Ultima Thule

Forum fanów Armii i 2TM2,3
Dzisiaj jest pn, 18 grudnia 2017 02:13:28

Strefa czasowa UTC+1godz.




Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 178 ]  Przejdź na stronę Poprzednia  1 ... 7, 8, 9, 10, 11, 12  Następna
Autor Wiadomość
 Tytuł:
PostWysłany: wt, 16 sierpnia 2011 19:30:31 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 10 listopada 2004 14:59:39
Posty: 24121
Wpiszę się tu, bo byłem ostatnio w rejonie ciekawym, a turystycznie niedocenianym. W ramach poznawania "Polski egzotycznej" według Grzegorza Rąkowskiego przeszedłem odcinek od Medyki do Krowicy (czyli samą końcówkę drugiego tomu, ale w kierunku odwrotnym).

Z Krakowa wyruszyłem pociągiem, i już tu było charakterystycznie, bo w samym przedziale jechało 3 Ukraińców (dwóch z nich rozmawiało co prawda bardziej po rosyjsku, jeśli mnie ucho nie zwiodło). Była jeszcze taka starsza pani, która miała ze sobą mnóstwo rzeczy na podróż, i ciągle z nich korzystała. Najbardziej spodobały mi się porzeczki w małym słoiczku (że "dobre na podróż - takie kwaskowe"). Kilka godzin spędziłem w Przemyślu, gdzie nigdy wcześniej nie byłem. Świątynie na górkach, pochyły rynek, widok znad Sanu na starówkę - wszystko bardzo fajnie. Ale muszę powiedzieć, że o ile Lublin kiedyś zaczarował mnie od razu, w Przemyślu takich czarów nie odczułem, pewnie trzeba by jeszcze spróbować. Dopełniłem jeszcze zaopatrzenia na dalszą drogę i ruszyłem busem do Medyki.

Wysiadłem przy samym przejściu granicznym - chciałem zobaczyć jak wygląda. Kurka, jaki klimat: spory tłumek się kręci, przeważnie kobiety, w jednej ręce papierosy, w drugiej wódka. Od razu mi się to jakoś spodobało, chociaż nic nie zakupiłem. W samej Medyce zatrzymałem się przy drewnianym kościele (XVII wiek), sfotografowałem zrujnowaną synagogę i pokręciłem się po podworskim parku. To miejsce spodobało mi się najbardziej. Wreszcie wreszcie pieszo i wreszcie polną drogą ruszyłem w stronę Torek.

Popołudnie już było (słoneczne) więc wymyśliłem sobie, że już tam, gdzieś nad Sanem, znajdę sobie miejsce na biwak. Na mapce sprawa wyglądała dość prosto, w rzeczywistości /pola, grodzone pastwiska/ nachodziłem się trochę. Wreszcie przy cmentarzu jedna pani powiedziała mi, że kawałek prosto, potem w lewo. Skręciłem w polną drogę, szedłem nią i szedłem ku temu Sanowi, aż zanikła, zamieniając się w dość nieprzyjemne zarośla, które nad samą rzeką stały się jeszcze mniej przyjemne. Idąc ich skrajem, a właściwie zbożem, wzdłuż Sanu /bąki, pokrzywy, słońce/ dotarłem wreszcie do wylotu innej drogi, ale i tu nadrzeczna okolica nie była przyjemna: ku samej rzece strasznie błotniście, właściwie nie do przejścia. Znalazłem sobie kawałeczek przestrzeni między dróżką, krzakami, a polem pszenicy i tam postanowiłem rozbić namiocik (jego kształt zawsze wydawał mi się dość trumienny - cóż jedynka - ale patrząc na zdjęcie z tego miejsca odkryłem, że to, wypisz-wymaluj, mątwa). Sobie pomyślałem, że gdzie jak gdzie, ale tu nikt nie będzie mnie niepokoił, chyba że kombajn rano. Tymczasem jeszcze dobrze się nie rozsiadłem, patrzę: jedzie ku mnie samochód osobowy. Ledwie zdążyłem usunąć rzeczy z drogi, ale samochód zatrzymałem - jadąc dalej zaryliby się w totalnych błotach. Kto? Nie wiem: chłopak i dziewczyna - gadali po ukraińsku. Poszli w te błota, ale zaraz wrócili. Porozmawialiśmy chwilę, że chcieli popływać, co ja tu robię i czy nie boję się tak sam. Jeszcze tylko zaryli się zawracając, ale jakoś wypchnęliśmy, w końcu pojechali, niespodziewani goście. Tylko po niebie latał motolotniarz, z oddali dobiegały różne dźwięki.
Pierwszy wieczór takiej wyprawy zawsze jest dość smętny. Do tego cięły komary. Zamknąłem się w namiocie i dość prędko zasnąłem. Spałem dość czujnie, ale w sumie nieźle.

