Ultima Thule

Forum fanów Armii i 2TM2,3
Dzisiaj jest sob, 18 listopada 2017 07:15:45

Strefa czasowa UTC+1godz.




Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 107 ]  Przejdź na stronę Poprzednia  1 ... 4, 5, 6, 7, 8  Następna
Autor Wiadomość
 Tytuł:
PostWysłany: śr, 04 lipca 2012 22:27:57 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
sob, 09 października 2010 20:16:59
Posty: 349
Skąd: Gondor
Pet pisze:
Jeszcze czego! Nie chcę, żeby mi te panie:


HE,HE... Przecież gdybyś nim jechał to by się dosiadły i pasażerka z przodu usiadła by ci na masce...

_________________
...tam na skraju lasu, gdzie brzóz tyle...


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: pn, 29 października 2012 23:35:27 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 30 sierpnia 2005 15:42:53
Posty: 726
Skąd: z pomieszania win ...
.

_________________

Kiedy tylko w moich snach
Ktoś podnosi na mnie głos
Jak wytresowany pies
Kuląc się czekam na cios


Ostatnio zmieniony wt, 20 października 2015 05:34:25 przez Serdelek, łącznie zmieniany 1 raz

Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: wt, 20 października 2015 05:33:04 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 30 sierpnia 2005 15:42:53
Posty: 726
Skąd: z pomieszania win ...
M jak Maine i U jak (szybki) urlop, czyli powrót do miejsc, w których wszystko się zaczęło.
Osiem godzin jazdy, trochę korków, betonowe dżungle za nami. W końcu mosty New Hampshire i kolory jesieni w Nowej Anglii. Niebo niebieskie, a powietrze czyste i rześkie. Wielka woda, lasy i oczywiście Pan Homar. I :serce ME.

Obrazek

Cape Elizabeth, Portland

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Camp Ellis (+Saco, czyli moje okolice - jakieś 30 min jazdy na południe od Portland)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Saco - Ferry Beach

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

A to już 2012

Obrazek

Obrazek

Obrazek

gdzieś w Portland

Obrazek

_________________

Kiedy tylko w moich snach
Ktoś podnosi na mnie głos
Jak wytresowany pies
Kuląc się czekam na cios


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: wt, 20 października 2015 07:56:45 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pt, 13 stycznia 2012 16:29:27
Posty: 2670
Skąd: Hôtel Lambert / Rafał Gan Ganowicz Appreciation Society
Serdelek! Super zdjęcia! :brawa: :aniolek:

Nowa Anglia jest przepiękna, szczególnie o tej porze - świetnie, że Ci się tak udało trafić z pogodą! W zeszłym roku podczas krótkiego wypadku przejechałem przez Vermont i NH do Acadii i z powrotem, żeby tylko wyrwać się na weekend i zobaczyć te kolory - absolutnie najpiękniejsze na świecie. W te wakacje udało się trochę dłużej, dzięki czemu poznałem wreszcie dokładniej Green Mountains, White Mountains, Acadię i Baxter S.P. Gdybym miał/mógł się przenieść do US na stałe, to wybór miejsca byłby oczywisty: tylko Nowa Anglia (albo Boulder, CO) :)

:brawa: :brawa:

_________________
Ceterum censeo Platformem delendam esse

"If you say why not bomb [Soviets] tomorrow, I say, why not today. If you say today at five o’clock, I say why not one o’clock?" John Von Neumann


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: wt, 20 października 2015 19:09:07 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 30 sierpnia 2005 15:42:53
Posty: 726
Skąd: z pomieszania win ...
Ja raczej zostanę w okolicy, w sumie nigdy nie miałam okazji wyrwać się gdzieś dalej na północ. Chyba najdalej byłam jakieś 1h/1.5h jazdy stąd i bardziej wzdłuż wybrzeża. Na szczęście po 15 listopada ma się to zmienić, bo wybieram się do Acadii. Co do mieszkania i wypadów tylko po to by zobaczyć/odetchnąć, to licząc od końca kwietnia miałam takie zrywy średnio co drugi weekend i robiłam 10-12 godzinne eskapady w jedną stronę (przy piatkowym/niedzielnym korku) kilka razy tylko po to, żeby tu być choć na chwilę.
Może kiedyś się w końcu ogarnę i zrobię tu jakiś porządny wpis. Może.

_________________

Kiedy tylko w moich snach
Ktoś podnosi na mnie głos
Jak wytresowany pies
Kuląc się czekam na cios


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: śr, 21 października 2015 08:47:55 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 10 listopada 2004 14:59:39
Posty: 24061
Serdelek pisze:
Może kiedyś się w końcu ogarnę i zrobię tu jakiś porządny wpis.


!!


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: śr, 28 października 2015 22:48:20 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 09 listopada 2004 23:39:35
Posty: 12221
Skąd: Nieznajowa/WarsawLove
fajne zdjęcia! i klimat! :piwo:

_________________
ja herez ja herez
Obrazek


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: sob, 19 grudnia 2015 00:08:13 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 30 sierpnia 2005 15:42:53
Posty: 726
Skąd: z pomieszania win ...
Put your hair up nice and sit up pretty,
And meet me tonight in Atlantic City


