Ultima Thule

Forum fanów Armii i 2TM2,3
Dzisiaj jest wt, 24 listopada 2020 11:11:52

Strefa czasowa UTC+1godz.




Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 69 ]  Przejdź na stronę Poprzednia  1, 2, 3, 4, 5  Następna
Autor Wiadomość
PostWysłany: pt, 28 lipca 2017 10:17:03 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pt, 24 grudnia 2004 14:34:22
Posty: 15208
Skąd: Poznań
Nasz wyjazd wakacyjny był podzielony - najpierw Puszcza Notecka i małe miasteczka właśnie, a potem niemieckie pomorze.
Zaczęliśmy jeszcze po drodze od mojego ulubionego Międzychodu. Miasto ma tak unikalny układ architektoniczny (wciśnięcie pomiędzy jezioro a Wartę), że w takiej choćby Austrii byłoby odmalowane na glanc i nazwane "perełką Tyrolu" na przykład... U nas jest dość zaniedbane, choć dużo się zmienia i tak. Deptak na odcinku od pomnika osła do Laufpompy już wygląda ładnie, promenada dookoła jeziora też robi wrażenie. Największym skarbem miasta są tzw. gaski. To wąziutkie uliczki (dawniej tzw. drogi ucieczki w razie pożaru) biegnące w poprzek centrum - od Warty do jeziora, niektóre już też odnowione, niektóre zapuszczone.
Za Międzychodem a przed Drezdenkiem - już wewnątrz Puszczy - leży osada Sowia Góra. Tu dawniej biegła polsko-niemiecka granica a teraz znajduje się ogromna kopalnia gazu i ropy naftowej, ponoć obecnie największa w Polsce. Zbudowana bardzo nowocześnie, mimo swoich rozmiarów jakoś nie ingeruje w Puszczę, nawet się w nią wtapia. Potem jest wieś Rąpin, w której mieliśmy chatę. Była to pierwsza agroturystyka, która naprawdę nią była a nie tylko ją udawała. Obok naszego domu był dom gospodarzy oraz: kury, indyki, kaczki, koty, pies, byk i bocianie gniazdo z trzema ptakami. Z drugiej strony rzeczka Lubiatka po której bez oporów pływały bobry. Jak dodam, że syn mógł pojechać na łąkę prowadząc osobiście traktor z przyczepą to obraz staje się pełny. No ale dobrze - miasteczka: następne było Drezdenko. Położone nad Notecią, wielkości Międzychodu ale bardziej senne miejscami, szczególnie poza centrum czuło się ten wolniej tykający czas. Może to przez upał, który panował tego dnia... Może przez atmosferę drewnianego spichrza, w którym umieszczono Muzeum Puszczy Noteckiej.
Po dniu spędzonym na puszczańskich wyprawach rowerowych, pojechaliśmy do Santoka. To ta wieś, która zrobiła na mnie wrażenie w 2015 r. gdy jechałem pociągiem do Gorzowa (odpowiedni wpis w wątku kolejowym). Obiecałem sobie, że tu wrócę i udało się. Santok jest tak niesamowicie umiejscowiony, że ważność strategiczna tego grodu była przesądzona. Zbieg Noteci i Warty w jedną potężną rzekę na dole terasy, wąski pas zabudowy i wysokie (jak na polską nizinę) wzgórza tuż za nimi. A jeszcze musi się zmieścić między tym linia kolejowa! Kolejna turystyczna perełka do oszlifowania. Zwiedzamy miejscowe Muzeum i oglądamy skorupy 8-) , idziemy też na wzgórza na quasi-krzyżacką wieżę (jest co wchodzić!). Jej oddanie do użytku w 1935 r. połączone było z hitlerowską pompą, wieża miała być znakiem niemieckości tych ziem. Teraz można z niej oglądać wspaniałą panoramę Doliny Noteci i Puszczy Noteckiej, a na zachodzie zamgloną mozaikę zabudowań Gorzowa. Sam Santok spowolniony, gorący ale chłodzony powiewami znad promenady warciańskiej.
No i to by były małe miasteczka na tej eskapadzie (choć gwoli formalności: Santok to obecnie wieś). Co prawda jest jeszcze Seelow. Było to we wtorek. Z PN "Ujście Warty" nic nie wyszło - w poniedziałek wieczorem zaczęło padać i padało bez przerwy (!) przez około 26 godzin. Uciekliśmy dalej na zachód, akurat w Seelow wyjechaliśmy ze strefy opadów, więc... Ale Seelow nie ma atmosfery małego miasteczka, mimo że jest istotnie niewielkie. Może to "zasługa" dużego muzeum Bitwy o Wzgórza Seelow z II WŚ. Dużo tu turystów i choć muzeum jest ciekawe, to jednak spory ruch czyni z Seelow miasto dość intensywnie żyjące.
Frankfurt nad Odrą to już zupełnie duże miasto, z tramwajami i kilkoma zabytkami. Byliśmy w trzech gotyckich kościołach - aż zdziwienie, że po walkach z 1945 ocalały w dobrym stanie (no OK, jeden intensywnie odbudowywano). Wszystkie nieczynne - przerobione na jakieś Miejsca Spotkań Kultury czy jakoś tak... jeden zupełnie zamknięty na kłódkę. Ale nawet z zewnątrz czuje się klasę tego gotyku!
Notabene - w mieście sporo imigrantów. Kilka kobiet w burkach idących za swymi mężczyznami. Kilku głośnych Pakistańczyków (?). Ale tylko w jednym przypadku spotkałem się z agresywnym, nieprzyjemnym zachowaniem - tak że człowiek woli zrobić łuk by nie wdać się w awanturę. To były dwa łyse polskie ochlapusy z "Żubrami" w rękach (przeszli sobie pewnie mostem ze Słubic), którzy robili niedaleko ratusza spory gnój i życzyłem im w myślach by zarobili bęcki od jakiegoś Turka. :wink:
Pewnie wrzucę kilka zdjęć wkrótce...