A rano było znów piękne słońce. Ładnie wyglądały te zboża wokoło, wyrastające znad nich kopuły cerkwi. Zjadłem śniadanie, wypiłem kawę (pierwszy raz miałem ze sobą gazowy palnik - love Elea&Crazy!), wysuszyłem rzeczy z rosy i ruszyłem dalej. Najpierw znów Torki, a potem asfaltówką do Leszna (mieszkańcy podobno nie zgodzili się by przywrócić tradycyjną nazwę Poździacz, że niby się kojarzy). Tam zatrzymałem się przy cerkwi (XVIII wiek, obecnie kościół katolicki, zamieniłem zresztą kilka słów z księdzem). Do Nakła podwiózł mnie jeden pan, sam się zatrzymał, a ja skorzystałem bo uznałem, że iście zwykłą drogą między polami można sobie darować. W Nakle też zboczyłem trochę z trasy, którą proponował pan Rąkowski. Podejrzanie wyglądał mi jego opis przechodzenia groblami przez stawy rybne, miałem na uwadze też wilgotność tego lata, dlatego, omijając Stubno, poszedłem (na wschód, ku granicy) zwykłą drogą ku Starzawie. I tak było fajnie: te stawy to właściwie spore jeziora, z szuwarami, ptactwem wodnym, żabami. Tyle, że brzegi nie są zbyt łatwo dostępne. No ale zaczęły się też wreszcie lasy, pełno w nich żółtego kwiecia. W w Starzawie (Rybnej) skręciłem w dróżkę przez las (taki polski busz właściwie, objęty rezerwatem), wzdłuż kanału. U panów, którzy zajmowali się jego czyszczeniem z roślinności upewniałem się co do dalszej drogi (na Kalników). Aby tam dojść musiałem jeszcze przekroczyć jaz nad spiętrzoną rzeką Wisznią (piękna, zielona woda), a zaraz za nim zdybali mnie strażnicy graniczni. Widać było, że zapuścili się swym autkiem na bezdroże specjalnie dla mnie, ale kontrola przebiegła w miarę sympatycznie.

Dzień był upalny. W samym Kalnikowie zatrzymałem się w sklepie, a potem w kolejnym podworskim parku - w celach obiadowych. Zaduma mnie tam ogarnęła, że ten park piękny, ale taki zaniedbany i poraniony - siedziałem pod wiatą, którą wciśnięto między wielkie platany. Opodal pani pasła gęsi, obok w małym stawie pan łowił ryby, kawałek dalej wznosił się potężny jesion, podobno największy w całym Przemyskiem. Przeszedłem jeszcze przez wioskę ku murowanej cerkwi z 1920, a potem skręciłem w polną drogę ku Hruszowicom.
Najpierw szło się bardzo przyjemnie, wśród łąk, pól i ziół. Ale z czasem droga dziczała, zarastała, pojawiały się małe bagienka. W upale gryzły bąki. Musiałem też przejść obok czegoś w czym wiły się białe robale, wolałem nie zerkać w tamtą stronę. Po hruszowickiej już stronie zrobiło się trochę postpegieerowsko, musiałem też przekroczyć plac budowy autostrady, czego wcale się nie spodziewałem. No ale wreszcie dotarłem do Chotyńca. I tam zaraz zawinąłem w stronę cerkwi.

