Ultima Thule

Forum fanów Armii i 2TM2,3
Dzisiaj jest czw, 13 grudnia 2018 19:59:57

Strefa czasowa UTC+1godz.




Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 160 ]  Przejdź na stronę Poprzednia  1, 2, 3, 4, 5, 6 ... 11  Następna
Autor Wiadomość
 Tytuł:
PostWysłany: śr, 18 kwietnia 2012 16:30:10 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 10 listopada 2004 16:16:54
Posty: 1282
Skąd: Kraków
jaaaa już chcę Rado ! a tak w ogóle to może jutro jak będzie ładnie chociaż zahacze o nią :D


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: sob, 05 maja 2012 10:29:15 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 10 listopada 2004 14:59:39
Posty: 25025
O, a ja spędziłem już właśnie w Radocynie ostatnio trzy noce. Nie było to wcale specjalnie planowane, ale jak się tak zastanowić, to też niezupełnie przypadkowe. Był wcześniej plan, żeby w długi, wiosenny weekend odwiedzić Laskę w Mochnaczce i ja sobie wymyśliłem, że dojadę do niej tak: rowerem do Sącza, pociągiem do Krynicy i znów rowerem już do samej Mochnaczki. Cały plan jakoś nie wypalił, ale ja poczułem wyraźnie, że taki wspaniały pomysł na dojazd nie powinien się zmarnować.

I rzeczywiście: w piątek zrobiłem sobie potrzebne zakupy (trochę jedzenia i dętki (były tylko z wentylami samochodowymi, więc /co za czasy/ dokupiłem też taką przełączkę, żeby można je było pompować zwykłą pompką rowerową)), wytrzepałem z kurzu i spakowałem sakwy (od lat nie używane), i w sobotę rano wyruszyłem w nieznane.

Był jeszcze poranny chłodek, ale świeciło słońce, zresztą prognozy były bardzo optymistyczne. Nieźle się jechało, ale już pod Sączem zaczęło mi coś strzelać w korbie. Pomyślałem, że pewnie rozsądnie byłoby zawrócić, albo poszukać jakiegoś serwisu, ale nie zamierzałem robić ani jednego, ani drugiego. Na pociechę wspominałem cudze rowerki, na których zdarzało mi się jeździć, których korby działały zupełnie wariacko i nieprzewidywalnie – mojej do takiego stanu było jeszcze daleko. Co prawda gdy pociąg przywiózł mnie już do Krynicy i, przypatrując się uzdrowisku i kuracjuszom, jechałem sobie przez deptak, to w pewnym momencie do postukiwań korby dołączył się wyraźny opór. Alem go przezwyciężył i pojechałem dalej.

Kupiłem jeszcze półtora litra wody mineralnej i dalej przez Jakubik na Mochnaczkę. No, oczywiście nie zamierzałem nań wyjechać – jeśli chodzi o wyjazdy turystyczne, z obciążeniem, to zawsze podobała mi się zasada mojego starego druha Remika, że górka jest po to, żeby rozprostować kości, odpocząć od siodełka. Na wspólnych wyprawach zawsze rowery pod góry wprowadzaliśmy. A kilka razy nawet, kiedy temat rozmowy nas mocno wciągnął, zdarzyło się i z sprowadzać je z drugiej strony. Tu oczywiście z Jakubika sobie śmigałem, choć też zatrzymywałem się, bo chciałem przyglądnąć się imponującej, nad Mochnaczką, kopie Lackowej. W samej wiosce obróciłem się pod dom Laski, żeby sprawdzić czy rzeczywiście już wyjechała, obejrzałem cerkiew, wypiłem coś tam pod sklepem i jeszcze kupiłem, na wszelki burzowy wypadek, pelerynkę.

Obrazek
(Mochnaczka i Lackowa)

Wcześniej, kiedy sobie oglądałem mapę, to myślałem, że można by nocować tu, albo tam, albo jeszcze tam, ale jak tak sobie jechałem, to coraz bardziej jasnym się dla mnie stawało, że chce dojechać do Radocyny. No, że tam znam miejsce, że sobie zjem, że mogę nawet zawinąć pod dach, albo na bazę namiotową. Że po prostu chcę tam, a następne noce, to się jeszcze zobaczy. Tymczasem zjechałem z asfaltu i zacząłem jechać drogą przez las w kierunku Izb. Trasa fajna, ale sama droga z tymi cholernymi płytami na rower średnia. Przejechałem/przeszedłem ją dosyć sprawnie, ale trochę bałem się o swój rower, który jest szosowcem a nie terenowcem, i ogólnie postanowiłem, że będę się starał, przynajmniej tego dnia do Radocyny, śmigać asfaltówkami. W Izbach skręciłem jednak na żwirówkę, żeby dojechać do Bielicznej, obejrzeć sobie cerkiew. Zamierzałęm tam też posilić się i odpocząć.