_________________
Nadciąga moo-oo-or!


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: pt, 28 lipca 2017 14:58:00 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pn, 20 października 2008 16:48:09
Posty: 6421
arasek pisze:
wieś Rąpin, w której mieliśmy chatę

:shock:
ja w tej chacie pod lasem u znajomych spędziłem fajne wakacje
https://www.google.pl/maps/@52.7714799, ... 312!8i6656
przywiozłem nawet wtedy kajak na dachu i spływałem Drawą i Notecią
no i świetne leśne jeziora
Drezdenko bardzo polubiłem natomiast Międzychodu nie znam zupełnie więc trzeba być

dzięki :)

_________________
J 14,6


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: pt, 28 lipca 2017 20:33:34 

Rejestracja:
śr, 14 listopada 2007 16:38:41
Posty: 8492
Ten Międzychód mnie zainteresował, aż sobie pooglądałam zdjęcia w necie - faktycznie fajny. :)

I nie mogłam się nadziwić, jak to możliwe, żeby polskie miasteczko nazywało się Seelow, aż sobie zaczęłam szukać informacji, jak do tego doszło - no i jednak nie polskie. :D Tak jakoś przemilczałeś przekroczenie granicy... :wink:


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: sob, 29 lipca 2017 20:58:36 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
ndz, 10 kwietnia 2011 17:14:16
Posty: 6656
Skąd: z Tralfamadorii
Drezdenko ładne jest!


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: ndz, 30 lipca 2017 13:52:27 

Rejestracja:
śr, 14 listopada 2007 16:38:41
Posty: 8492
No to Drezdenko też sobie obejrzałam - faktycznie, też wygląda na ładne.

Dobra, to czekamy na foty Araska! :)


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: pn, 31 lipca 2017 09:25:03 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pt, 24 grudnia 2004 14:34:22
Posty: 15208
Skąd: Poznań
Oto one.

Na początek Santok - widok z kamiennej wieży na wieś i ujście Noteci do Warty.

Obrazek


Poniższe zdjęcie bardzo mi się podoba. To też Santok, widok za zachód - ale przecież równie dobrze mógłbym je zatytułować "Panorama sawanny ze wzgórz koło Lilongwe (Malawi)"

Obrazek


A teraz typowa międzychodzka gaska. Chociaż bywają jeszcze węższe.

Obrazek


Zapraszam do Drezdenka - oto centrum miasteczka.

Obrazek


Na koniec - ratusz we Frankfurcie, który chyba najbardziej wpadł mi w oko. Niestety, fotka z samym ratuszem gdzieś nam przepadła, więc mam tylko ratusz + lokowanie pr... tzn. araska :wink:

Obrazek

_________________
Nadciąga moo-oo-or!


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: pn, 07 sierpnia 2017 21:12:54 

Rejestracja:
śr, 14 listopada 2007 16:38:41
Posty: 8492
Dzięki za foty. :)

Malawi fajne - tylko patrzeć, jak się wyłoni stamtąd jakiś słoń. :)

A gaska to po poznańsku ulica?


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: pn, 21 sierpnia 2017 13:58:52 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pt, 24 grudnia 2004 14:34:22
Posty: 15208
Skąd: Poznań
anastazja pisze:
Drezdenko ładne jest!


Nowy przebój Majki Jeżowskiej 8-)

Fengari pisze:
A gaska to po poznańsku ulica?


W Poznaniu nie spotkałem się z tym określeniem. Ale w Międzychodzie to widocznie lokalne określenie, pochodzenia oczywiście niemieckiego ale te pograniczne tereny się mieszały pod tym względem.

Jeszcze jedno zdjęcie z Drezdenka. Napis na budynku nas z lekka rozwalił więc sfociłem...

Obrazek

Posłusznie poszliśmy dalej, żeby nie zostać ścięci za karę na rynku...
Ponieważ w budynku mieści się drezdenecka pomoc społeczna zapewne chodzi o to by obywatele nie snuli się i nie szwendali w pobliżu, psując urzędnikom humor swoim żałosnym widokiem... :P

_________________
Nadciąga moo-oo-or!


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: pn, 21 sierpnia 2017 18:57:14 

Rejestracja:
śr, 14 listopada 2007 16:38:41
Posty: 8492
Cytat:
w budynku mieści się drezdenecka pomoc społeczna


A już myślałam, że mieści się tam tajne centrum dowodzenia krajem, albo coś w tym stylu, a tu coś takiego! :lol:


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: pt, 07 sierpnia 2020 17:33:07 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 10 listopada 2004 14:59:39
Posty: 26443
Sprawozdanie z ostatniej wyprawy - jakieś dugie...

O Dolnym Śląsku, jako o obszarze rowerowej penetracji zacząłem myśleć ze trzy-cztery lata temu. Źródło tych myśli było jednak wcześniejsze. W 2008 roku stałem z siostrą i siostrzeńcem pod twierdzą w Srebrnej Górze i patrzyłem w dół na rozległe, zielone równiny, na których krzyżowały się ozdobione drzewami drogi… Moja głowa jest jak dziurawy gar, w który wiele można wlewać, a niewiele zostaje, ale ten widok utkwił mi w pamięci i robił swoje. A do tego dochodziły opowieści bliskich i znajomych, albo opisy terenów w książce o Jakubie Böhmem…

Pan Emeryt

W tym roku udało mi się wreszcie zamiar – przynajmniej wstępnie – spełnić: 21 lipca, niedługo po południu, taszcząc rowery, wysiedliśmy z Remikiem na peronie w Głogowie. Być może ktoś zaznajomiony z Dolnym Śląskiem od razu pomyśli: „A niby dlaczego tam?”. No cóż, wyprawa nie miała ściśle przygotowanego i opartego na wcześniejszych badaniach planu. Raz, że realizacja takich planów nie zawsze nam z Remikiem wychodzi, a dwa, że osobiście wolę zdać się na samą drogę, intuicję i zwykłe widzi mi się, a potem patrzeć, co z tego wyniknie. Od razu też przyznaję się do niedociągnięć. Owszem, rok temu kupiłem mapę, ale zapomniałem, że była to mapa wstępna, ogólna, do której miałem dokupić następne. Niby myślałem o tym, dojeżdżając dzień wcześniej pociągiem do Krakowa, ale jakoś tak lekko, że lenistwo zwyciężyło i nie zahaczyłem już o żaden sklep podróżnika, tylko popedałowałem prosto do Remika. A druga rzecz, to że znów nie wziąłem kompasu. Jedno i drugie trochę zaciążyło. Ale nie bardzo.

Sam Głogów wziął się właśnie z widzi mi się – gdzieś trzeba zacząć. Okolice głogowskiego dworca i pobliski widok na Odrę bardzo fajne. Moją uwagę zwrócił też pomnik Dzieci Głogowa. Ale też prędko skonstatowaliśmy, że miasto musiało być totalnie zniszczone – że nawet gotycki kościół św. Mikołaja w centrum do dziś stoi w formie ruiny… Jakoś też sporo czasu zajęło nam wydobycie się z miejskości, a kiedy już zrobiliśmy te konieczne zakupy spożywcze (map niet), to pierwsze kilometry wiodły nas ruchliwą dwunastką. Dopiero kiedy odbiliśmy na Kłodę, mogliśmy spokojnie odetchnąć i przemieszczać się dalej wśród pofalowanych pół i nieczynnych jeszcze wiatraków-gigantów.