Kilka tygodni temu wybrałam się na (tak to nazwijmy) babski weekend w Atlantic City. Planowo miał być cały weekend, ale ostatecznie wyszła z tego eskapada w stylu One Night In Bangkok, bo w niedzielę jedna z nas musiała być w NY.
Staram się jeździć gdzie się da, jeśli tylko mogę i pogoda jest do zaakceptowania, ale zazwyczaj krótkie wyjazdy są to weekendowe wypady poprzedzone spontanicznymi decyzjami. W 90% procentach przypadków jest to wynik poszukiwań internetowych, promocji, okazji, tanich biletów lotniczych i groupona. Generalnie, z mojego doświadczenia hotele, które mają na swoim terenie kasyna są najtańsze jeśli chodzi o nocleg, mają najwięcej okazji. W kasynach, czy resortach są też martwe sezony/dni. W konkretnym terminie nocleg jest tani (mam na myśli np. 30$ za dwie osoby), ale już dzień później to samo miejsce, ten sam pokój będzie kosztować np. 200$. Po prostu trzeba trafić. Są też takie okresy, że jeśli jest się w rejestrze hotelu/kasyna, oni wysyłają wszelkie oferty na maila, przesyłają karty podarunkowe. Takie kasyno może też rozdawać noclegi, vouchery do wykorzystania za darmo. Oczywiście, jeśli historia przepuszczonych pieniędzy jest pokaźna, to taki potencjalny gość jest wysoce pożądany. Oni dadzą ci jeść, dadzą ci pić, ale wszystko im się zwróci, gdy ty wpadniesz w wir dokładania banknotów do maszyn, czy wykładania ich na stół.
W New Jersey byłam dotąd tylko przejazdem. Poza tym, zbieram się już kilka miesięcy, by wybrać się do Asbury Park i zobaczyć, gdzie przedstawiciel klasy robotniczej, niejaki Bruce S. zaczynał swój podbój Ameryki.
W czwartek zastanawiamy się czy jechać autem, ale kalkulacja plusów i minusów oraz wizja ewentualnych przygód, które mogą zaprocentować szybko odwodzi nas od tego pomysłu. Kupujemy bilety na autobus firmy Greyhound, który sprytnie życzy sobie 44 dolary za podróż w dwie strony, z czego 20$ można sobie odebrać w formie vouchera i zagrać w kasynie. Coś za coś, oni chcą byś grał!
Jest piątek, późne popołudnie, czekamy na Porth Authority na nasz autobus. Spóźnia się, ale to norma. Wsiadamy, bus wypchany po same brzegi. Ludzie o smutnych twarzach w kurtkach wiatrówkach a la pan od w-f z lat 90'. Wielkie bagaże, wielkie plany i jeszcze większe nadzieje, by być jak Donald Trump.
Słyszę rozmowy – od tego do którego hotelu jedziemy, co ostatnio wygraliśmy, po pogodę w Nowym Jorku i Taniec z gwiazdami. Dwie i pół godziny jazdy w jedną stronę schodzi nam na planowaniu co zjemy, gdzie pójdziemy, kiedy i co kupimy. Podróż jak podróż - jest ok. Godzinę przed miejscem docelowym w jednym z pasażerów budzą się jednak pewne moce i dźwięki. Gdzieś na końcu autobusu jest pan, który chrapie, ale nie są to odgłosy tak do końca pospolite. Na początku, gdy słyszę TO po raz pierwszy, nie do końca wiem o co chodzi. Czy ktoś pije napój i siorpie? Czy ktoś tak kaszle, kicha? To nie było zwykle chrapanie, to był chrap. Żart o tym, że można się rozwieźć, bo zupa była za słona, nabiera nowego znaczenia. W przypadku tego pana byłaby to wersja dotycząca chrapania jak jakiś ogr. Pan miał swoje momenty w ciszy i potem te nagłe przebudzenia. Osobnik ukrywał się na samym końcu autobusu i sam fakt, że nie można było zobaczyć co to, kto to, dodawał dramaturgii i dreszczyku emocji całej sytuacji. Czy to jeszcze Hagrid, czy już trójgłowy pies?

Dojeżdżamy do miasta, autobus rozwozi ludzi do trzech rożnych hotelów. Nasz hotel jest ostatni na liście i nazywa się Caesars Palace. Przy wejściu, jeśli chce się dostać voucher od razu, trzeba pokazać dowolny dowód tożsamości. Załatwiamy to od ręki. Celem samej wycieczki jest zobaczenie kolejnego miejsca w znośnej odległości od Nowego Jorku – bez wielkich kosztów i konieczności brania urlopów. Samej idei hazardu i wykładania ogromnych sum nie rozumiem i chyba już nie zrozumiem.
Idziemy do hotelu, który ma imitować Rzym – fontanny, rzeźby i te sprawy. Przy rejestracji wielki telebim z numerami telefonów dla ewentualnych ofiar hazardu. Potrzebujesz pomocy? Przegrałeś swoje pieniądze? Jesteś OFIARĄ (?) hazardu? Co za ironia i paradoks w jednym.
Pora coś zjeść. Wszędzie albo oklepane amerykańskie jedzenie, ewentualnie amerykańska wersja kuchni włoskiej (czyli otwórz puszkę z sosem i zmieszaj z makaronem), ale w końcu czuję znajomy zapach, TEN właściwy. Idziemy na Pho do Wietnamczyków. W drodze powrotnej do hotelu zahaczamy o monopolowy. Z moich obserwacji wynika, że chyba już każdy alkohol można spotkać w plastiku w pojemnościach poniżej 250 ml. Niby whisky, niby nie jest to jabol, a tu plastik. Kupujemy Jamesona (w szkle) i Ginger Ale, a potem zadowolone udajemy się do hotelu. Mijamy lokale usługowe – odpowiednio : sprzedaż złota, wróżka i znowu pomoc dla ofiar hazardu. Kosmos.
Samo miasto świeci się wszystkimi kolorami tęczy. Blask świateł odwraca uwagę od rzeczywistości.
Wracamy do hotelu, w TV Anthony Bourdain odwiedza Jamajkę i próbuje potraw, a my nie pozostajemy gorsze i też przystępujemy do degustacji.

It's all about the Benjamins

Około 23.30 udajemy się na dół. Wszystkie hotelowe kasyna są ze sobą połączone korytarzami, wiec w zasadzie nie ma potrzeby wychodzenia na zewnątrz. Wszędzie jakaś imitacja rzeczywistości. Tekturowy dziki zachód, tekturowy salon fryzjerski, tekturowy bar i tekturowy most. Idę zapytać kogoś na kształt supervisora o wydanie plastikowej karty, którą wkłada się do maszyn. Czekam przy stole, gdzie dwie Azjatki w wieku 50+ zaczynają grać w karty. Black Jack i pierwsze 100 dolarów pojawia się na stole. A co tam, nie?
Wszystko ok, ale panie ewidentnie przegrywają. Pan zgarnia tylko ich żetony i oczywiście pieniądze. Panie jednak nie dają za wygrana. Na stole ląduje kolejny Franklin, a potem następny i następny. Pytam sama siebie : dlaczego?
Idziemy rozpuścić swój majątek, czyli wspomniane 20$. Jednoręki bandyta. Spieniężam każda wygraną na plus powyżej 10$. Na koniec podliczam, że z tych małych sum wychodzi mi 80 dolarów. Moja pierwsza wygrana w kasynie, a w zasadzie zwrot za bilet i hotel. Wychodzę na zero, w sumie nieźle. Gdzieś kolo 2.30 pole bitwy nieco pustoszeje, w barze u rewolwerowców widzę trzy osoby podrygujące do Show me love pani Robin S. Nostalgia, eurodance jest wszędzie.
Wypijam drinka, czas na gastrofazę. Idziemy zamówić pizze i frytki, w zasadzie to jedyny wybór. Moja jest ok, ale koleżanek wygląda interesująco. Nigdy nie zamawiam wersji pizzy z kiełbasą, szczególnie w środku nocy. Po pierwsze, wszelkie odmiany kiełbasy w fast foodzie, polish kiełbasy obok polskiej kiełbasy nawet nie leżały. Przy dobrych wiatrach jest to polish turkey sausage czyli znośnie, ewentualnie italian sausage (której nie lubię i nie rozumiem konsystencji), ale żadnej nowości nikt się nie spodziewał. Na śniadanie jako kiełbaski jada się tutaj tzw. pork sausage. Wielkość ostatniego palca u ręki. Na owej pizzy była wlaśnie wersja tych kiełbasek śniadaniowych, ale czyjaś inwencja twórcza przerosła nasze oczekiwania. Wyglądało na to, ze ktoś postanowił rozdrobnić kiełbaskę i uformować z niej kulki, cos na kształt miniaturowych meatballs. Podobno smakowało znośnie, ale w kwestii wyglądu sama bym chyba na to nigdy nie wpadła.

