedziałem trochę przy kościele, a dalej już bocznymi drogami obok jakichś zdziczałych zakładów, nieczynnej stacji kolejowej. Tam od razu pojawił się niepokojący klimat rubieży cywilizacji. Jeszcze tylko minąłem dziwnych, małych chłopców i skręciłem na urocze nadbużańskie łąki spoglądając na rzekę i jej drugi, białoruski jeszcze przez chwilę brzeg.

Dzikość i ładność, zielony nurt, wysokie drzewa, tajemnica, słońce. A do tego komary i bąki. I to ile! Prędko przekonałem się, że mój moskiter w aerozolu pomaga, ale przez jakieś 3 – 4 minuty. Tak więc podziewany sielankowy spacer z plecakiem w upale prędko zamienił się w szybki, a momentami rozpaczliwy marsz. W ten sposób dotarłem lasami i łąkami, do Sobiboru. Ale nie do obozu, bo do niego musiałbym odbić kilka kilometrów, zresztą nie miałem w planie, a do wioski. Tam gdzie asfaltowa droga jakiś ruch był, może miała być impreza czy coś, dziewczyny wyszykowane. A ja tylko posiliłem się przy sklepie /drożdżówki plus napoje/ i z przyjemnością porzuciłem asfalt. Za Sobiborem znów nad Bug, na jego wysokie brzegi porośnięte przez piękny, sosnowy las. Wysoka skarpa, a w dole leniwy nurt. Cień. I przyjemna cisza, tylko wędka pluskała gdzieś w dole. I bzyczały komary gryzące po dłoniach trzymających aparat, włażące do oczu – oj, nie było tam warunków do kontemplacji. Prędko ruszyłem dalej. Malutkie Wołczyny zrobiły na mnie milsze wrażenie niż Sobibór. Piaszczysta droga przez wioskę, stare domy, płotki, rozrośnięte drzewa. I mili ludzie, którzy powiedzieli, że za wsią rzeczywiście jest miejsce gdzie można rozbić namiot. Tam, mimo że blisko asfaltu /ale prawie nie uczęszczanego/, postanowiłem zostać na noc.

Zmierzchało, komarów ilość wzrastała błyskawicznie, dlatego zaraz rozbijałem swój mini namiot i prędko do niego się wprowadzałem. Jeszcze tylko potraktowałem wnętrze moskiterem, aby skłonić kilkudzisięciokomarowe towarzystwo do opuszczenia lokalu /”proszę państwa, zamykamy!”/, i już mogłem wyciągnąć pokąsane, brudne i spocone ciało pośród swoich betów. Coś tam sobie zjadłem w ramach kolacji, poobserwowałem zza siatkowego wejścia pograniczników, co do których miałem podejrzenie, że szukają właśnie mnie, ale mój namiocik w półmroku, wśród zarośli nie rzucał się w oczy. Gdy sobie już pojechali /motocykl i samochód/ i zrobiło się ciemno, uświadomiłem sobie, że cały czas słyszę narastające, cienkie bzyczenie setek komarzych skrzydełek. Czegoś takiego jeszcze nie słyszałem, poczułem się jak w chacie na pustkowiu, otoczonej przez wyjące wilki. Widziałem te komary jak łażą po siatce wejściowej, nerwowo, bo chcą dostać się do środka, jak zniecierpliwione odlatują, a na ich miejsce wciąż przylatują nowe.

I wiecie co wtedy? Poczułem, że chce mi się sikać.
„O nie, w życiu nie wyjdę na zewnątrz”. Zacząłem nerwowo rozmyślać. Przypomniałem sobie, że kilka dni wcześniej, w Czeremsze, na festiwalu folkowym, czekając na Sulę zamówiłem sobie kawę, którą dostałem w plastikowym kubku. Nie chciało mi się iść z nim do kosza, więc go zgniotłem i wrzuciłem do plecaka. Potem kilka razy, w Warszawie, w Chełmie, miałem go wyrzucić, ale jakoś nie wyrzuciłem i tak jeździł ze mną bez sensu po kraju. Teraz go odnalazłem, rozprostowałem, i, myśląc przy tym, że chyba nikomu nie przyznam się do tego, rozważając też kwestie pojemności … ostrożnie wykorzystałem. Na koniec uchyliłem wejścia i wyrzuciłem całość na zewnątrz. Po chwili już smacznie spałem.