Popołudnie było ciepłe i słoneczne. Z dala towarzyszyły nam kominy Huty Miedzi Głogów – jakbyśmy objeżdżali ją dokoła – ale było bardzo przyjemnie. Za chwilę pierwsza oranżada z ciastkami w wiejskim sklepie i pierwsze zawieszenia uwagi na poniemieckich budowlach. Budynki mieszkalne, gospodarcze – całą wyprawę nie mogłem się im napatrzeć. Jakby kryły przede mną jakieś tajemnice. Albo kościół w Kłodzie, zbudowany częściowo z cegieł, a częściowo z polnych kamieni, chyba w XIV wieku. A teraz otoczony wdzięcznym ogródkiem z kwiatami i krzewami.

Wśród bocznych dróg łatwo się pogubić, nawet zerkając na smartfonowe mapki, ale spotkaliśmy przewodnika: starszego pana na rowerze, emerytowanego weterana kierowniczych stanowisk lokalnego wielkiego przemysłu. Pokazywał nam drogę, a i opowiadał trochę o okolicy. Najbardziej zaciekawiła nas historia księdza Bernardha Breske, rodem ze Szczecina, który pozostawał proboszczem w pobliskim Groß Kauer, dziś Kurowie Wielkim, od 1927 do 1965. Mimo zmiany granic, ustroju, a zwłaszcza ludności! Ów Bernard Brzeski podobno szukał wytrwale swych polskich korzeni, ale – jak twierdził nasz przewodnik – z mizernym skutkiem. Można zresztą o nim dowiedzieć się więcej.

Kurowski kościół był jednym z moich największych odlotów na trasie. A o mały włos bym go zlekceważył, jako że z daleka wyglądał normalnie, a trzeba było nadłożyć kilkaset popołudniowych metrów, żeby go zobaczyć. Okazał się niezwykły sam w sobie – pradawne kamienne mury ze skarpami, nietypowa forma – a jeszcze ozdobiony dużą ilością potężnych, rzeźbionych epitafiów. Poczułem się naprawdę oszołomiony! Był w dodatku otwarty i pusty - tylko w konfesjonale siedział ksiądz, względem którego czułem się trochę niezręcznie - nie byłem pewien jak odbiera moją koszulkę Motorhead.

W Dalkowie największe wrażenie zrobił na nas pałac z przyległościami. Opuszczony, ale ciekawie opisany na porozmieszczanych tu i ówdzie tablicach. Komary cięły, więc nie było łatwo skoncentrować się na lekturze… I na pewno warto by było spędzić tam więcej czasu, postać, pomedytować… Obok pałacu piękny park i imponujące zabudowania gospodarcze. Na przykład malownicza wozownia, która wyposażona była w system centralnego ogrzewania. Pokrążyliśmy jeszcze po dalkowskich uliczkach i ruszyliśmy w kierunku Gaworzyc. Ale zaraz przy boisku piłkarskim zauważyliśmy wiatkę z ławkami i miejsce bardzo zdatne pod namiot! Do zmroku było jeszcze trochę czasu, ale zdecydowaliśmy, że tu właśnie zostaniemy. Na gotowaniu, jedzeniu, rozmawianiu i walce z bzykającym tałatajstwem i tak zeszło nam do ciemnej nocy.

Obrazek

Obrazek

Obrazek


Pani Ze Stoiska Warzywnego

Nazajutrz zwinęliśmy się niespiesznie i pojechaliśmy parę kilometrów do Gaworzyc, które okazały się właściwie być miasteczkiem, choć wsią. Rozejrzawszy się, zaopatrzyliśmy się w sklepie w produkty, które od razu posłużyły nam za drugie śniadanie. Spożyliśmy je w sympatycznym parku opodal urzędu gminy, znajdującego się w dawnym pałacu, wraz z osami i komarami. Chwilę spędziliśmy jeszcze na nieczynnej stacji kolejowej i ruszyliśmy dalej.

Mieliśmy już kierować się ku Borom Dolnośląskim, ale moja niedokładna mapa kusiła kościołem z XII wieku w Bukowicy. Remik nie lubi takich hocków-klocków, ale za moją sprawą odbiliśmy w tamtą stronę, choć oznaczało to jazdę tam i powrotem, co generalnie nie zdarza się na naszych wyprawach. Trasa była miła, choć to Wzgórza Dalkowskie, więc z podjazdami i zjazdami. W Jabłonie pijąc oranżadę przy sklepie obserwowaliśmy sjestę kóz. Jabłona, hmm. Kobieta, której w Gaworzycach jeszcze zapytałem o drogę na tę miejscowość, mówiła „Jabłonna”, bo aż się o to prosi. Sam kościółek w Bukowicy z zewnątrz okazał się być dość zwykłym, ale za to trafiliśmy w okolicę przypominającą niektóre partie Beskidu Niskiego, z krowami i pagórami, tylko inną zabudową.

Wypełniwszy więc moją zachciankę obraliśmy nareszcie azymut na Dąb Chrobry. Po drodze oczywiście zatrzymywaliśmy się często, bo kościoły, dawne zbory, sklepy ze słodkimi napojami, świątynie czynne i zrujnowane (np. Przecław). Niemniej pomału zagłębialiśmy się w lasy… Sam Dąb ma około 720 lat, ale w tym roku po raz pierwszy nie wypuścił żadnego listka… Jest już tylko potężnym, rozpadającym się truchłem. Jakiś debil podpalił go kilka lat temu, skutkiem tego z drzewa uleciała resztka życia. Myślałem chwilę o tym żołędziu, od którego się zaczęło. Popsikaliśmy się repelentami na komary, zjedliśmy podwieczorek i skierowaliśmy się jednoznacznie na południe - w głąb Borów - z intencją rozbicia namiotu w pierwszym fajnym miejscu, które będzie należycie oddalone od ruchliwej dość szosy. Żeby cicho było.

Las zmieniał się, właściwie co kilkaset metrów był inny, ale nas interesowało miejsce pod sosnami. Wreszcie, po lekkim odbiciu, znaleźliśmy spłachetkę ziemi w sam raz dla nas. Pnie drzew pięknie oświetlało późne słońce, a pod nimi na materacyku z igieł – po uprzątnięciu szyszek i gałęzi – wkrótce stanął nasz namiot. Na gadaniu, gotowaniu i jedzeniu zeszło nam trochę czasu, tak że spomiędzy drzew zaczęły przeświecać gwiazdy. Remik coś wspominał o wilkach w Borach Dolnośląskich, ale nie wiem, snu nam nie zakłóciły.