Zakaz palenia, ale dymek pojawia się tu i tam. Na smutnych twarzach pojawiają się uśmiechy, ale to tylko gra pozorów. Jutro alkohol już nie będzie działał.
Wracamy do pokoju i idziemy spać.

Obrazek

Obrazek

Rano, światło dnia obnaża wszystkie kłamstwa, które Atlantic City próbuje ukryć, gdy zapada zmrok. Idziemy na śniadanie, które wygląda jak powinno. Po śniadaniu, spacer po deptaku. Raczej pustki, wielkich tłumów nie ma. Na prawo hotele, jakaś kolejna atrapa – tym razem Ocean Drive Art Deco District w Miami (brak foty). Na lewo pusta plaża i ocean. Nieco dalej wielkie bilboardy na ścianie nowo wybudowanej galerii handlowej chamsko wjeżdżają na plażę, przysłaniają widok i szpecą. Myślę, ze John Wayne spoglądający z plakatów, tez byłby na nie.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Jest sobota, powrotny autobus o 17.25, więc mamy trochę czasu.
Idziemy na zakupy. Idzie zima, są outlety, a my jesteśmy kobietami. Let's go. Część sklepów nie ma żadnych promocji, ale dość spore okazje można złapać w sklepach produkujących ciuchy na zimę (firmy i produkcja w USA) typu L.L. BEAN (I love Maine). Zakupy skromne, ale satysfakcjonujące.
Czas na obiad, w zasięgu wzroku steakhousy i kurczak. Niech będzie ten kurczak.
Czas płynie bardzo powoli, siadamy na plaży. W końcu, czas na autobus. Wracamy do NY, tym razem nikt nie chrapie, smutne twarze, też znikają w ciemnościach.
W NY postanawiamy podjechać do West Village. Czas na happy hour i na drinka. Jest Halloween, wiec o 7 zacznie się parada. Zasada jest taka, ze w paradzie można iść jeśli ma się strój. Jeśli się nie ma, to pozostaje obserwacja. O ile się nie mylę cala akcja zaczyna się Chinatown, czyli gdzieś w okolicach Canal Street na dolnym Manhattanie. Ludzi dość sporo, większość pieszo, ale tez pojazdy z ludźmi na pokładzie, coś jak w stylu love parade, czy jakiegoś rave party. Tematyka każdego pojazdu inna – taniec, studenci, belly dance. Dużo ludzi, dużo hałasu i stały element każdej masówki – zioło w powietrzu.
Sporo strojów na czasie – jest Donald Trump, jest też Hilary. Poza tym – Frankenstein, cała obsada czarnoksiężnika z Oz, Wally i Ulica Sezamkowa. Piwna brać też zaznacza swoją obecność.

Obrazek

Po pierwszej wracam do domu, idę spać. To był dobry wypad.