Dolina Bielicznej jest bardzo ładna. Kiedy zostawi się za sobą te popegieerowskie zabudowania stadniny czy czegoś tam, to otwierają się rozległe (zieloniutkie już) pastwiska. Do tego rzeka, lasy i góry - najwyższa część naszego Niskiego w tle. A za brodem mała, drewniano-murowana cerkiewka. Pobuszowałem tam trochę, ale kiedy zabrałem się przy ułożonych drewnach za jedzenie, zjawili się robotnicy leśni, dla których był to zwykły dzień pracy, z traktorem i przyczepą. Dojadłem więc, dopiłem i ruszyłem dalej.

Najpierw powrotem do Izb, potem przez górkę do Banicy (oglądając się na widoki), potem dalej na północ, aż skręciłem do Czarnej, a później na Uście Gorlickie. No sił to ja nie miałem za dużo. W Uściu znów postanowiłem trochę wypocząć, zjeść, a przede wszystkim napić się. Wybrałem sklepik, przy którym już kiedyś popasałem – z Gerem i Paulinką. Kanapki, wysowianka lemon. Nawet sobie kalcjum zaaplikowałem. I snikersa. I posiedziałem trochę w cieniu. W końcu ruszyłem dalej, pamiętając, że chcę dojechać do Radocyny, oraz, że mam ambicje być najwolniejszym rowerzystą świata. I tak się wlokłem: Kwiatoń, Smerekowiec, Gładyszów. W Smerekowcu przede mną z bocznego zabudowania wyjechała mama z dzieckiem na malutkim rowerku. Nie udało mi się ich wyprzedzić aż zjechali w kierunku swego domu. Zatrzymywałem się trochę: tu chwila oddechu w cieniu, tam jakieś zdjęcie. Wreszcie skręciłem na Krzywą, przejechałem Jasionkę… I nagle zaszła jakaś zmiana. Droga z asfaltowej przemieniła się w żwirówkę, świat przycichł w promieniach niskiego słońca. Jadący z przeciwka pan uśmiechnął się do mnie, jakby wiedział gdzie jadę: „teraz to już prosto w dół”.

Dalej już jechałem sobie powolutku i z zachwytem. Patrzyłem na znane krajobrazy, ale w wiosennych barwach: łąki, lasy, drogi, cisza, złote promienie, śpiewające ptaki. Martwiłem się, że za szybko dojadę, ale do Czarnego zjeżdża się w sam raz. Słońce było już nisko, więc dolina zanurzała się już w cieniu, tylko górą świeciło słońce. Dwa stada owiec po prawej stronie: co za chór pobekiwań! Cała przestrzeń nimi wypełniona: nachalne, delikatne, niskie, wysokie, ciche, głośne, ochrypłe, młodzieńcze. Za chwilę stado krów na drodze, później konie – hehe, no gęba sama mi się śmiała do tego wszystkiego. Ale już skręcam na Radocynę, pedałuję pomalutku ciesząc się chwilą. Widzę z przeciwka idzie jakaś rodzina – Krejzjowie? Dzień dobry mówię, dzień dobry odpowiadają – agire! - dorzuca głowa rodziny patrząc na moją koszulkę.

Na miejscu okazuje się – jest trochę ludzi. Ale wszyscy fajni, jest cicho i spokojnie. Nawet tam gdzie ja zwykle, za kapliczkami, rozbija się jakieś małżeństwo. Sprawdzam bazę – tam też jest kilka namiotów. Jakiś chłopak podobny do Pippina zachęca, mówię, że zaraz przyjdę, ale jednak wybieram „swoje” miejsce – rozbijam namiocik dokładnie tam gdzie poprzednie dwa razy. A sąsiedzi bardzo mili, też nie pierwszy raz w tym miejscu. Myję w potoku ręce i buźkę, idę coś zjeść. W okienku ta sama dziewczyna, widzę panią Wiolettę, jej małżonka – po prostu super. W repertuarze dziś raczej dania barowe – wybieram kiełbaskę podsmażaną oczywiście z cebulką, do tego tyskie, potem zapalam papieroska, z paczki, co to ją Pietruszka kupił w Sączu, przy okazji spotkania z Budzym. Siedzę i patrzę, zadowolony, jak zapada noc. Potem jeszcze, dla rozgrzania przed spaniem, spacer do brodu – ćwiarteczka księżyca, bardzo wyraźne gwiazdy, krótka rozmowa nad ropuszką z jakimiś państwem, przy brodzi plusk jakiegoś zwierzęcia (bóbr czy wydra?) i wreszcie do namiotu.