Obrazek

Obrazek

Obrazek


Leśni Rowerzyści i Motocyklista Polny

Za to następnego dnia poranek był trochę niewyraźny: zachmurzyło się, chwilami pokapywało. Niezbyt więc spieszyliśmy się z poranną toaletą, kawą i śniadaniem. Odczekaliśmy, by namiot mniej więcej podeschł i ruszyliśmy. Plan był prosty: jedziemy sobie przez te Bory, a wieczorem w Bolesławcu znajdujemy miejsce do spania pod dachem, a przede wszystkim z łazienką. To kwestia wspomnianej przed chwilą toalety, której właściwie od wyjazdu z Krakowa, prócz mycia zębów, nie mieliśmy okazji uskutecznić. Remik naciskał i argumentował, że ma ze sobą osiem podkoszulków, a tego jednego ciągle nie zmienia, bo nie lubi tak bez mycia. Trudno się nie zgodzić. Ale dotrzeć do Bolesławca też nie było łatwo.

Bory Dolnośląskie po tej zachodniej stronie Bobru wydają się doskonałe na rower. Rozległe przestrzenie, wiele ciekawych miejsc, dobre leśne drogi… Ale przydałaby się lepsza mapa i przydałby się kompas. Remik sfotografował mapy Borów z tablic opodal Dębu, ale i tak prędko straciliśmy orientację. Pochmurność nie ułatwiała odnalezienia się w leśnym przestworze. Niespodziewanie dogoniło nas dwóch rowerzystów, zdaje się z Bolesławca, którzy dobrze znali teren, więc trochę nas nakierowali. Potem zresztą w chwili wątpliwości spotkaliśmy ich znowu. Wreszcie po prostu staraliśmy się jechać ich śladami.

Tak naprawdę te kłopoty nie bardzo nas martwiły, bo pora była wczesna, a przebywanie wśród leśnych ostępów to wielka przyjemność. Zmieniająca się sceneria, różne drzewa, wrzosowiska, ślady zwierzyny, tu takie podszycie, tam inne, wielki dzięcioł czarny, którego wypatrzył Remik, niekończące się dukty, leśne odgłosy…

W jednym miejscu Remik zwrócił uwagę na ledwo widoczne ślady domostwa. Resztki ścian niewiele nad poziom gruntu, widoczne zarysy pomieszczeń, a w nich wyrastające krzewy i drzewa. Wśród resztek liści między innymi porozbijane kafelki, resztki zastawy… Jakoś nas to wciągnęło: szukaliśmy napisów, znajdowaliśmy fragmenty ozdobnych szkieł, (niektóre zniekształcone od ognia), kawałki talerzy z kolorowymi deseniami. Rozejrzeliśmy się szerzej, odkrywając więcej takich domostw – to musiała być cała osada. Takie rzeczy kojarzy się z Beskidem Niskim, ale o dolnośląskich terenach mało się mówi. „Przecież tu mieszkali sami esesmani” – Remik przywołał ironicznie zasłyszane kiedyś słowa mieszkanki tych terenów. Zresztą już 1996 ktoś uświadomił nam – wtedy pierwszy raz pojechaliśmy wspólnie na wyprawę - że na dziewiętlickim cmentarzu są polskie groby, ale niżej leżą Niemcy. Też zapewne sami esesmani. Intrygował mnie kolor fragmentów muru, jakiś taki ciemnobłękitny, niespodziewany – może to też kwestia wysokiej temperatury?

Być może był to jakiś przysiółek Studzianki – jest taka stacja linii kolejowej, biegnącej przez Bory. Nie dotarliśmy do niej, bo na jednej z leśnych krzyżówek wywaliło nas – z braku kompasu – na długi, prosty i piękny dukt… wiodący na północny zachód. Kiedy skumaliśmy, że coś jest nie tak, to postanowiliśmy już nie kombinować, tylko jechać do samego asfaltu, przekroczyć Bóbr i starać się dotrzeć do Bolesławca wzdłuż zachodnich brzegów tej rzeki. Wcześniej rozważaliśmy i tę opcję. Najpierw jednak dojechaliśmy do Leszna Górnego, gdzie był sklep i ławka pod blokiem. Posiliwszy się ruszyliśmy dalej. Chwilę pomęczyliśmy się ruchliwą asfaltówką, ale już na wysokości Buczka smyknęliśmy mostkiem na drugą, leśną stronę Bobra. Od razu zrobiło się jak w bajce: wyszło słońce, nurt rzeki mienił się ciemną zielenią, łąki pachniały i bzyczały, zarośla, malownicze starorzecza…

Sielanka trwała jednak niezbyt długo. Już na wysokości Pstrąża na naszej żwirówce zaczęły pojawiać się tiry… Każdy niósł ze sobą tuman pyłu. Jeden z nich, wiozący na naczepie jakąś koparę, zwrócił uwagę Remika, który stwierdził, że machał do nas z niego koleś w jakimś dziwnym mundurze. Na tabliczce informującej o uprawach leśnych umieszczono napisy w języku polskim oraz angielskim... Wreszcie jeden z tirów zatrzymał się przy nas, wyskoczył kierowca, chcąc o coś zapytać, a kiedy zorientował się, że mu nie pomożemy, to spojrzał z uśmiechem i zadowolony rzucił: „Byłem u tych Amerykańców!”. Cóż, w kurzu i upale, rozjechaną drogą parliśmy dalej na południe. Za chwilę znaleźliśmy się pod tabliczką z zakazem odbijania w prawo, bo mogą ćwiczyć tam ostrzał. Na kolejnym skrzyżowaniu okazało się, że przy drodze, którą zamierzaliśmy jechać, stoi znak informujący, że tamtędy czołgi jeżdżą... Z jednej strony było to trochę zabawne, ale szczerze mówiąc miałem ochotę jak najszybciej się stamtąd ulotnić. Nie zdecydowaliśmy się na drogę czołgów, zaś inna, która mogła nas poprowadzić na południe, zawiodła nas pod sam camp. Spomiędzy drzew widać było jakieś hangary, pojazdy, żołnierzy… Cofnęliśmy się. Na szczęście pojawił się młodzieniec na motocyklu - widziałem go już wcześniej w Lesznie - i doradził nam dalszą drogę. Już bez kombinowania: na Trzebień i dalej asfaltem do Bolesławca. Ale gdy tylko opuściliśmy „military area” i wracaliśmy do swojskich, dolnośląskich realiów, to Remik odkrył, że zgubił swą jedyną na tym wyjeździe bluzę. Nie zważając na nic ruszył z powrotem na jej poszukiwania, a ja zostałem zdezorientowany na środku drogi. Cóż, znalazłem murek i zasiadłem, wsłuchując się w odgłosy miejscowości. Telefon rozładowany, więc nic mnie nie rozpraszało. Obok trwała wymiana dachówek, a kawałek dalej staruszka uspokajała płaczącą kobietę na wózku… Wspominałem sobie też poranną eskapadę Remika w Kłajpedzie kilkanaście lat wcześniej - zostawił mnie wtedy z dwoma obciążonymi rowerami wśród piachów bałtyckiej plaży, żeby… Zresztą mniejsza o to, wtedy wrócił. I teraz na szczęście też, w dodatku z tarczą, znaczy bluzą. Mogliśmy ciąć na Bolesławiec.