***

Pierwszy raz w kasynie miałam okazje być we wrześniu 2012 roku przy okazji wizyty w Las Vegas. Ciężko powiedzieć, że się w kasynie nie było, bo praktycznie każdy większy hotel takie miejsca posiada – na każdym piętrze, w każdym zakamarku są maszyny, jeśli tylko miejsce na to pozwala, by je tam wstawić. W 2012 robiliśmy wycieczkę po Arizonie&Utah&Nowym Meksyku&Colorado. Byliśmy strasznie zmęczeni, zmordowani i brudni. Las Vegas było tanią opcją noclegu, kontaktu z nielimitowanym prysznicem i swieżą pościelą. Podobnie jak w przypadku Atlantic City dzień i noc, to dwa różne światy. W nocy obraz luksusu, podwieszane żyrandole, wszędzie światła, Disneyland na środku pustyni. Na każdym rogu panowie z ulotkami w ręce mruczą coś pod nosem i uderzają ulotkami w wewnętrzną część dłoni. Na ulotkach oczywiście cala gama pań do towarzystwa. Do wyboru, do koloru. Ulotki są wszędzie, panie też są wszędzie (trudno przeoczyć). Śmieci, Las Vegas śmierdzi szambem i kanalizacją. Do tego jest gorąco. Ściana gorąca. O północy służby porządkowe wyciągają wielkie rury i pryskają chodniki woda pod ciśnieniem. To ma dać nadzieję, ale rano słowem, które pierwsze przychodzi mi do głowy jest słowo syf. Nie chodzi tylko o puste butelki po alkoholu, ulotki w krzakach i śmieci. Cała ta architektura, ta iluzja i manipulacja to jeden wielki syf. W Las Vegas wrzucam 2 dolce do pierwszej lepszej maszyny, wygrywam całe 11 centów, a potem 30. Szaleństwo. Rozglądamy się, fontanny, kasyno, ale dla nas liczy się tylko prysznic i lóżko.
Moja następna wizyta w kasynie, to wizyta w przybytku w Maine na początku października 2015. Nie chcę jechać, ale słyszę, że jak przegram, to wszystko idzie nie na mój rachunek. Ok, zatem jadę. Jest sobota, godzina drogi na północ od Portland. Przyjeżdżamy, parking jest pełny. To doświadczenie odbieram jako najbardziej wymierne i chyba też szokujące.
Większość ludzi, to ludzie 60+, emeryci, babcie i dziadki. W rękach telefony-kalkulatory z klapką, brak zębów, masowanie ekranów, mówienie do ekranów, modlenie się do ekranów. I oczywiście dużo alkoholu. Obraz ludzi, którzy mają nadzieje, że los się kiedyś odmieni, przepuszczając połowę swoich dochodów. Gram na maszynie, przegrywam 40$, ale się nie martwię – w końcu to nie na mój rachunek. Zerkam na maszynę obok i widzę, że kobieta ma uzbierane 800$. Myślę sobie – z 800$ byłabym już przy drzwiach wyjściowych. Tymczasem, ona odczuwa potrzebę podzielenia się ze mną nowiną, ze wcześniej miała uzbierane 1700$. Teraz obserwuje jak z każdym kliknięciem przycisku jej pula topnieje.
Potem była wizyta w Atlantic City i miesiąc temu w Reno (nie grałam).
Zaczynam rozumieć popularność Donalda Trumpa i źródło tej popularności. To ludzie najbiedniejsi, bez edukacji najbardziej żarliwie wierzą w American Dream. Wierzą w idee od pucybuta do milionera. To oni najbardziej się sprzeciwiają, by najbogatszym nie zwiększano opłat podatkowych. Liczą, że kiedyś będą częścią tej grupy, że będą jak Donald. On jest dla nich przykładem. Pracy nie mają – (w ich mniemaniu) nie dlatego, że nie chcą pracować, tylko dlatego, że imigranci zabierają im prace i granica z Meksykiem nie jest wystarczająco szczelna.
Atlantic City broniło się minimalnie sąsiedztwem oceanu. Jednak, każda rzeczywistość, którą widziałam, to była iluzja, przepych i manipulacja. Wielkie, puste i betonowe parkingi ogrodzone siatką, zero życia. W pomieszczeniach sztuczne światło, które o 3 nad ranem ma dawać wrażenie, ze jest piękny dzień, ciemna noc jeszcze przed nami. Na trawnikach wokół hotelów instalacje z napisami typu HOPE, GRACE, JOY, SUCCESS.
Wewnątrz budynków i na deptaku 24 godziny na dobę pani automat zachęca przez głośniki do wszelkich ofert, promocji i okazji. Zaczynasz się zastanawiać, że może za tymi papierowymi fasadami budynków i sztucznych okien są jacyś źli ludzie. Tacy, którzy nie maja skrupułów i uczuć. Siedzą w specjalnym pokoju, po drugiej stronie lustra weneckiego i w razie potrzeby naciskają czerwony guzik, albo wysyłają swoja armię, by usunąć niewygodne jednostki. Manipulacja i Archiwum X.
Nie mam już potrzeby odwiedzać kasyn. Swoje widziałam, mogę powiedzieć, ze czegoś doświadczyłam na swojej skórze, sprawdziłam. Nie rozumiem randek w kasynie (!), weekendów w kasynie (48h w budynku). O ile jestem w stanie zrozumieć granie w pokera, jeśli ktoś potrafi, to wrzucanie powyżej 100$ do maszyny, gdzie wszystko jest ruletką – tego nie rozumiem. Jako regularne praktyki np. co tydzień – tego nie rozumiem jeszcze bardziej.

CDN.

_________________

Kiedy tylko w moich snach
Ktoś podnosi na mnie głos
Jak wytresowany pies
Kuląc się czekam na cios


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: sob, 19 grudnia 2015 01:23:51 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pt, 13 stycznia 2012 16:29:27
Posty: 2670
Skąd: Hôtel Lambert / Rafał Gan Ganowicz Appreciation Society
Ksiażkę pisz :!:

_________________
Ceterum censeo Platformem delendam esse

"If you say why not bomb [Soviets] tomorrow, I say, why not today. If you say today at five o’clock, I say why not one o’clock?" John Von Neumann


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: sob, 19 grudnia 2015 10:03:16 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pn, 20 października 2008 16:48:09
Posty: 5457
świetnie napisane
ale świat kasyn koszmarny

_________________
J 14,6


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: ndz, 20 grudnia 2015 10:09:30 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 10 listopada 2004 14:59:39
Posty: 24061
Dzięki za świetny reportaż!


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: pn, 21 grudnia 2015 14:33:34 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
czw, 31 maja 2007 22:28:36
Posty: 968
Skąd: W-wa
Bardzo ciekawe :)


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: śr, 23 grudnia 2015 00:41:09 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 14 listopada 2007 16:38:41
Posty: 6891
Skąd: Statek Burz
Hej, odważna jesteś, że w ogóle wchodziłaś do tych kasyn i próbowałaś grać!
Mocne te Twoje opowieści! :)