Wziąłem z domu czapkę zimową i muszę powiedzieć, że przydała się. W nocy obudziłem się z zimna, ale miałem jeszcze sweterek w odwodzie. Potem też przebudzałem się w chłodzie i ćwierkaniach o poranku, ale w sumie nie mogę powiedzieć, że się nie wyspałem.

Następny dzień zaczął się jednak od wygrzewania się w ogrzanym promieniami porannego słońca namiocie. Nie za długo jednak, gdyż chciałem zdążyć na 8.30 na mszę do Grabu. Rowerkiem niby szybciej, ale góra po drodze więc nie bardzo. Miałem niby stać na zewnątrz, pilnując opartego o ogrodzenie roweru, ale zapomniałem, że tam nie ma ogrodzenia, więc rower przypiąłem do jakiegoś druta i wszedłem do środka. Słuchając o Dobrym Pasterzu myślałem o tych okolicznych pasterzach – jednemu po drodze się kłaniałem, a potem zastanawiałem się w jakim języku on pokrzykuje do swoich owiec. Wracałem leniwie, drogą wyraźnie poprawioną, co zauważyłem już wcześniej (zdaje się „mieszanka optymalna”), ale czułem się jakoś niewyraźnie, gorąco, myślałem, że może zrobię sobie leniwą niedzielę, a dopiero jutro gdzieś pojadę. Zjadłem śniadanie przy namiocie: serek, pasztet sojowy, herbata, kawa, wyciągnąłem się w cieniu gąszcza na karimacie. I nagle poczułem: łał, ale jest fajnie – trzeba gdzieś jechać! Nie pierwszy raz zresztą doświadczyłem takiego kryzysu o poranku drugiego dnia, a potem jego niespodziewanego przezwyciężenia.

Obrazek
(Droga z Nieznajowej na wschód)

Wymyśliłem, że zrobię jakąś rundkę przez Krempną i wrócę (przez Hutę Polańską i Ciechanię? A jak nie to przez Żydowskie) do Radocyny. Wrzuciłem potrzebne rzeczy do sakw i ziuuuu, ku Nieznajowej. Poranek był śliczny. Przy pierwszym brodzie buty zawiesiłem na kierownicy i dalej, aż do domku Natalii, jechałem boso. To znaczy przez rzekę przeprowadzałem – fajna zimna woda, wiadomo że na mnie nieźle działają takie kontrasty. Od Nieznajowej już nieznane: ładna droga wzdłuż Wisłoki na wschód, z jednej strony rzeka, z drugiej łąki, lasy – zieleniejące wiosennie, pogoda bezbłędna, tempo powolne. Zatrzymałem się trochę przy bobrzym zalewie z żeremiem na środku – bobry w Niskim po prostu szaleją. Potem wygodną asfaltówką pomknąłem ku Świątkowej Małej. Śpiewałem sobie właśnie wymyśloną piosneczkę, w której wyznawałem miłość Wisłoce. Przy moście na tej rzece zamieniłem kilka słów ze starszym panem, który ostrzegł mnie, że przez Ciechanię się nie da, bo tam strefa ścisłej ochrony, i nawet kamery są, żeby nikt nie właził. No to sprawa jasna – jedziemy przez Żydowskie (pan potwierdził, że droga dla pieszych i rowerów przejezdna). Ale szkoda, chciałem zobaczyć dolinę Ciechani – mieliśmy tam mrożące krew w żyłach przygody w czasie powodzi w 1897. Może się tam kiedyś jakoś zakradnę. Tymczasem obejrzałem cerkiew w Świątkowej. Wiał zaskakująco silny wiatr, tak że do Krempnej jechało się ciężko, chwilami trzeba było wręcz walczyć o otrzymanie kierunku. Na miejscu posiedziałem sobie pod sklepem. Obejrzałem cerkiew. Mają tam też zaskakujący formą architektoniczną budynek muzealno – kulturalno – jakiś tam, oraz coś na kształt zalewu. Mnie jednak to wszystko mało interesowało i już po chwili jechałem ku Żydowskiemu.
Jechałem sobie taką podniszczoną asfaltówką leciutko pod górę. Widziałem z przodu jakieś postacie na rowerach, ale spodziewałem się, że jako człowiek, który właśnie wprawia się w wolnej jeździe, nigdy ich nie dogonię. A jednak zacząłem się przybliżać. Okazało się, że to dwie rowerzystki, z których jedna często zatrzymuje się, żeby robić zdjęcia czy coś, a druga jedzie w tym czasie wolno. Przez pewien czas nawet znalazłem się pomiędzy nimi i tak sobie w luźnym szyku jechaliśmy. Wreszcie ta z przodu, z powiewającą koszulą postanowiła zaczekać, więc ją minąłem, mówiąc cześć, ale w tej chwili sobie uświadomiłem, że się przecież znamy! To przyjaciółka mojej przyjaciółki, nawet kiedyś byliśmy razem w górach! Przy cerkwi, gdy zetknęliśmy się po raz pierwszy tego nie skumałem, ona też, ale teraz już nastąpiło rozpoznanie i przywitanie. Okazało się, że dziewczyny też jadą do Radocyny (a potem do Gładyszowa), więc dalej jechaliśmy razem.