Spędziłem przy niej, w cieniu drzew, sporo czasu. Przyglądałem się jej bajkowym, drewnianym kształtom. Był tam święty spokój, ale też sama cerkiew spodobała mi się wręcz wyjątkowo. Co prawda popsuta trochę blachą krytym przedsionkiem, ale to chyba teraz moja ulubiona cerkiew. Miałem pokusę, żeby tam zostać i przespać się w jej galeryjce.
Ale jednak postanowiłem poszukać spania w samej wiosce. W sklepie skierowano mnie do pani sołtys. Nie słuchałem zbyt uważnie jak do niej trafić, więc zapytałem zaraz przechodnia. A on mi mówi, że nie wie, bo jest Słowakiem. O? Następny pan też nie wiedział, bo on tu tylko na kwaterze. To wszystko ta budowa autostrady. W końcu jednak trafiłem, pani sołtys była bardzo miła - ustaliliśmy, że rozbiję sobie namiot za takim mini-barem, który znajdował się w takim, powiedzmy, kontenerze przy drodze. Miałem tam do dyspozycji całe pastwisko, kibel z umywaleczką i dania barowe, z których oczywiście skorzystałem. Ruskie i herbatka. Plus treściwy żurek, który dostałem na koszt firmy (!). To tam usłyszałem o śmierci Leppera. Poszedłem spać wyjątkowo późno jak na tę wyprawę: było już po 22giej.

Sobota też zaczynała się słonecznie. Śniadanie: gołąbki (ojej, z kiełbasą?) i kawa, suszenie namiotu (znów więcej wilgoci wewnątrz ni na zewnątrz). A dalej trochę zaskoczeń nowym: skrót na Młyny nie czynny, bo budowa autostrady. Jeżdżą wielkie ciężarówki. Przed Młynami jakieś nieotarte jeszcze, przygraniczne centrum handlowe. Uau. Ale wreszcie dochodzę do Młynów, jest cicho, pusto, zaczyna być gorąco. Drewniana cerkiew (jest jak okręt), obok mauzoleum autora tytułu Pippinowskiego wątku o Ukrainie. I dalej już pięknie. Droga, wioska, pola, drzewa - nabieram powietrza w płuca, jest jak trzeba. Widzę stalowy most na Szkle - wiem z przewodnika, że dojdę do niego nasypem nieistniejącej kolejki wąskotorowej, na razie oddalam się, zagłębiam w las.

Znajduję nasyp, wędruję nim przez las, bardzo przyjemnie. Bliżej rzeki ścieżka, hm, schodzi z nasypu. Dochodzę do brodu, ale ewidentnie nie jest on już używany, pełno mułu - wygląda, że nawet traktor mógłby się tu zakopać. Nasyp przy mostku cały zarośnięty, ale znajduję jakąś nikłą ścieżynkę, wdrapuje się na górę. Spoglądam na mostek. O kurwa...
Rąkowski pisał - "po niegdysiejszym moście kolejowym przekraczamy rzekę" - ale nie wspomniał, że z mostku została sama stalowa konstrukcja... Chyba dwadzieścia kilka centymetrów szerokości do dyspozycji, ładnych kilka metrów ponad mulistą rzeką w dole, nad kłębiącym się poniżej polskim buszem... Zdejmuję plecak, sprawdzam na mapie możliwości obejścia - nie ma. Wchodzę na próbę. Hm. Robię kilka kroków. Myślę: może przejdę tak bez plecaka, trochę się oswoję. Idę. Widzę co jest w dole. Jest dziwnie. Ułamuję gałązki, żeby potem plecakiem nie zawadzić. Dochodzę na drugi brzeg. Kurde, jak daleko ten mój plecak. Wracam. Myślę: jakaś adrenalina już jest, to nie ma co czekać. Zakładam plecak i zaczynam iść… Pod koniec trzeciego "Aniele Boży" jestem na drugim brzegu. Uf, nawet spoko. Ale w ustach mam sucho. Przedzieram się prze pokrzywy i chaszcze w poszukiwaniu dalszej drogi. Wiedzie ona wzdłuż Szkła. Uspokojenie. Jest dość dziko, zarośnięte brzegi rzeki, różne w nich hałasy (w tym coś dużego). Po drugiej stronie zaczyna się wielkie ściernisko otoczone lasem. Błądzę po nim, bo nie wierzę, że taka zarośnięta droga to ta moja – szukam innej. Ale wreszcie wracam do tej pierwszej. Przebieram się w długie spodnie i całe buty. Przedzieram się. Za jakiś czas droga zarośnięta ustępuje leśnej. Robi się przestronnie: sosny i mchy. Zatrzymuję się by spędzić pośród nich z godzinkę. Idę dalej – ciągle prosto, istna droga – wieczność. Mijam żabie raje, leśne bagienka. Wreszcie dochodzę do asfaltu, na skraju Kobylnicy Wołoskiej czyli trochę inaczej niż się spodziewałem, ale to drobiazg. Z przebierania się znów w szorty i sandały robi się obiadowanie. A w samej Kobylnicy zachodzę jeszcze do sklepu. Dopytuję o drogę na Wielkie Oczy. Sprzedawczyni i pan uśmiechają się jakoś. Potem piję oranżadę przed sklepem, uczestniczę w rozmowie o bezdomnych psach. Dostaję jakieś ogólne wskazówki i ruszam niezwłocznie, bo zbiera się na burzę.