_________________
Wiatr jest szary
a księżyc zielony


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: śr, 23 grudnia 2015 07:28:54 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 30 sierpnia 2005 15:42:53
Posty: 726
Skąd: z pomieszania win ...
Na drugą połowę listopada mam zaplanowaną wyprawę. Największą z dotychczasowych. Niestety, muszę zrezygnować z wyjazdu (przynajmniej na razie), bo nie jestem w stanie wyjechać na 16 dni. Mam jednak 7 dni wolnego plus długi weekend z okazji święta Dziękczynienia. Siadam przed komputerem, zaczynam szukać i od samego początku ciągnie mnie zdecydowanie w kierunku zachodnim. W końcu, kiedyś powiedziałam sobie, że jeszcze tam wrócę. Pora dotrzymać słowa. Kupuję bilety do Reno w Nevadzie. Loty z wschodniego wybrzeża na zachodnie wychodzą najtaniej w konfiguracjach : NYC-Las Vegas/Reno, Newark-Las Vegas/Reno, ewentualnie te same lotniska docelowe przy wylocie z Filadelfii. Do tego, wynajęcie auta poza Kalifornią zawsze jest tańsze, zatem Reno to dobry pomysł. Wychodzi na to, że w ciągu zaledwie miesiąca poznam świat kasyn w trzech różnych miejscach. W piątek jadę do pracy już z bagażem, wieczorem po 19 mam lot liniami Jet Blue. Jedne z moich ulubionych linii trochę mnie zaskakują. Jako jedyne linie niskobudżetowe mają dwa bagaże nadawane za darmo. Do czasu. Do końca wahamy się, czy zabrać namiot - czy lepiej płacić za jego transport 50$ w dwie strony, czy kupić jakiś na miejscu i zostawić go za sobą? Może jednak będziemy spać w aucie, w końcu mamy w tym zakresie całkiem znośne doświadczenia. Ostatecznie nie bierzemy namiotu, mamy dwa małe plecaki i dwa śpiwory. Lot 6h – trochę śpię, trochę czytam, nie jest najgorzej. W Reno wita nas noc/późny wieczór. Już na lotnisku rzędy maszyn i świecących ekranów. Kowbojskie kapelusze, mroźne, zimowe, ale pachnące powietrze. W Nowym Jorku jeśli czuje się coś w powietrzu, to nie jest to nic dobrego. Na lotnisku, plakaty przypominają nam o jedynym z celów podróży – Lake Tahoe. Plan zakłada wynajęcie auta następnego dnia rano, potem 4h/5h jazdy do Yosemite National Park, powrót do okolic Reno i odpowiednio : Carson Valley, Lake Tahoe i Virginia City – miasteczko w stylu dzikiego zachodu, które jak wiele innych znanych ze swojej świetności w czasach gorączki złota/srebra, dziś doskonale radzi sobie marketingowo i zarabia na turystyce. Na lotnisku czekamy na busa, który podwozi nas do Golden Nugget Casino Resort, gdzie spędzamy noc. Rano budzę się sporo przed świtem i już nie zasypiam. Różnica trzech godzin względem wschodniego wybrzeża będzie dawała o sobie znać przez najbliższe trzy noce.
O 10 odbieramy auto i idziemy na śniadanie. Jeśli jestem w podróży i jem w fast foodach lub sieciówkach, to staram się by to były miejsca, których nie ma na wschodnim wybrzeżu. Peg’s Glorified Ham N Eggs. Śniadanie w Ameryce, to mój ulubiony posiłek, wybieram te na nutę meksykańską. Celebracja kawy trochę się przeciąga i z miasta wyjeżdżamy nieco spóźnieni.
Reno wydaje się trochę spokojniejsze w porównaniu do Las Vegas, może to też kwestia pory roku. Poza samym hazardem są tu też ośrodki narciarskie, widoki i pasmo gór Sierra Nevada w tle. Zatem powodów, dla których można przyjechać do Reno jest nieco więcej, niż czysty hazard. Jednak przy głównej ulicy kicz na całego. Plakaty i wielka kukła Elmo zalewają ulice. Ludzi jakoś mniej, ale kontrasty intensywne. Ktoś ubrany jak Eskimos, ktoś w podkoszulku, bezdomni, wracający z imprezy, idący na imprezę, panowie w garniturach, a przy stacji benzynowej pikieta antyaborcyjna i ludzie z wielkimi kartonowymi plakatami. Od haseł po bardzo realne zdjęcia.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Going back to Cali

Droga międzystanowa nr 395, witaj przygodo. Mimo że oczywiście miejsca docelowe są piękne i są powodem całej wyprawy, to samo jeżdżenie po zachodzie jest czymś niesamowitym. Drogi prowadzące do...są dla mnie dużą i ważną częścią odbioru całości. Szczególnie, jeśli krajobraz się płynnie zmienia. Najpierw jakieś późne przedmieścia, pojedyncze stodoły. Krowy i konie, pastwiska niebieskie. Następnie gołe pagórki i wzniesienia. Potem pojawia się na nich zakręcony krzaczek (nie znam się), przez co pagórek wygląda jakby ktoś namalował na nim równomiernie ciapki. Coraz więcej roślinności, kolory trawy/ziemi zmieniają się od brunatno zielonego po spalony pomarańcz. W zależności od miejscówki pojawiają się pomarańczowe skały i pustynia lub góry, świerki, sekwoje. To jest ZAWSZE super. Szczególnie jeśli autostrada zamienia się w drogi coraz węższe i krótsze, a człowiek i samochód jest tylko małym pionkiem w stosunku do przestrzeni i wielkości tego co go otacza. Tak samo ten moment pomiędzy zachwyca – gdy ma się za sobą sklepy, budynki i ludzi, ale teoretycznie nie jest się jeszcze w parku narodowym. Widoki nie ustępują temu, co będzie po przekroczeniu oficjalnego wjazdu, trochę jak zapowiedź bardzo dobrego filmu. Moim numerem jeden w tej kategorii był wjazd do Zion National Park w Utah przy zapadającym zmroku – pomarańczowe skały jakby na wyciągnięcie ręki i slalomy, slalomy, slalomy. Do tego, takiej ilości saren nie widziałam nigdy wcześniej, ale też nigdy później.
Radio gra jak chce, przez długi czas nie ma zasięgu w ogóle, załącza się natomiast w kluczowych momentach, tak jakby czekało na puszczenie ścieżki dźwiękowej pasującej do tego, co za oknem. I tak, przy okazji zimy leci jakiś utwór fortepianowy. Nawet ze sobą nie rozmawiamy i ta muzyka plus krajobraz, to jest współgrające ze sobą wielkie WOW. Potem, przy okazji suszy i bardziej farmerskich klimatów, leci muzyka latynoska, ale taka rodem z chicken-busów – dwa razy więcej ludzi niż siedzeń, plus kury w klatkach i muzyka na cały regulator. W tym wypadku muzyka, zapach pastwisk plus wyboje na drodze i nie do końca jasne polecenia gps stanowią jedną całość.
W Kalifornii przejeżdżamy przez wszystkie pory roku. Na początek – zima, jest jakiś śnieg, lód na drodze, w pewnym momencie nawet trochę prószy. Potem - złocista, piękna jesień, późny październik, Indian summer. Chwilę później - totalna susza, wypalona trawa, pastwiska, spróchniałe liście na drzewach, lokalne drogi, odwrócone Grona Gniewu – susza w ziemi obiecanej.
Gdzieś w Eldorado National Forest znowu zastaje nas zima, bądź jej przebłyski i tak już trzyma do samego Yosemite.
Jest późne popołudnie, słońce chyli się ku zachodowi. Jedziemy, jedziemy, w końcu przypominamy sobie o kwestii małych zakupów. Planowo mieliśmy też dojechać przed zachodem słońca.
Wychodzi na to, że najbliższy Walmart od Yosemite jest na tyle daleko, że wypad do sklepu, potem powrót do samego parku, wjazd i też jakaś odległość do Yosemite Village/Curry Village, to nie jest dobry pomysł po ciemku, ale też nie warty zachodu, skoro dziś i tak już nic nie zobaczymy.
Podjeżdżamy do Walmartu. Kupujemy jedzenie, przenośny cooler i ostatecznie nie kupujemy namiotu. Jesteśmy w Walmarcie otwartym 24 godziny na dobę, jest już ciemno, parking duży, do Yosemite pojedziemy z samego rana. W samochodzie już spaliśmy. Parking przy Walmarcie był jedną z lepszych miejscówek do spania na dziko, wcześniej w Utah. Jeśli będzie bardzo niewygodnie, będą jakieś ale i narzekanie, to rano kupimy namiot.
Kury poszły spać, my nieco po nich. Budzimy się o 4 rano – ok, jedźmy zobaczyć wschodzące słońce w Yosemite. Jest ciemno, tylko my na drodze, droga wąska, stroma i kręta, nigdy nie wiesz co kryje się za zakrętem. W zasadzie toczymy się żółwim tempem, nikt nie chce mieć sarny na przedniej szybie samochodu z wypożyczalni. Mijamy wprawdzie dwa razy sarny z małymi, ale nie wchodzimy sobie w paradę. Wjeżdżamy do parku – wjazd za samochód osobowy to 25$, chyba że ma się roczny pass na wszystkie parki za 80$. Przy odwiedzinach minimum trzech parków opłaca się posiadać taką kartę, tym bardziej, że jest ważna przez rok. Jak ktoś zdaje sobie sprawę, że zakupił ją niepotrzebnie, to na Ebayu można takie sprawy załatwić. Wjeżdżamy po ciemku, nie ma nikogo w okienkach, więc nie płacimy. Drugi raz już mi się tak zdarza – w 2013 roku, bo wjeżdżam w urodziny National Park Service i wjazd jest za darmo, a tym razem nie ma nikogo na stanowisku przy wjeździe. Słońce powoli wysuwa się nad horyzont. Pierwsze tunele i wodospady, jest wietrznie, nieco mroźnie, ale za to pięknie. W dolinie widać znaki ekstremalnej suszy w Kalifornii i tego, co pozostawił po sobie ogień. Robimy sobie małą objazdówkę po parku. Jest gdzieś siódma rano, gdy parkujemy w Yosemite Village.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