Szczęśliwie droga o tej porze była już mniej ruchliwa, a przeżycia poprzednich godzin wyzwoliły w nas nadspodziewane siły. Sprawnie dotarliśmy do miasta, a zatrzymaliśmy się nie wcześniej niż na malowniczym rynku. Remik wziął na siebie sprawy noclegu, który jednak ogarnęła internetowo jego żona, a my spożyliśmy sobie po kebsie z frytkami. Wylądowaliśmy w mieszkaniu w bloku, które pachniało środkami dezynfekującymi i wyglądało jak przygotowane specjalnie dla zakochanych par. Dominowały ozdoby z motywem serca i rozległe posłanie. Na szczęście była też kanapa. Wtachaliśmy na górę rowery, a o miejsce spania rzuciliśmy monetą. Nie powiem, miło było się wreszcie umyć, a w nocy turlikałem się z jednego na drugi koniec małżeńskiego łoża. W dodatku spaliśmy z 2-3 godziny dłużej niż zwykle i chyba dopiero jakoś przed dziewiątą raczyłem się obudzić.

Obrazek


Sprzedawczyni Map i Ceramiki

Tak też piątek zaczął się nietypowo. Ale czy to źle? Remik przypomniał poprzedniego wieczora, że dwa lata temu, kiedy byliśmy na Mazurach, roztoczyłem przed nim taką wizję dolnośląskiej wyprawy, że rano sobie wstajemy i zaczynamy od kawy w jakimś fajnym lokalu. Bolesławiec wydawał się idealny, żeby tę wizję urzeczywistnić. Znaleźliśmy kawiarnię przy rynku - z podcieniami, żeby ochronić się od przygrzewającego już mocno słońca - i zajęliśmy się leniwym i satysfakcjonującym piciem kawy. Choć ja machnąłem w międzyczasie jeszcze szybką rundkę za mapami, ale bez powodzenia. Następnie trochę zwiedzania i fotografowania – tak żeby jakoś zagospodarować czas do obiadu. Głównie Bazylika i rzeźby przy Bolesławieckim Centrum Kultury, gdzie zrobiliśmy też zakupy: m. in. mapy (wreszcie!), ceramika czy pandemiczna maseczka z charakterystycznym nakrapianym wzorem. Odnaleźliśmy też sławny wiadukt kolejowy i wreszcie można było z czystym sumieniem zasiąść w ogródku na rynku do solidnego i smacznego obiadu. Jakoś po czternastej byliśmy już gotowi do drogi.

Z miasta wydobyliśmy się urokliwymi uliczkami między Bobrem a cmentarzem. Po drodze do Rakowic wypatrywaliśmy pomnikowych drzew, których jest tam wiele. Szczególne wrażenie zrobił na mnie Jesion Zagłoba, bo znam jesiony przesadnie wysmukłe, w dodatku w ostatnich latach schorowane i powywracane, a ten skurczybyk był gruby, zdrowy i potężny! Dalej Otok i Kraszowice, za którymi zatrzymaliśmy się, by obejrzeć ruiny renesansowego dworu, zniszczonego w 1945. Czym dalej jednak w złociste popołudnie, tym mniej chciało nam się napierać, a sama droga wiodła nas coraz leniwiej w dolinę Bobru. W Wodzisławiu Wielkim całkiem stanęliśmy. Remik objął posadę kierownika kółka rolniczego (chciałbym móc pokazać zdjęcie), a ja wkroczyłem na teren kościoła św. Michała – jednego z dwóch w zasięgu ręki. Ten drugi miał ciekawą „zborową” formę, ale ten pierwszy skusił mnie cmentarzem. Na tabliczce stało, że to świątynia z XVI wieku, wyglądał mi jednak na dużo starszy. Na cmentarzu dopadła mnie świadomość, że jeśli ktoś ma na grobie, że urodził się powiedzmy w 1905, to na pewno było to gdzie indziej… Po ziomkach budowniczych kościoła zostało ledwie kilka płyt z usuniętymi tablicami, wmontowanych w cmentarny mur. Sami esesmani? Z jakiegoś powodu przypomniał mi się piękny i nieco zapuszczony ewangelicki cmentarz w Bielsku. Tamten się chyba wyczerpał bez zerwania ciągłości, a tu raczej nie było grobów starszych niż 1945 czy ile tam.

Chwilę jeszcze posiedzieliśmy zanim zebraliśmy się do drogi. Wnet zmieniliśmy stronę Bobru i zaczęliśmy jechać wzdłuż niewielkiego zalewu. Już wcześniej zwróciliśmy uwagę, że coraz więcej słychać i widać motocyklistów, a tu, od strony wody, słychać było jeszcze jakąś próbę muzyczną. Ani chyba mają zlot. W Rakowicach Wielkich zatrzymaliśmy się przy sklepie, opodal ruin wieży mieszkalnej. Oranżadka była bardzo smaczna, ale naszą uwagę zwróciła też rozmowa między kierowcami. „Marian, nie pierdol, że wodę mineralną będziesz pił! Piwko byś sobie jebnął!” – te frazy wzbogaciły język naszej wypowiedzi do końca wyprawy. Dalej śmigaliśmy już do samego Lwówka Śląskiego. Gdy dotarliśmy na miejsce było już dosyć późno, tak że tylko pobyliśmy trochę na rynku, zrobiliśmy sobie zakupy i przemieściliśmy się do Szwajcarii Lwóweckiej, gdzie mieliśmy nadzieję znaleźć miejsce na namiot. Szwajcaria owa jest górzysta i skalista, zapewne bardzo malownicza, ale tylko nieco jej liznęliśmy, gdyż zniosło nas w stronę Bobru. I tam, za wałem przeciwpowodziowym, nad samą wodą, gdzie przeważnie kończą się spływy kajakowe, uwiliśmy sobie gniazdko. Muszę wyznać, że sytuacja nad rzeką wciąż odciągała moją uwagę od spraw gospodarczo-towarzyskich. Malowniczy nurt, gwiżdżące wilgi, kaczuszki, jakieś inne ptaszki śmigające - może zimorodki? Popiliśmy herbaty, zjedliśmy to i owo i zdaje się dość wcześnie zapadliśmy w sen.