Idę dość szybko, wydaje mi się to dość zabawne, ale pod górkę! Skręcam w dróżkę między polami. Zboże, kukurydza. Zatrzymuję samochód wzbijający tumany kurzu, chłopiec upewnia mnie co do kierunku. Aby dość do Ócz muszę przejść przez taki, hehe, płaskowyż, a ta burza tuż tuż: oglądam się co rusz na ciemną chmurę, grzmi. Jednakowoż idzie jakoś bokiem. A mnie i tak zaczyna boleć prawa stopa. Nie przypominam sobie żadnego krzywego stawania – to chyba po prostu przeciążenie – sandały + plecak + kilometry… Łapię asfaltówkę, podpytuję jeszcze tu i tam, wreszcie docieram do miasteczka. Ciekawe obiekty na razie pomijam (ale rejestruję: gwiazda Dawida na budynku bożnicy gdy wchodze na rynek), zaczyna padać deszcz. Kiedy pytam o nocleg ludzie robią wielkie oczy. Bo kombinuję tak: burze, brud – dobrze byłoby przespać się pod dachem, umyć przed niedzielą. No ale jest trudno. Kręcę się po tych Oczach, robię się chmurny. Okazuje się, że kiedyś było jakieś pole biwakowe przy ośrodku zdrowia kawałek od rynku, ale tam, wśród starych drzew wcale nie jest fajnie. Zaczyna ostro padać, chronię się pod balkonem ośrodka zdrowia, stoję trochę obrażony. Po ulewie wracam do centrum, że może coś mi jeszcze przyjdzie do głowy, coś się trafi, ale robię tylko zakupy (zupa groszkowa z puszki – na poprawę nastroju) i wracam. Dalej nie widzę tego biwaku, ale idę na piętro ośrodka zdrowia zapytać o możliwość skorzystania z kranu, który jest przed nim, na trawniku. Otwiera mi brodaty pan z dzieckiem na ręku (chyba lekarz) – jest bardzo miły, więc pytam czy nie mógłbym się rozbić na jedną noc przy samym ośrodku (płasko, skoszone, ławeczka ze stoliczkiem, woda). Nie widzi problemu, co mnie bardzo cieszy. Rozbijam namiot - podchodzi do mnie człowiek, który gości u brodacza, rozmawiamy sobie miło. Gotuję zupę, robię kromki - zachodzi brodacz z wielkim półmiskiem kanapek, gadamy chwilkę. Idzie, ale zaraz wraca z dwoma browarami. Kiedy zmierzcha biorę się za kąpiel, polewam się zimną wodą z menażki. Oglądam nogę, która mnie niepokoi. Kiedy jestem już w ciuchach do spania znów zjawia się gospodarz. "Pija pan może wódkę?" - zaprasza na górę. Jest mi bardzo miło, szczerze dziękuję, ale odmawiam. W nocy obserwuje jak wypogadza się, widać gwiazdy.