What good is the warmth of summer, without the cold of winter to give it sweetness?

W planach mamy raczej totalny chillout i spacerki, część lokalizacji/dróg w parku jest zamykana wraz z pierwszym śniegiem/w okolicach 25 października, a Mariposa Grove będzie zamknięta do lipca.
Moja pierwsza wizyta w Yosemite to sierpień 2013, gorące lato, tłum, gwar i szalejące pożary w okolicy. Tym razem, jest bardzo spokojnie, leniwy weekend. No i są wodospady. Jednak w przypadku strumyczków i zbiorników, poziom wody jest znikomy. Sporo mostków/kładek po nic - tylko kamienie, zero wody.
W Visitor Center oraz przy wystawie na zewnątrz, można poczytać między innymi o ludziach, którzy przyczynili się do spopularyzowania parku, byli/są jego naczelnymi fotografami. Poza tym – rdzenni Amerykanie i historia ich życia na tych terenach oraz jak Yosemite NP. zmieniał się turystycznie, kto przyjeżdżał i odwiedzał park.
W parkach narodowych dobrze mieć jakieś swoje jedzenie, mięso, które można grillować, szczególnie przy wizycie poza sezonem. Wybór jest mocno ograniczony, jedzenie naprawdę słabe (pizza plus typowe amerykańskie oklepane jedzenie), No i w sumie jest drogawo, jak na stołówkę.
W Reno, przy okazji odbioru samochodu facet mówi nam, że zbliża się burza śnieżna. Czy się zbliża, czy nie, czy będzie padało, czy nie, czy będzie masakra, czy też nie…Oni i tak, jeśli będą mieć wątpliwość i coś postanowią, to np. zamkną drogi przy 10 cm śniegu i lekkim wietrze. Siadamy w barze. Jeśli faktycznie będzie tyle śniegu co mówią, będzie zimno (a już jest zimno), a my w samochodzie, to może jednak czas zrezygnować z jeziora? Przed lotem do Reno znajomi z północnej Kalifornii piszą, żeby ich odwiedzić. No, ale gdzie Yosemite, a gdzie Bay Area…
Ale może jednak? Oakland? San Francisco?
Wymieniamy listę miejsc, które każde z nas w San Francisco już widziało i co tym razem możemy zobaczyć. Na plus przemawia też wizja noclegu i łóżka (kiedy człek się staje dziadem).
Mówię nieśmiało, że może skoro już tyle jeździmy, to możemy pojeździć trochę więcej. W końcu, musiałam sobie wcześniej odpuścić to miejsce, które mam na myśli. Zgadzam się, że to ja zrobię odcinek z Yosemite (4 i pół godziny), a stamtąd już tylko trzy godziny drogi do San Francisco.
Idziemy spać.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Jest zimno, lekki przymrozek, budzę się tuż przed czwartą. Odpowiadam na waszyngtońską zagadkę w podróżorumie. Czwarta rano, chyba jestem gotowa, by jechać. Ciemność, ciemność i jeszcze raz ciemność. Znowu toczę się po drodze, szczególnie czuję nerw w odcinku na wysokości z przepaścią. Potem, gdy już jestem na autostradzie wzdłuż pól uprawnych zaczyna świtać, choć jest lekko pochmurnie, niebo jest jakby zadymione. Cieszę się, że odcinek grozy mam już za sobą, a tu bum – mgła, jak mleko. Znowu brak zasięgu, potem chwila spokoju i brak mgły w miasteczku o wdzięcznej nazwie Los Banos. Oczywiście latynoska muzyka w tle.
Za chwilę mgła po raz drugi, tym razem ostatnia. Adios Los Banos.
Pierwszy przystanek – Monterey. Późny listopad, pierwsze ozdoby świąteczne. Śniadanie na pustym parkingu, a potem kilka chwil przy Fisherman’s Wharf. Ktoś biega z psem, jakaś grupa pięciu panów nurkuje, żaglówki, spacerki, ławeczki.