Obrazek


Sympatyczny Traktorzysta

Z Lwówka mieliśmy kierować się ku Zamkowi Czocha. Zamek Czocha, Zamek Czocha - odkąd widziałem film Sherlock Holmes i ludzie jutra, chciałem znaleźć się w jego pobliżu. Ale w nocy rosa była bardzo silna, namiot stał w cieniu i trzeba było zaczekać aż wyschnie. Wcale nam to nie przeszkadzało. Chcieliśmy też wrócić jeszcze do Lwówka. Obraliśmy drogę wałem, żeby obejrzeć kamienny most na Bobrze. Po samym Lwówku krążyliśmy szlakiem murów miejskich, kościołów i baszt. Na plantach zatrzymaliśmy się przy bardzo ładnym pomniku ofiar I wojny światowej. (Jest odnowiony, ale tablice z nazwiskami poległych wyrwano, a napisy - poza jednym - zatarto. Sami esesmani). Przed kościołem Wniebowzięcia dziesiątki motocykli, motocyklistów i motocyklistek, za to przy kościele franciszkański pełno pachnącej lawendy. W bocznym przedsionku, gdy okazało się, że krata zamknięta, jakoś tak zaśpiewało mi się „Chwała i dziękczynienie…”, bo myślałem, że nikogo nie ma w środku. Ale po chwili okazało się, że ludzie wchodzą jeszcze innym wejście i kościół wcale nie był pusty… Dobrze, że już nie miałem na sobie tiszerta Motorhead.

Znów zeszło nam do popołudnia, bo jeszcze obiad zjedliśmy. Pomijam raczej kwestie naszego jadłospisu, ale tu zaznaczę, że lwówecki chłodnik był chyba najlepszą rzeczą na całej trasie – oczywiście jeśli chodzi o przyjemności tego rodzaju. A potem ruszyliśmy bardziej ku zachodowi. Chmurzyło się i nawet pogrzmiewało, więc zrezygnowaliśmy z opcji boczno i polnodrogowej przez Płóczki Górne i Nagórze. Czekały nas Wzniesienia Gradowskie i Wzgórza Radomickie, więc i tak nie było lekko i nie raz trzeba było pchać rower z dobytkiem.

W Gradówku w sklepie przydrożnym – chwilę przed zamknięciem, w końcu sobota – oranżada, a chwilę później już odbijaliśmy na Rząsiny, żeby jeszcze zobaczyć ruiny Zamku Podskale. To niby nic wielkiego, trochę cegieł na skale. Ale podobało mi się bardzo: taka siedziba zbójeckiego rodu rycerskiego, zburzona za karę w XV wieku i nigdy nie odbudowana, z urokliwym widokiem na Sudety, które właściwie wtedy pierwszy raz pokazały nam się tak pięknie. Zresztą następne kilka kilometrów, to było spełnienie jakichś podświadomych marzeń związanych z tą wyprawą: zapieprzaliśmy ostrym zjazdem wśród pól, nie tracąc tych pięknych gór z oczu. W Uboczu Dolnym znów był sklep, paluszki i panowie radykałowie, którzy doradzili nam dalszą trasę: wzdłuż linii kolejowej do Olszyny. Tam zrobiliśmy większe zakupy, bo nazajutrz niedziela, i skierowaliśmy się ku Bożkowicom, czyli wprost nad Jezioro Leśniańskie. Znów było trochę podejść, ale i piękne zjazdy z wiadomymi panoramami na horyzoncie.

Od Grodnicy towarzyszył nam nieco hałaśliwy traktorek z przyczepą, który czasem doganiał nas, a czasem my wyprzedzaliśmy jego. Jakoś prędko nawiązaliśmy sympatyczny kontakt wzrokowy z jego kierowcą, a kiedy już zjechaliśmy wszyscy do Bożkowic, to ów sympatyczny pan udzielił nam bardzo precyzyjnych informacji na temat możliwości rozbicia namiotu na dziko nad jeziorem. Gdybym mu całkiem zawierzył, nie musiałbym sprawdzać innej opcji – czyt. moje dodatkowe półtora kilometra leśną drogą, z porzuceniem roweru w lesie i zbieganiem stromą skarpą nad brzeg, żeby się dowiedzieć, że tam jednak nie bardzo – tylko od razu wylądowalibyśmy tam, gdzie w końcu zostaliśmy na noc: w lesie nad północnym brzegiem jeziora.

Była to dość osobliwa miejscówka. Pochyły teren, sporo samochodów i namiotów w lesie, głównie wędkarze. Najlepsze miejsce było jednak wolne i płaskie, a nawet tliło się tam jeszcze ognisko. W jeziorze można się było umyć, a w ognisku upiec kiełbaski, a to tradycja, której zaniedbania nie chcieliśmy, zwłaszcza Remik. Na drugim brzegu widać było kemping, z dala dobiegała rosyjska muza, i pikanie czujników w wędkach. Wędkarze gaworzyli zresztą chyba całą noc – obaj mieliśmy takie wrażenie. Ale spało się bardzo przyjemnie.

Obrazek

Obrazek

Obrazek
(Crazy, widzisz gaz?)


Pan Rowerzysta

Następnego dnia, w niedzielę, obudziło nas słoneczko. Tego dnia zamierzaliśmy dotrzeć do Jeleniej Góry, żeby dnia następnego po siódmej rano odjechać pociągiem do Krakowa. Mieliśmy więc działać sprawnie. Co nie do końca się udawało.

Najpierw śniadanko i pakowanie się – tym razem namiot był absolutnie suchy. Następnie prowadzenie rowerów ku Zaporze Leśniańskiej, przez bardzo fajny las nad jeziorem, tajemniczą ścieżką nad coraz bardziej wysoką i stromą skarpą brzegową. Sama zapora bardzo mnie zaskoczyła: urodą, wielkością, otoczeniem i dziwnymi urządzeniami. Zdjęcie jednego z nich przesłałem mesędżerkiem znajomemu z innego wymiaru, który od razu zorientował się gdzie jestem i odesłał mi stare zdjęcie tego miejsca, uzupełnione o różne ezoteryczne symbole i znaki. Dość niezwykłe miejsce.