Ranek wstaje słoneczny. Wybieram się na dziewiątą do kościoła – sprawdziłem msze na wywieszce. Kiedy dochodzę na miejsce ludzie właśnie wychodzą. Okazuje się, że wywieszka nieaktualna, a następna msza dopiero o jedenastej. Chwile waham się co robić, ale wreszcie stwierdzam, że jest niedziela, więc nie ma coś się szarpać. Łażę po miejscowości, robię zdjęcia. Oglądam rozpadającą się cerkiew, zrujnowaną synagogę, zachodzę na cmentarz (katolicki, pani którą pytałem o drogę dziwiła się, że nie żydowski). Posiaduję na ryneczku, rozmyślam. Osobliwe te Wielkie Oczy. I cała okolica taka. Były dwory, byli Ukraińcy, byli Żydzi. Kościół jest pięknie odnowiony. Na mszy patrzę w otwarte drzwi zakrystii, za nimi otwarte okno i zalany słońcem ogród. Jest przewiew.

Potem idę za drogowskazem Żmijowiska 3. Upał, duszno. Idę, ze względu na nogę, w wysokich butach. W planie paręnaście tylko kilometrów. W Żmijowiskach strażnik graniczny na motorku – znów ewidentnie tylko do mnie. Potem lekkie podejście w kierunku Wólki Żmijowskiej, granica rzeczywiście bardzo blisko. Trochę koniec świata: pustki, lasy, dzikie łąki. W Wólce przy pierwszych domach impreza – najpierw słyszę wulgaryzmy. Podchodzę, mam wrażenie, że patrzą na mnie spode łba, wcale nie robią miłego wrażenia (to zresztą ogólnie częstsze niż powiedzmy na Podlasiu). Po drugiej stronie drogi na górce jest cerkiew, całkiem opuszczona, podniszczona, piękna. Oglądam ją i fotografuję przyklękając w barwinku, potem idę dalej. Leśna droga, w kierunku Krowicy. Nie spieszę się. Wypatruję sosny o pięciu pniach. Okazuje się jednak, że to miejsce trudno przeoczyć. Sama sosna jednak, przy której, zgodnie z lokalną tradycją objawiała się Matka Boska, jest uschnięta… Pod nią kapliczka, a w środku – tak jak wcześniej słyszałem – sporo zeszycików z wpisanymi różnymi prośbami i podziękowaniami. Obok drewniane ławeczki, spędzam tam trochę czasu. Potem dochodzę do asfaltowej drogi przez Krowicę. Rozmawiam z panią, która wróciła z pogrzebu w Wielkich Oczach – słyszałem o nim na ogłoszeniach parafialnych. Obserwuję zabudowania. Większość współczesnych lub uwspółcześnionych, ale wynajduję dwa tradycyjne: długie obejścia, domy prostopadle do drogi, ganek obrośnięty winem, przy nim jabłonka, jabłka leża na ziemi, dalej zabudowania gospodarcze, stodoły – wszystko ja w pudełeczku, wzrusza mnie ten widok, myślę o dawnych ludziach.

Za chwilę jest wiejski sklep. Zamknięty, ale pod drzewem przed nim drewniany stół i ławki – postanawiam odpocząć. Nie jem, nie piję, siedzę, patrzę na zegar wewnątrz sklepu, mijają minuty – jest mi dobrze. Palę papierosa, snuję refleksje. Wreszcie zbieram się, żeby poszukać czegoś do spania. Znów jest z tym kłopot, ale już nie chce mi się szukać poza miejscowością. Mam się rozbić na boisku, koło stróża, który pilnuje sprzętów do remontu drogi, ale ostatecznie trafiam pod dach – dogaduję się z jednym panem, który wraca z pasienia krów (ma też wędkę). Myję się w łazience (ale woda zimna), jem (co tam mam) przy stole, oglądamy telewizję, rozmawiamy. Żona gospodarza wraca z występów, ma ludowy strój. Rozmawiamy trochę o zyciu. Oglądamy jeszcze Kiepskich, a potem już kładę się spać. Zastanawiam się nad tym co dalej: pogoda ma się zepsuć, noga doskwiera… W nocy mocno pada…