Nad ranem słyszałem najmilszy dźwięk tego wyjazdu: żurawie. A potem inne dźwięki, przecież właściwie spałem w lesie: piski, chroboty, szurania, świergoty, cykania, wszystko w miłym półśnie. Dzień wstał słoneczny, budziłem się zadowolony. Odkryłem, że nocne, bzyczące koszmary poleciały, więc w krótkich spodenkach i sandałach na gołych stopach zabrałem się za śniadanie na powietrzu, gotowanie kawy i takie tam. Trochę jednak zgubił mnie ten poranny optymizm, bo beztrosko w pewnym momencie poleciałem w krzaczki, a jak wróciłem po chwili, to stopy swędziały mnie wprost szaleńczo! Chyba milion komarów zdążyło mnie w każdą ugryźć. No po prostu nie do wytrzymania. Zaraz wskakiwałem w długie spodnie, skarpetki, buty. Swędzieć jednak tak szybko nie przestało. Za to odkryłem, że skoczyło mi tętno i ogólnie jakaś reakcja alergiczna wystąpiła. No ale cóż, dopiłem kawkę, zapakowałem rzeczy, zapuściłem się obficie moskit erem, i dalej w lasy sobiborskie – do rezerwatu Trzy Jeziora.

W przewodniku czytałem, że lasy tamtejsze mają liczne cechy pierwotnych lasów poleskich, że występują w nich miejsca piaszczyste i suche, naprzemiennie z wilgotnymi, podmokłymi. Oraz jeziora, będące siedliskiem żółwia błotnego. Wszystko się zgadzało, tylko żółwia nie udało mi się spotkać. Próbowałem pobuszować poza ścieżką, żeby dotrzeć do brzegu, największego z trzech, Jeziora Brudno, ale za każdym razem teren okazywał się zbyt grząski. No i oczywiście komary rypały. Muszę przyznać, że tego dnia ostatecznie olałem moskiter. Przysposabiałem odpowiednio gałązkę i oganiałem się po prostu za jej pomocą. Tak przebyłem bezpiecznie klimatyczne, sobiborskie lasy.

Gdy dotarłem do asfaltu (południowy skraj miejscowość Zbereże) dzień już był posunięty i narastał upał. A że nie miałem wody więc zaszedłem do jednego z domów, gdzie dostałem całe półtora litra. Po czym kawałek dalej, pod wielkimi przydrożnymi jesionami, na wykoszonej suchej trawie, zasiadłem odpocząć. Myślałem, że na minutkę, ale tak dobrze mi tam było, że zostałem znacznie dłużej. Zero uciążliwych owadów, cień, lekki przewiew, no po prostu idealne miejsce na odpoczynek. Obserwowałem sobie przy tym młodociane bociany, które właśnie trenowały lot szybowcowy.

Później kawałek lazłem asfaltem, ale wreszcie przewodnik skierował mnie w lewo, na wał przeciwpowodziowy ciągnący się przez nadbużańskie, dzikie błonia. Idę zadowolony, a tu tabliczka: własność skarbu państwa, zakaz jeżdżenia, chodzenia, płoszenia zwierzyny i takie tam. Udałem, że nie widzę. Wiecie, już miałem zobaczyć, ale ptak odwrócił moją uwagę. Zresztą na tym samym wale zaobserwowałem za chwilę regularne znakowanie szlaku turystycznego. Inna rzecz, że chyba nie uczęszczanego, bo ścieżka z każdym krokiem była bardziej zarośnięta trawą. Wcześniej trochę, w takim lasku, natrafiłem jednak na ślady bytności ludzi: kawałek konara umieszczony między dwoma drzewkami, nad tym zaimprowizowany z kawałka plandeki daszek, słowem miejsce do dumania w deszczowej przerwie grzybobrania. Albo też żeby pojadać słonecznika w miłym towarzystwie - słonecznikowych łusek było tam mnóstwo. Sam też tam chwilkę wypoczywałem. A zanim doszedłem w tym słońcu, tym wałem, do Bytynia, to rzeczywiście wypłoszyłem trochę ptaków, w tym chyba dziesięcioosobową rodzinę czarnych bocianów. Trochę jakbym zakłócił im jakieś zmówiny, zwłaszcza że zdaje się wśród spłoszonych ptaków dostrzegłem też dziewosłęba.