Chwilę później wyznałem Remikowi, że w sumie w dupie mam ten Zamek Czocha, nie muszę tam wchodzić. Z jakiegoś powodu wzbudziło jego uznanie. Cóż, ludzi było pod bramą mnóstwo, a przecież na wieczór mieliśmy zlądować w Jeleniej. A i jeszcze gdzieś po drodze wstąpić na mszę. Tak że niezbyt szybko, ale systematycznie zaczęliśmy się przemieszczać w kierunku Gryfowa Śląskiego. Po drodze bardzo ciekawe miasteczko Złotniki, z wąskimi przelotami między budynkami, oraz Jezioro Złotnickie, którego jednakowoż nie zobaczyliśmy ani skrawka. Za to później zjazd do samego Gryfowa Śląskiego był, uważam, spektakularny. Rozpędem wpadliśmy na rynek. Przyjemnością było zaglądanie to tu, to tam. Zresztą do mszy było jeszcze trochę czasu. Po mszy, spędzonej u wejścia, zwiedziliśmy kościół. Tamtejsze epitafium Schaffgottschów w bocznej kaplicy jest naprawdę niezwykłe. Miałem ochotę porobić sobie z ziomkami zdjęcia, ale uznałem, że jednak nie wypada.

Po kościele tradycyjny niedzielny obiad, chwila relaksu i ruszyliśmy dalej, licząc na sprawny przejazd do Jeleniej. Do Lubomierza miały nas poprowadzić szlaki wśród lasów i pól. Początkowo wyglądało to nieźle, choć w lesie było sporo błota, a także potężne kałuże. To z nich zapewne brały się masy komarów. Drogi w dodatku zniszczone były przez jakieś pojazdy, więc nie zawsze dało się jechać. Dobrze, że było jeszcze się czym pryskać. Ale znaki szlaku widzieliśmy coraz rzadziej. Wreszcie skręciliśmy błędnie. Nigdzie nie widać było spodziewanych dwóch krzyży pokutnych, za to brnęliśmy coraz głębiej w totalnie zdziczałe, bzyczące pola. Zatrzymywaliśmy się, próbowaliśmy się zlokalizować – choć mój telefon akurat oczywiście zdechł – względem mapy. Droga właściwie zaniknęła zupełnie. Ha! Gdybyż był kompas! Projekty wydobycia się z matni były różne, ale właściwie każdy do bani. Wreszcie podjęliśmy decyzję, żeby po prostu cofnąć się do feralnego skrzyżowania i wybrać inaczej. I to się sprawdziło, jeszcze tylko przy pokutniakach zatrzymaliśmy się wśród oszałamiającego zapachu baldaszkowatych kwiatów, a potem już konsekwentnie napieraliśmy na Lubomierz.

Samemu miastu nie mogliśmy poświęcić tyle uwagi na ile zasługuje, niemniej wrażenia mieliśmy bardzo przyjemne. Jechaliśmy dalej – chyba, że akurat podprowadzaliśmy pod górki – przez Wojciechów i Maciejowiec. Żywiliśmy się wodą i czekoladą. „Czekaj, najpierw woda – żeby nie zepsuć sobie smaku”. Sudety towarzyszyły nam wdzięcznie z oddali. Słaby jestem w ich topografii, ale Śnieżka ma tak charakterystyczny kształt… Na rozjeździe nad Maciejowcem spadł nam z nieba pan na rowerze, choć zanim zdołał udzielić nam cennych wskazówek, wskazał drogę jeszcze motocyklistom i automobilistom. Potem już mógł poświęcić czas nam, wyjaśnił to, co nie było jasne na mapie, rozwiał wątpliwości i wlał otuchę w nasze serca. Co prawda pod Pokrzywnik trzeba było rowery z wysiłkiem prowadzić – chyba najstromszy odcinek drogi na całej trasie – ale za to na górze było jakoś przyjemnie. Nie zawsze tu wskazuję te momenty, ale bywa tak, że zaczyna działać magia drogi, że ona jakoś zaczyna nieść czy raczej może otwiera się, odsłania swoje niezwykłości, jedną, drugą, siódmą… Dąb, pod nim pomnik z czasów I wojny, drewniana wieża strażacka, jazda na wysokości z rozległymi widokami, stromy zjazd w dół, wertepy, wertepy, ale zaraz już jesteśmy na imponującej zaporze w Pilchowicach, a potem lasem, nad jeziorem, wzdłuż linii kolejowej, z mostem, o którym ostatnio zrobiło się głośno…

Chwilę później zaczęły zbierać się chmury, więc skoncentrowaliśmy się na dotarciu do celu i już nawet nie gadaliśmy o ciekawszym wariancie dojazdu z Siedlęcina do Jeleniej. Do samego miasta wjeżdżaliśmy w deszczu, a nawet w pelerynach. Stanęliśmy pod starówką pod jakimś daszkiem, żeby zastanowić się co i gdzie dalej. Nocleg mieliśmy już dograny w hoteliku zaraz koło dworca PKP, więc stanęło na tym, żeby przede wszystkim zobaczyć co w mieście słychać – zwłaszcza, że ja nie byłem wcześniej w Jeleniej. No i poza tym deszcz ustawał. Więc dalej schodami w górę. Starówka bardzo przyjemna, pokluczyliśmy trochę tam i owam. Miałem zachciankę, że teraz burger z colą, i to też udało się spełnić. Ładnie zmierzchało, aż nie chciało się szukać tego hotelu, niemniej mieliśmy tam być przed dwudziestą drugą.

I to właściwie tyle, bo w hotelu, wiadomo, przede wszystkim mycie się i spanie, choć pobudka zaraz po szóstej, a potem pociąg sześciogodzinny do Krakowa. A w moim wypadku jeszcze potem trzygodzinny do Nowego Sącza. I ostatnie piętnaście kilometrów rowerem do domu.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Co mogę na koniec rzec? Potwierdziło się moje podejrzenie, że to region bardzo fajny dla turystyki rowerowej. Sporo pustych przestrzeni i wiele malowniczych dróg ze szpalerami starych drzew. Mnogość ciekawych rzeczy i miejsc – miałbym ochotę pojeździć tam jeszcze bardziej klucząco i wnikliwiej niż teraz. Cała ta warstwa kulturowa budzi osobliwe uczucia, kryje w sobie dramat i stąd biorą się częste okazje, by stanąć oko w oko z tą naszą epoką i różnymi uwierającymi zaszłościami. Jest w tym sporo goryczy, ale też bardzo łatwo tam wędruje się myślami wstecz, czasem bardzo daleko, co z kolei jest takie baśniowe… Mam też wrażenie, że to region wciąż mocno nieodkryty, zwłaszcza w tym wymiarze prowincjonalnym, a te małe miejscowości mogą tu mocno zaskoczyć.