…więc następnego dnia wsiadam w autobus do Lubaczowa. Mam na uwadze jeszcze okołolublińskie towarzyskie sprawy, ale okazuje się, że dojazd do Lublina nie jest łatwy. Wsiadam w busa do Horyńca, z mapy wygląda mi, że stamtąd prędzej dojadę – jak nie do Lublina to do Zamościa, ale to też nie wypala. Nie chce mi się czekać kilku godzin na niepewny autobus. Smętnawo. Trochę się wałęsam, jem, ale wreszcie wsiadam w pociąg do Jarosławia. Niby nie po drodze, ale stamtąd spodziewam się licznych połączeń. Szynobus jedzie fajną trasą, zwłaszcza mijane rzeczki mnie pociągają. Lasy. O, znów Lubaczów. Kiedy wysiadam w Jarosławiu i sprawdzam te różne możliwości dalszej podróży okazuje się, że za trzy minuty jedzie pociąg do Krakowa. Podejmuję błyskawiczną decyzję i wieczorem wesolutko melduję się u siostry :) .

Planów ścisłych nie było, ale miało być ciut dłużej. Nie była to też może najpiękniejsza część Polski egzotycznej, w dodatku widać, że nadgryzana tym czy owym, ale te drogi, łąki, cerkwie, parki, nieba, chmury, rzeki, słońce… Dużo takich wrażeń, które łatwo pominąć, ale zostają w głowie i dobrze robią człowiekowi. Uważam też, że taka piesza forma turystyki ma swoje zalety – jest bardzo intensywna. Złapałem się na takich jazdach przed zaśnięciem, trochę to o co chodziło temu kolesiowi z Kawy i papierosów, szybkie sny - ziu ziu ziu, kolejne obrazy – wrażenia z tego dnia mieszane z innymi, zmieniające się prędko, ale w sposób wciągający a nie męczący, dziwne obrazy i pomysły. Nie spodziewałem się, że ta wycieczka przyniesie mi takie doświadczenia psychodeliczne. Tylko pieszy trip!

Tak że koniec końców zadowolony wróciłem do akademika :wink: .

Tylko kto to przeczyta? - ja na pewno nie :wink: . Strasznie rozwlokłem.. :|

Ale są jeszcze zdjęcia: https://picasaweb.google.com/antiwitek/ ... directlink . Niezbędne uzupełnienie :wink: .


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: wt, 16 sierpnia 2011 19:48:15 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pn, 26 stycznia 2009 20:04:57
Posty: 13195
Skąd: ze wsi
antiwitek pisze:
Tylko kto to przeczyta?

Ja sobie wydrukowałem, wyszminkowałem usta i odbiłem w lewym dolnym rogu.

Dziękuję.

_________________
un tralala loco


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: wt, 16 sierpnia 2011 20:53:00 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pt, 24 grudnia 2004 14:34:22
Posty: 12758
Skąd: Poznań
Ależ to się czyta! Witek, powinieneś pisać książki podróżnicze, powaga!
Twoja opowieść to istna kopalnia cytatów :-)
moje ulubione:


antiwitek pisze:
Pierwszy wieczór takiej wyprawy zawsze jest dość smętny.


Właśnie! Ciekawe dlaczego!


antiwitek pisze:
A on mi mówi, że nie wie, bo jest Słowakiem. O?



antiwitek pisze:
Myślę: jakaś adrenalina już jest, to nie ma co czekać.



antiwitek pisze:
Potem piję oranżadę przed sklepem, uczestniczę w rozmowie o bezdomnych psach



antiwitek pisze:
"Pija pan może wódkę?"
( :lol: )


I to:

antiwitek pisze:
wrażenia z tego dnia mieszane z innymi, zmieniające się prędko, ale w sposób wciągający a nie męczący, dziwne obrazy i pomysły.


Rewella! :piwo:

No i szacunek dla samej trasy. Przejść przeszedłbym, ale chyba nie odważyłbym się w sandałach.

_________________
w sumie fajnie byłoby uratować jakiegoś przystojniaka


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: wt, 16 sierpnia 2011 21:00:41 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pn, 04 lutego 2008 23:32:44
Posty: 3060
antiwitek pisze:
Strasznie rozwlokłem..

ależ ta opowieść płynie! szkoda, że już koniec :)


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: śr, 17 sierpnia 2011 07:13:46 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 09 listopada 2004 15:53:29
Posty: 13473
Skąd: wieś
Ekstra! :)

_________________
Youtube


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: śr, 17 sierpnia 2011 10:03:27 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 10 listopada 2004 14:59:39
Posty: 24121
O, dziękuję! Mnie przeraziła długość tego posta :) .