Ów Bytyń zrósł się z Wolą Uhruską, a że było już popołudnie, a w Woli miało być jakieś miejsce biwakowe, więc zaraz uderzyłem do sklepu, żeby podpytać o te sprawy. Nie oszukujmy się: musiałem się też napić. Skierowano mnie nad rozległe starorzecze, gdzie, proszę sobie wyobrazić, działa normalne kąpielisko i nawet kajak można pożyczyć. Tam właśnie kończyła się jakaś sportowa impreza, a panowie którzy ją prowadzili mieli mnie zaprowadzić na miejsce. Jeszcze tylko dekoracja zwycięzców, zwijanie sprzętu i już mnie wiozą. Okazało się, że do rozległego ośrodka rekreacyjno – sportowego, chyba jeszcze peerelowskiego, przy którym funkcjonuje cały czas zupełnie nieuczęszczane pole namiotowe. Uiściłem 10 złotych, zostałem poinstruowany co do użytkowania prysznica, i poszedłem wzdłuż popróchniałych trybun i boiska się rozbić. Takie miejsce: sucha trawa, trochę żywopłotów, kawałek dalej solidnie zadaszony stół z kominkiem, a dalej siatka, pole zboża i sosnowy las – w sumie nieźle.

Chmury wyglądały mi podejrzanie, więc nie rozbiłem się pod drzewami. Ale z drugiej strony jednak w zagłębieniu. Umyłem się, zjadłem. Niebo tymczasem pociemniało. A jak już już miałem iść na miasto, to zaczęło kropić. Wykorzystałem wspomnianą wiatę, żeby schronić się przed deszczem. Przed uderzeniami wiatru. Po chwili zaczęło także, a jakże, prać piorunami. Z ciekawością obserwowałem cały czas swój namiot, jak walczy z nasilającą się ulewą. Gdy uderzał weń wiatr gwałtownie zrzucał z siebie całą wilgoć. Zabawne. Ale lało tak długo i intensywnie, że nagle okazało się, że stoi pośrodku kałuży. Choć z drugiej strony ta kałuża była właściwie wszędzie. Spływała. „Hoho” pomyślałem. W tym momencie przywaliło gradem. No, ale te kilka fal gradu to były ostatnie atrakcje jakie burza miała do zaoferowania mojemu polu namiotowemu. Kiedy deszcz ustał sprawdziłem namiot, który owszem, trochę wilgoci dopuścił, ale nie tak znów dużo, śpiworek był w porządku. Kilka rzeczy rozłożyłem do wysuszenia i wreszcie, a zbliżał się już wieczór, poszedłem obejrzeć tę Wolę Uhruską.

Najpierw małe zakupy z myślą o kolacji, potem do kościoła, żeby sprawdzić o której nazajutrz msza, no i wreszcie kulturalny spacer z siatką foliową. Zwiedziłem bardzo ładną, niestety nieużywaną, stację kolejową Uhrusk (cóż że w Woli Uhruskiej), wraz z przyległościami. Tu, widząc połamane konary drzew stwierdziłem, że burza była rzeczywiście konkretna. No i że nie ma prądu we wsi. Przespacerowałem się aleją rzeźb, bo okazuje się, że do Woli Uhruskiej co kilka lat zjeżdżają się rzeźbiarze i rzeźbią i wiele tych rzeźb poustawianych jest tu i tam, na co już wcześniej zwróciłem uwagę. Ale jest i specjalna aleja gdzie same rzeźby i drzewa. Pooglądałem i wróciłem do siebie. Zjadłem kolację i położyłem się spać. Wcześnie, ale też wcześnie /ze względu na upały i kościół/ chciałem wstać, budzik ustawiłem na 5.30 wręcz. No i tak leżę, leżę, patrzę przez siatkę na gonitwy nietoperzy, pomału morzy mnie sen. Nagle, prąd musiał kurwa wrócić, słyszę muzykę. Z daleka niby, ale głośno, dudni jak cholera - co to jakiś festyn diskopolo? Myślę „do dziesiątej pograją i koniec”. A tu mija 22 i… słyszę drugą imprezę, dźwięk równie silny, nakłada się na ten pierwszy. Repertuar mniej młodzieżowy, choć część hitów się pokrywa. Ja pierdole, i tak do jakiejś 3 czy 4 rano! Owszem trochę przysypiałem, ale co to za sen, gdy weselny klimat i ona tańczy dla mnie? Oczywiście ta 5.30 stała się niemożliwością, pospałem trochę dłużej, ale i tak rano byłem jak po nocy w nocnym autobusie, jeszcze z bolącą dyńką. Jedna z gorszych nocy ever, mówię wam.