Pogoda nam sprzyjała: nie marzliśmy, nie mokliśmy, było sporo słońca, ale też gdy myślałem, że dziś mnie już strzaska, to pojawiała się ochronna warstwa chmur i wystarczyło uważnie używać daszka od czapki, żeby ochronić skórę.

I jeszcze jedno. Dwa lata temu zdając sprawę z Mazur, posłużyłem się rybkami, żeby uporządkować poszczególne dni. Tym razem, jak widzieliście, przywołałem osoby, które nam pomogły na szlaku. Właściwie wszędzie spotykaliśmy się z życzliwością, a z drugiej strony nikt się nam nie wtryniał w życie, ewentualnie dyskretnie poświęcano nam trochę uwagi. Tak że kontakty z ludźmi były po prostu bardzo przyjemne. To pewnie kwestia tych wschodnich genów :) .

Dziękuję za uwagę!

Obrazek

Obrazek
(dwa ostatnie zdjęcia zrobił Remik)

_________________
I'll tell you this, no eternal reward will forgive us now for christen him Fifonż


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: pt, 07 sierpnia 2020 22:18:39 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pt, 13 stycznia 2012 16:29:27
Posty: 5717
Skąd: Hôtel Lambert / Rafał Gan Ganowicz Appreciation Society
Wit - na razie przejrzałem pobieżnie, ale bez wątpienia spędzę na czytaniu uczciwy czas już jutro. Wielkie dzięki!

_________________
Ceterum censeo Platformem delendam esse

Wszystkie prawdziwe ścieżki prowadzą przez Góry.

Zawsze mieć dojrzałe jagody do jedzenia i słoneczne miejsce pod sosną, żeby usiąść.


My gender pronoun is "His Majesty / Your Majesty".


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: sob, 08 sierpnia 2020 10:12:34 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 10 listopada 2004 14:59:39
Posty: 26443
Powodzenia! :D

_________________
I'll tell you this, no eternal reward will forgive us now for christen him Fifonż


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: sob, 08 sierpnia 2020 20:52:08 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pt, 13 stycznia 2012 16:29:27
Posty: 5717
Skąd: Hôtel Lambert / Rafał Gan Ganowicz Appreciation Society
Powiodło się! Świetna sprawa, bardzo inspirujący opis - dzięki!

_________________
Ceterum censeo Platformem delendam esse

Wszystkie prawdziwe ścieżki prowadzą przez Góry.

Zawsze mieć dojrzałe jagody do jedzenia i słoneczne miejsce pod sosną, żeby usiąść.


My gender pronoun is "His Majesty / Your Majesty".


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: ndz, 09 sierpnia 2020 15:36:25 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pt, 24 grudnia 2004 14:34:22
Posty: 15208
Skąd: Poznań
Znakomita rela, czytałem z zapartym tchem (mniej więcej do Wzniesień Gradowskich, potem wziąłem oddech).
Liczyłeś ile dokładnie miasteczek odwiedziliście po drodze?

Zdjęcie z zapory - ******
No i w ogóle gratuluję pomysłu i kondycji na szlaku. A także wytrwałości, bo takie szukanie drogi i cofanie się może być czasem już deprymujące, a tu trzeba to przełamać.
Spodobał mi się też powracający motyw oranżady przy sklepie. To świetna sprawa, aż zachciało mi się napić... koniecznie oranżada o smaku "landrynka", miejscowej produkcji!

antiwitek pisze:
Jest już tylko potężnym, rozpadającym się truchłem


Jaka szkoda! :| Ale może gdzieś jeszcze w środku tli się życie? Może za rok coś?

antiwitek pisze:
Od razu zrobiło się jak w bajce: wyszło słońce, nurt rzeki mienił się ciemną zielenią, łąki pachniały i bzyczały, zarośla, malownicze starorzecza…


Bóbr wydaje się w ogóle fajną opcją na kajak!

antiwitek pisze:
naciskał i argumentował, że ma ze sobą osiem podkoszulków, a tego jednego ciągle nie zmienia, bo nie lubi tak bez mycia. Trudno się nie zgodzić.


:D

antiwitek pisze:
taka siedziba zbójeckiego rodu rycerskiego, zburzona za karę w XV wieku i nigdy nie odbudowana


Tak to ma swój klimat. W Górach Suchych też kiedyś zwiedzaliśmy takie zbójeckie zamki...

antiwitek pisze:
w sumie w dupie mam ten Zamek Czocha, nie muszę tam wchodzić


:mrgreen: rozumiem, niemniej warto kiedyś...

_________________
Nadciąga moo-oo-or!


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: ndz, 09 sierpnia 2020 21:15:23 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 10 listopada 2004 14:59:39
Posty: 26443
Dzięki Aras!

Miasteczek nie liczyłem, ale da się to zrobić :) . Muszę jednak powiedzieć, że dla mnie, mieszkańca Małopolski, takie Gaworzyce zdecydowanie wyglądają, a nie są...

Oranżada (ze starego dziada) to już wieloletnia tradycja. Często towarzyszą jej jakieś tanie ciastka. Kiedyś uważałem, że to trochę słabe, ale ulegałem Remikowi. Na naszej najdłuższej wyprawie (w 1999 hyhy) miałem wrażenie, że jeszcze trochę i zacznę świecić od tych orężad. A obecnie to ja czasem jestem prowodyrem - mój druh zaczął trochę myśleć o swoim zdrowiu. Marki i smaki są bardzo rożne, ale najbardziej lubimy wypić coś lokalnego :) .

Co do spływania, myślę że tak! Takie spływy chyba zwykle kończą się w Lwówku, ale koleś który podjechał kiedy się zwijaliśmy mówił, że jak poziom wody jest wyższy, to i do Bolesławca się spływa. Się pojawił, bo tego dnia właśnie miała dotrzeć ekipa, która zażyczyła sobie grilla na koniec.

_________________
I'll tell you this, no eternal reward will forgive us now for christen him Fifonż


Na górę
 Wyświetl profil
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 69 ]  Przejdź na stronę Poprzednia  1, 2, 3, 4, 5  Następna

Strefa czasowa UTC+1godz.



Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 7 gości


Nie możesz tworzyć nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Przejdź do:  
Technologię dostarcza phpBB® Forum Software © phpBB Group