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: śr, 17 sierpnia 2011 11:03:06 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pt, 18 listopada 2005 19:20:58
Posty: 3939
Skąd: miasto Książąt
antiwitek pisze:
Tylko kto to przeczyta?

:brawa: Witku za piękną relację!
Trochę to wędrowanie podobne do pielgrzymki. Cały dzień w drodze, lasy, słońce, deszcz, a potem myślenie o tym, gdzie rozbić namiot i może się umyć. Pięknie!
A most robi wrażenie!

_________________
kocham cię extra mocno, kocham cię luksusowo


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: śr, 17 sierpnia 2011 17:40:34 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 14 listopada 2007 16:38:41
Posty: 6980
Skąd: Statek Burz
Witek - to jest jakiś mega czad! :shock: Może za wcześnie na takie sądy, ale to jest chyba relacja roku! :D :brawa:
Pielgrzymka moim zdaniem wysiada. W każdym razie typowa i zorganizowana, bo właśnie taka wyprawa, jak ta Witkowa to jest dopiero faktycznie prawdziwa PIELGRZYMKA!

_________________
Wiatr jest szary
a księżyc zielony


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: czw, 18 sierpnia 2011 12:24:40 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
sob, 17 lutego 2007 09:03:24
Posty: 16320
..Witek jesteś odważnym człowiekiem!
Cejrowski wysiada..bo on niby sam podróżuje, ale ekipę do realizacji swojego programu ma większą pewnie jak drużyna futbolowa.
Ale to też pewnie kwestia tego że człowiek to czasem lubi sam przebywac, bo to i nikt się nie skarży na trudy podróży..albo może i też trudno znależc kompanów na takie wyprawy.

_________________
..Ty się tym zajmij..


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: czw, 18 sierpnia 2011 14:27:18 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 09 listopada 2004 15:53:29
Posty: 13473
Skąd: wieś
wuka pisze:
Cejrowski wysiada..bo on niby sam podróżuje

:) Ale on przez lata sam podróżował.

_________________
Youtube


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: czw, 18 sierpnia 2011 21:29:26 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
sob, 17 lutego 2007 09:03:24
Posty: 16320
gravi pisze:
wuka napisał:
Cejrowski wysiada..bo on niby sam podróżuje

Ale on przez lata sam podróżował.

..pewnie tak..ale nie tam gdzie Witek! :wink:

_________________
..Ty się tym zajmij..


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: czw, 18 sierpnia 2011 21:42:42 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 09 listopada 2004 15:53:29
Posty: 13473
Skąd: wieś
A to prawda. :)

_________________
Youtube


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: czw, 18 sierpnia 2011 22:35:46 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 09 listopada 2004 19:59:42
Posty: 496
Jestem naprawdę pod dużym wrażeniem !!! Rewelacyjne opowiadanie :brawa: Witek, nie mógłbyś częściej chodzić na takie wyprawy? :wink:
Najlepszy moment przy przejściu po belce mostu i : "Pod koniec trzeciego "Aniele Boży" jestem na drugim brzegu. Uf, nawet spoko. Ale w ustach mam sucho." :D
A cerkiewka przepiękna z zielonym gontem i stromym dachem! Cudo!

Obrazek


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: pt, 19 sierpnia 2011 12:08:34 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 10 listopada 2004 14:59:39
Posty: 24121
Bardzo mi przyjemnie, dziękuję :) .

Nie spodziewałem się takiej życzliwej reakcji: post wydawał mi się za długi (a każdy sądzi według siebie, ja jestem leniem), a sama wyprawa za krótka (chciałem zajść dużo dalej na północ).


arasek pisze:
Przejść przeszedłbym, ale chyba nie odważyłbym się w sandałach.