Obrazek

Droga stanowa numer jeden wiedzie nas do miejsca ucieczki Jacka Kerouaca, monologów nad przepaścią i jazdy bez hamulców. BIG SUR!
Pojedyncze samochody i żółty garbus (Ted Bundy?). Około 9 zaczynam dostrzegać takie widoki, że ciężko nie zerkać. Jest lekko pochmurnie, ale wiem, że wkrótce się wypogodzi (mam na ten temat swoją teorię). Nie wiem jakie słowo jest właściwe, by opisać ten widok. Podczas wszystkich tych chwil przychodzi mi do głowy cała gama przysłówków. Jest PRZEPIĘKNIE. Surowizna, cisza, wielkość oceanu, jego kolor, siła fal, skały. W napotkanym sklepie pytam panią o zjazd na plażę. Przy pokaźnej kolekcji skrzynek na listy skręcam w wąską uliczkę prowadzącą do Pfeiffer Beach. Wjazd 10$. Słońce w końcu przebija się przez chmury w idealnym momencie. Na plaży spędzamy jakieś dwie godziny, oprócz nas kilkanaście innych ludzi, oczywiście z psami. Psy są tu wszędzie – piękne, zadbane, bez smyczy. W drodze powrotnej zatrzymujemy się w głównych punktach widokowych wzdłuż drogi, słońce znów się chowa, robi się chłodno.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Zmierzamy do Carmel-by-the-sea. Clint Eastwood i zagraj dla mnie Misty. Miasteczko bardzo ładne, wypaśne domy i samochody, sklepy z antykami i ozdobami świątecznymi. Plaża dość spora, zejście strome z górki, że swobodnie można zjechać. Biały piasek i turkusowa woda. Relaks.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

W czasie jazdy na plażę, a poźniej do Oakland widzę kilka razy informację ile mil jest do Salinas. Niestety, nie znam nikogo, kto chciałby zobaczyć muzeum Steinbecka w miasteczku, z którego pochodził i o którym pisał. Moja przemowa nie jest na tyle przekonywująca, by tam się udać. Nie tym razem.

W Oakland/San Francisco spędzamy trzy dni. Znajomi, którzy załatwiają nam nocleg mają normalne prace, ale dodatkowo zajmują się tzw. house sitting. Śpimy za darmo w domu małżeństwa emerytów, którzy są na wakacjach. W zamian, trzeba podlać kwiatki i zająć się zwierzętami dwa razy dziennie. Wielki berneński pies pasterski, border collie i golden retriever. Oprócz psów na stanie są również : krzycząca papuga w jadalni, przerośnięty królik miniaturka na piętrze oraz 40 (!!) ptaszków w klatkach w piwnicy i kury w drewnianych klatkach na zewnątrz. W środku miasta, przed, domem, na trawniku. Małe zoo.
Rano idę z psami na spacer, szybkie śniadanie i kierunek San Francisco.
Na początek Lands End.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Point Reyes National Seashore na północ od San Francisco. Znowu : zjazdy i podjazdy, kilkanaście historical ranch, krowy i konie, skały i wielka woda. Odwiedzamy Drakes Beach i Miami Beach. Miejskie plaże na północno-wschodnim wybrzeżu mogą się schować. Latarnia morska, do której prowadzi 300 stopni w dół akurat tego dnia jest zamknięta.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Marin County po drugiej stronie mostu Golden Gate i Rodeo Beach.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

W planie Muir Woods National Monument. Dojeżdżamy na miejsce (droga DO parku jest znowu – na max gwiazdek), ale niedługo będzie się ściemniać, buty przemoczone, bo zachciało się chodzić po wodzie. Rezygnujemy. Może powrót następnego dnia będzie lepszym pomysłem.
Gdzieś po drodze - Stinson Beach – to tutaj wylądowały prochy Janis Joplin.

Obrazek

The Haight Ashbury – what’s it All about? Surely it’s about 1967, the Flower Children and the Summer of Love, but it’s also about much more… – tak głosi ulotka. Nie mam złudzeń, rozumiem też, że jest 2015 rok. Legenda i wyobrażenie, to jedno, a prawda to drugie. Dzisiejszym Greenwich Village w NY jest Bushwick. W dzielnicy mieszkają tłumy hipsterów, artystów i młodych ludzi łapiących się prac na zlecenie. Z zewnątrz postindustrialna dzielnica wygląda obskurnie, bary przedstawiają się podobnie. Pozamykane magazyny, graffiti. Tymczasem ceny wynajmu mieszkań są jednymi z najwyższych na Brooklynie. Nie mam złudzeń, że duża część tych wolnych hipisów w Haight Ashbury, beatników, czy dziś dzieciaków na Brooklynie buduje swoją wolność na przelewach od rodziców. O ile w Greenwich Village/West Village/East Village można spotkać małe księgarnie, sklepy z płytami, jakiegoś ducha lat 60-80, to Haight Ashbury wygląda jak jakiś żart. To jest bardziej odpowiednik Soho. Wszystko wygląda na nowe, odrestaurowane, odmalowane. Typowo turystyczne chwyty, drogo, fryzjerzy, sklepy ze skarpetami w Hendrixa. Jeśli też widzisz Azjatki w naturalnych futrach robiące zakupy, to wiedz, że coś się dzieje. Nawet bezdomni/muzycy wyglądają sztucznie, na podstawionych. Rozczarowanie.

Obrazek

Obrazek

The Beat Museum – gdzieś pomiędzy klubami ze striptizem i włoską kuchnią. Wejście 8$. Podoba mi się – małe, kameralne miejsce. Spora kolekcja różnych wydań książek, wydań kolekcjonerskich, w innym języku niż angielski. Plakaty, historie, anegdotki, maszyny do pisania i sala kinowa wyświetlająca biografię Kerouaca. Beat Generation trafiało do mnie najbardziej gdzieś w drugiej klasie liceum. Potem odkryłam Bukowskiego i po pierwsze – mimo alkoholu, brzmiał dla mnie trzeźwiej, był szczery i pracował, by przetrwać.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Ostatni dzień w San Francisco, późnym wieczorem mamy lot powrotny z Reno. Rezygnujemy z Muir Woods, dzień upływa na szeroko pojętym chilloucie. Castro, czyli dzielnica gejowska wywołuje u mnie podobne odczucia, co Haight Ashbury.

Obrazek

Jeszcze tylko zerknę tu i tam.