No ale gramolę się, śniadanie, suszenie namiotu z rosy, kawka i w drogę. Asfalt do Uhruska. Tam msza się właśnie skończyła, następnej nie będzie. Przy cerkwi (jedna z tych ocalałych z akcji burzenia cerkwi Ukraińcom przed wojną) drzewa z połamanymi konarami, obok zerwana sieć elektryczna, kable wiją się między gałęziami, leży też zwalona część ogrodzenia. Ale cerkiew nietknięta. Pani, która mieszka obok opowiada panu o trąbie powietrznej: którędy szła i jakie drzewa wyrywała. „Hoho” myślę. „Ale gorąc”. Z Uhruska kierują się, wciąż drogą, do Siedliszcza, gdzie mam zamiar wejść na nadbużańską ścieżkę. W Siedliszczu zahaczam jeszcze o sklep z bardzo miłą panią sprzedawczynią, a potem szukam mostków przez Uherkę i dojścia na moją ścieżkę. Uherka zalała jeden z tych mostków, stoją przy nim panowie i łypią. Odnajduję drugi, przekraczam, zapuszczam się w trawiaste, mulaste, gloniaste łąki nad Bugiem, powietrze wilgotne tropikalne, owady, ścieżka zanika, hm. Hm. No nie do przejścia. Decyduję się wrócić do asfaltówki.

Niby wiedzie przez las, ale pora jest taka, że nie da się nie iść w palącym słońcu. Rozważam sobie to wszystko. Upały mają jeszcze potrwać, do tego może wrócić burza. Ale nic, idę twardo, mam w pamięci miejsca, które chce jeszcze zobaczyć. Mijam ekipy, które usuwają zwalone na drogę drzewa i konary. No, myślę, nie muszę przecież iść tym asfaltem, spróbuję złapać okazję, podjadę kawałek. Ale jakoś nic się nie zatrzymuje, idę więc dalej, zalewam się potem, idę. Za jakiś czas mija mnie samochód, odjeżdża kilkadziesiąt metrów, ale jednak hamuje, zatrzymuje się. Podbiegam, w środku trzy panie 55+, z magnetofonu płyną uzdrowiskowe szlagiery, pakuję się na tylne siedzenie, ja taki mokry, dogadujemy się co do trasy, nie kumam, sięgam po mapę. Czuję jak po poliku od skroni spływa mi kropla potu. Nagle panie skręcają na Chełm - „na pewno panu po drodze”, a ja „nie! - proszę się zatrzymać, ja w inną stronę”. Ok, wysiadam, przepraszam za swój stan, wracam do swojej drogi i idę dalej. Znów zaczynam machać na auta, wreszcie zatrzymuje się jakieś małżeństwo, wracają do rodzinnych Świerż, to kilka kilometrów, ale po drodze. Jedziemy sobie, rozmawiamy, przypadkiem dowiaduję się, że tam powiedzmy o 14.40 /nie pamiętam dokładnie/ jest bus do Chełma. Niby nie robi to na mnie wrażenia, ale gdy wysiadam, to myślę sobie „szlak, to niecałe dwie godziny”, można zaczekać. Stoję, stoję, czuję się tak sobie w tym upale, myślę „dobra, uciekam”. Wiem jednak, że jest za późno, żebym mógł doturlikać się do domu, albo chociaż do siostry, piszę więc esa do Elsi, czy mogę znów wpaść na Uonkę. Czekając na odpowiedź znajduje zacienione miejsce pod biblioteką: zwykły dom z gankiem, ale jest schodek, drzewa i krzewy, pojawiają się też komary, ale można ochłonąć. Przeglądam też przewodnik i postanawiam jeszcze ruszyć się obejrzeć kościół, no i nad Bug zajść na pożegnanie. Kawałek trzeba znów w tym słońcu przejść, kościół duży, biały, murowany, akurat trwa msza, więc zapuszczam się w zapuszczony, podworski park, w którym zaraz trafiam na grabową, urokliwą alejkę. Jest to teren opanowany przez komary, ale niezrażony dochodzę nad rzekę. Jest pięknie. Chwilę tam sobie siedzę, robię zdjęcia i wracam. W centrum Świerż jeszcze się niepokoję i dopytuję – czy ten bus rzeczywiście kursuje w niedzielę. Odbieram też esa od Elsei, że mogę. Wreszcie bus przyjeżdża, zadowolony pakuję się do niego. W Chełmie przesiadam się na bus do Warszawy. W połowie trasy, podczas postoju, decyduję się wypić pół litra koli, myślę „dwie godziny zawsze się wytrzyma”. Musicie wiedzieć, że ze względu na moje walory fizjologicznie niektórzy czasem nazywali mnie lejkiem. Tymczasem ta kola znika w moim odwodnionym nieco organizmie całkiem! Nie ma po niej śladu ani za dwie, ani za trzy, ani nawet za cztery godziny!