No widzisz. Ja teraz też już nie :) . Zawsze łaziłem na dłuższe dystanse i w terenie w butach z cholewką, uważałem że mam dość słabe kostki. Ale zeszłe lato całe przelatałem w sandałach (w Rumunii butów nawet nie wyciągnąłem z worka), biegałem w nich po nadmorskich skałkach i te pe. Wyszło mi że można. Ale jednak okazało się, że większe odległości i plecak to już za dużo... W przyszłości będę pośrodkował.
Aras, a może spróbujesz kiedyś na wschód..? :)


viator pisze:
podobne do pielgrzymki


Fengari pisze:
PIELGRZYMKA


Może to za dużo powiedziane, ale jak się tak samemu łazi, to to jest rzeczywiście specyficzne doświadczenie. Kiedyś jedna pani rzuciła: "Tak samemu? - to chyba za pokutę" :wink: .


wuka pisze:
to też pewnie kwestia tego że człowiek to czasem lubi sam przebywac, bo to i nikt się nie skarży na trudy podróży..


Hehe, właśnie Wuka. Ale też na takiej wyprawie tęskni się za bliskimi, i zwłaszcza z początku ma się takie myśli "a po co ja tu się wybrałem" :) . I z tymi trudami też racja: mi często zdarzają się wpadki, pobłądzenia - jakoś obawiam się narażać kogoś. Jest jeszcze jeden atut: nie trzeba mieć żadnego planu - w towarzystwie już z tym trudniej :) .
Ale ja w ogóle zacząłem z taką niegórską turystyką za sprawą jednego przyjaciela, tyle że z nim jeździliśmy rowerami. To były super wyprawy, ale z czasem się trochę poróżniliśmy i nastąpił wyprawowy hiatus. Ale może się kiedyś skończy :) .


wujaszek pisze:
Witek, nie mógłbyś częściej chodzić na takie wyprawy?


Chciałbym! :D


wujaszek pisze:
A cerkiewka przepiękna z zielonym gontem i stromym dachem! Cudo!


Prawda! Moja ulubiona! Ale proszę Wujaszka, Wujaszek ma tam stosunkowo blisko, co nie?


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: pt, 19 sierpnia 2011 18:10:25 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 14 listopada 2007 16:38:41
Posty: 6980
Skąd: Statek Burz
antiwitek pisze:
Ale też na takiej wyprawie tęskni się za bliskimi, i zwłaszcza z początku ma się takie myśli "a po co ja tu się wybrałem"

No właśnie, ja mam tak, że jak gdzieś sama jadę, to najgorszy jest dla mnie pierwszy dzień, dzień przyjazdu. Wtedy tęsknię za całym światem, mam ochotę dzwonić albo chociaż powysyłać smsy do całego świata, ucieszyłby mnie nawet widok wroga (umiarkowanie złego ;) ). A potem się przyzwyczajam (zwłaszcza, jak już uda mi się zjeść gdzieś obiad i zrobić zakupy na śniadanie ;) ) i jest mi dobrze z tą samotnością...
Ale oczywiście nigdy nie byłam na takiej wyprawie bez stałego zakwaterowania, fizycznie nie dałabym rady wędrować z plecakiem. A szkoda, bo taka wędrówka przed siebie strasznie mnie pociąga!
Kurczę, w ogóle tęskni mi się za samotnym wyjazdem...

antiwitek pisze:
Może to za dużo powiedziane, ale jak się tak samemu łazi, to to jest rzeczywiście specyficzne doświadczenie. Kiedyś jedna pani rzuciła: "Tak samemu? - to chyba za pokutę"

No może patrzę przez pryzmat siebie. ;) Dla mnie nie jest to za duże słowo, bo samotne wyprawy turystyczne są dla mnie o wiele mocniejszym doświadczeniem duchowym, niż odwiedzanie miejsc świętych. I z pokutą nie ma to nic wspólnego. :) To jest zawsze czas szczególnej łaski i działania Opatrzności. To takie coś, co podbudowuje moją wiarę na długo. A wizyty w różnych sanktuariach raczej ją tylko osłabiają...

_________________
Wiatr jest szary
a księżyc zielony


Na górę
 Wyświetl profil
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 178 ]  Przejdź na stronę Poprzednia  1 ... 7, 8, 9, 10, 11, 12  Następna

Strefa czasowa UTC+1godz.



Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 4 gości


Nie możesz tworzyć nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Przejdź do:  
cron
Technologię dostarcza phpBB® Forum Software © phpBB Group