Obrazek

Obrazek

Po południu znajomi gotują dla nas obiad. Miło. Indyk wjeżdża na stół. Wyjazd przekładamy o kolejne pół godziny aż do 18.30. Do zobaczenia wkrótce.
W okolicach Reno mróz i śnieg, żal wracać. W NY jesteśmy o 7 rano następnego dnia. Szybka drzemka, bo o 9 przyjeżdża znajoma z Bostonu. Bardzo się cieszę. Mam ochotę leżeć w łóżku i nie wyglądać przez okno, ciągle jestem w Kalifornii. Znajoma, typ Marthy Stewart, szybko odnajduje się w kuchni. Dla mnie idealnie.
Na zakończenie tego niesamowitego tygodnia, w niedzielę wczesnym popołudniem jedziemy do miejscowości Beacon w Hudson Valley. Jakieś 1 i pół godziny jazdy na północ od NY. Typowe małe, turystyczne miasteczko. Sklepy vintage, antyki, sklep z mydłami, małe księgarnie, bombki i mikołaje. Zupełnie przypadkowo trafiam na sklep-galerię. Biżuteria, stare maszyny do szycia, jakieś plakaty, trochę pierdół. Jest też galeria (a raczej dwie gablotki na krzyż) dotycząca superbohaterów – jest Batman, Spiderman, Superman. Poza tym, kukła Arniego użyta w Terminatorze II, rękojeść miecza świetlnego używanego przez Samuela L. Jacksona w Gwiezdnych Wojnach.
Ale też...

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Pod plakatem był certyfikat, który mówił, że jest to jeden z pięciu takich plakatów...

W sklepie z mydłami taki motyw.

Obrazek

***

Gdy w sierpniu 2013 po raz pierwszy odwiedzam San Francisco, wiem ze już nigdy nic nie będzie takie samo. Jeśli miałabym wybrać, gdzie chcę mieszkać i przeprowadzić się nawet jutro, to byłaby to północna, ewentualnie środkowa Kalifornia.
Jedyną rzeczą, która łączy Nowy Jork i San Francisco, to najwyższe w kraju ceny kupna i wynajmu mieszkań. I na tym podobieństwa się kończą.
Pogoda :
Mówię sobie, że pogoda w Kalifornii musi dojrzeć. Na 7 dni w tygodniu, może 3 będą słoneczne już od samego rana, pozostałe 4 witają mgłą i raczej melancholią. Jednak w oczekiwaniu na słońce jeszcze się nie rozczarowałam. Ono w końcu zawsze przychodzi. Do tego – nie ma takich zjawisk, że np. pada deszcz, ale jest jednocześnie duszno.
Produkty spożywcze w sklepach :
W NY trzeba się natrudzić, mieć sprawdzone miejsca, wiedzieć kiedy są dostawy, żeby móc kupić świeże warzywa. Pomijam miejsca na Manhattanie, gdzie papryki są ułożone na wzór obrazka. Chodzi mi o osiedlowe sklepy, czy kupowanie warzyw na ulicy. Chinatown w San Francisco jest moim ulubionym. Po pierwsze – można znaleźć bardzo dobre i tanie jedzenie, gdzie z kucharzem/osobą, z którą rozmawiasz posługujesz się tylko zestawem słów – yes/no. Chinatown SF skupia się bardziej na jedzeniu, sklepach spożywczych, owoce i warzywa są wszędzie. W Chinatown NY główna sprzedaż kręci się wokół gadżetów, koszulek i selfie stick. Do tego, mam wrażenie, że nowojorskie Chińczyki są już tak wyszkolone, że doskonale wiedzą jak odstawiać teatr. Jak coś jest nie po ich myśli, to zazwyczaj udają, że nie rozumieją co się do nich mówi.
No i wino – jest wszędzie. Na stacji benzynowej, w przydrożnym sklepie, przy wejściu do Walmartu. Mam znajomą w NY, która jest z Oakland. Gdy idę do niej, to albo już pije wino, albo zaraz będzie piła. Jeszcze mi się nie zdarzyło, by w jej domu nie było ani jednej butelki wina.
Przyroda :
Idealna pogoda do życia, ocean, góry, masa ścieżek rowerowych, ogrom przyrody wokół, parków stanowych, narodowych w rozsądnych odległościach. To wszystko vs. miejskie plaże? Bez porównania.
Ludzie :
Idę do liceum. Poznaję dwóch moich potencjalnych kolegów :
Kolega numerr 1 :
Jest bardzo żywiołowy, uśmiecha się od ucha do ucha – spokojnie mógłby reklamować pastę do zębów. Jeździ na rowerze. Po szkole lub w weekend chodzi na pierwsze wędrówki, dużo czyta, jest bardzo pomocny, zdrowo się odżywia, jest otwarty do ludzi. Uprawia sport, aktywność fizyczną. Wagary spędza na powietrzu, jest żądny przygód.
Kolega numer 2 :
Raczej nigdy nie był poza terenem miasta, chyba, że w centrum handlowym lub u rodziny w domu. Po lekcjach, jeśli chodzi na dodatkowe zajęcia, to będą to jakieś rozrywki w pomieszczeniu. Nie jest jakoś super entuzjastyczny. Wpasowuje się w charakter i szybkość miasta. Nie uśmiecha się i nie ustępuje miejsca w metrze. Gdy go szturchniesz w tłumie, posyła ci dirty look. Często nie ogarnia mapy, na hasło przedmieścia Waszyngtonu mówi : Oh, so you guys are living on a farm. Na wagarach siedzi w Maku.
Kogo wybieram? 8-)

PS. Przepraszam za jakość zdjęć. Moja sztuka fotografii, to robienie 100 zdjęć – na pewno któreś wyjdzie. Część jest też z telefonu, a galeria w Beacon – zdjęcia z telefonu, z łapanki na 5 procentach baterii.
Przepraszam też za rozwalenie ekranu.


CDN.

_________________

Kiedy tylko w moich snach
Ktoś podnosi na mnie głos
Jak wytresowany pies
Kuląc się czekam na cios


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: ndz, 27 grudnia 2015 08:23:09 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 19 grudnia 2007 10:18:44
Posty: 1289
Ale to się czyta! Dzięki. I te odległości. Fascynujące.

_________________
muzyka gra, a dzień ucieka
last.fm/wokr


Na górę
 Wyświetl profil
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 107 ]  Przejdź na stronę Poprzednia  1 ... 4, 5, 6, 7, 8  Następna

Strefa czasowa UTC+1godz.



Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość


Nie możesz tworzyć nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Przejdź do:  
Technologię dostarcza phpBB® Forum Software © phpBB Group