Wcześniej jednak szczęśliwie docieram na Uonkę, zdążam jeszcze nawet z Asią pójść na ostatnią mszę. Podobno wyglądam inaczej niż przed wyjazdem. Czerwoność lic i pogryzionych przez komary stóp. No ale już czuję się bezpiecznie :D .


Ostatnio zmieniony pt, 20 września 2013 14:52:43 przez antiwitek, łącznie zmieniany 1 raz

Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: czw, 19 września 2013 12:34:11 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pt, 24 grudnia 2004 14:34:22
Posty: 12688
Skąd: Poznań
Jak zwykle mega-total, antiwitku!

Tym razem opowieść bardzo komarowa i naznaczona upałem. Ale też mocno emitująca promieniowaniem Wschodu.


antiwitek pisze:
I wiecie co wtedy?


Hohoho! Do takiej desperki nigdy nie doszedłem, choć zdarzało mi się oddawać płyn idąc i wymachując kończynami/narządami - byle te cholery miały utrudnione usiąście!

antiwitek pisze:
Widziałem te komary jak łażą po siatce wejściowej, nerwowo, bo chcą dostać się do środka, jak zniecierpliwione odlatują, a na ich miejsce wciąż przylatują nowe.


Super! A to się fajnie obserwuje, przynajmniej to one są wtedy bezsilne.

antiwitek pisze:
Nagle, prąd musiał kurwa wrócić, słyszę muzykę


:lol:

_________________
Musieliśmy przestać gonić Cejrowskiego, gdyż zaczęły nas gonić krowy-mutanty


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: czw, 19 września 2013 18:32:18 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pn, 20 października 2008 16:48:09
Posty: 5468
pięknie
wyprawa bardzo bliska mojemu sercu
chyba z 3 razy przeczytałem :oops:


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: czw, 19 września 2013 20:23:27 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
ndz, 10 kwietnia 2011 17:14:16
Posty: 5676
Napisałabym że to kawał dobrej literatury, ale nie chcę Cię Antiwitku urazić :wink: więc powiem tylko: bardzo piękna opowieść!


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: czw, 19 września 2013 20:47:20 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
czw, 31 maja 2007 22:28:36
Posty: 968
Skąd: W-wa
Lubię czytać opisy Twoich wypraw, czytając wiem, że za chwilę coś musi się wydarzyć - albo umiejętnie budujesz napięcie, albo zawsze masz jakieś przygody :wink: :)


Na górę
 Wyświetl profil
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 178 ]  Przejdź na stronę Poprzednia  1 ... 8, 9, 10, 11, 12  Następna

Strefa czasowa UTC+1godz.



Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości


Nie możesz tworzyć nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Przejdź do:  
Technologię dostarcza phpBB® Forum Software © phpBB Group