Obrazek
(Cmentarz w Żydowskiem)

Obrazek
(Droga z Żydowskiego na Ożenną)

Dość dobrze się jechało – nie za szybko, tak że jak chciałem się zatrzymać, popatrzeć, zdjęcia zrobić, to spokojnie mogłem później koleżanki dogonić. A ta trasa przez Żydowskie jest rewelacyjna! Dolina piękna, jakieś wąwozy nawet, cmentarz cały porośnięty jakimiś lekko włochatymi liśćmi, no i sama droga, niekiedy jak aleja między pięknymi drzewami. Potem cudny las, i wreszcie otwierają się widoki, zwłaszcza na lewo, ku Ciechani. A potem zajebisty, karkołomny zjazd ku Ożennej! W tej chwili to dla mnie najlepsza trasa rowerowa w tym kraju! W Ożennej zdradziłem dziewczynom, że nie zamierzam z Grabu do Radocyny jechać przez Wyszowadkę, gdyż „nienawidzę” tamtej trasy, i że spotkamy się pewnie w samej Radocynie. Ale one uznały, że też nie muszą tamtędy jechać, i że chcą zobaczyć Nieznajową. No to pomknęliśmy gładziutkim asfaltem między górami i nad potokiem Ryjak, mijając wielkie tablice „zwolnij NIEDŹWIEDZIE”, „zwolnij WILKI”. Nie zwalnialiśmy. Potem znów nad Wisłoką, żeremia, brody, kapliczki, drzwi - i wreszcie Radocyna SCHABOSZCZAK!!! (w końcu niedziela). Obiad ze schaboszczakiem był jak zwykle pyszny, zjedliśmy gawędząc, wypiłem też sobie z przyjemnością Żubra. Po obiedzie tradycyjna wymiana namiarów i się pożegnaliśmy.

Było już późnawe popołudnie, ale jeszcze ciepło, więc postanowiłem skoczyć pod wodospadzik się umyć. Raz dwa bo rowerkiem. No, umyłem się w stopniu satysfakcjonującym, choć nie zdecydowałem się na pełne zanurzenie. Niemniej kąpiel była bardzo przyjemna, z zawilcami nad brzegiem. Zmyłam z siebie pot, kurz, schłodziłem też poparzone trochę słońcem dłonie i przedramiona. Nikt mnie przy tym nie niepokoił. A później, z ręcznikiem na ramie, pojechałem sobie jeszcze wolno w stronę Czarnego. Znów z oddali owce, krowy z bliska - na drodze, konie. Pokręciłem się wypatrując pozostałości zabudowań, pochodziłem po cmentarzach… (Wiecie, że tam obok cmentarza z pierwszej wojny, na łące, jest mały krzyż upamiętniający kilkuset żołnierzy Wehrmachtu, którzy zginęli w 1944, w walce o przełęcze beskidzkie?) Znów cisza, niskie słońce, ptaki – magicznie.

Po powrocie przebrałem się już z myślą o nocy, i poszedłem jeszcze na gorącą herbatę z cytryną i papierosa pod schronisko. Wyjątkowo spokojny był ten niedzielny wieczór, jakby wszyscy już wyjechali. Siedziałem sobie i rozmyślałem o radocyńsko-forumowych sprawach – bardzo pozytywnie poruszały mnie myśli o różnych osobach i wspomnienia. A gdy zrobiło się ciemno poszedłem jeszcze na spacer – tym razem w górę doliny. Miałem zrobić parę kroków na rozgrzewkę, ale wciągło mnie nasłuchiwanie odgłosów ciemnego lasu: przechadzających się żab, zasypiających ptaków, chroboczących gryzoni, tupiących saren i innych - dalszych, niezidentyfikowanych, tajemniczych. Potem w namiocie słuchałem jeszcze pohukiwania sowy i zawołań puszczyków. Zasnąłem.

Tej nocy spało mi się nieco gorzej. Doskwierał mi za krótki śpiwór, bo jak się prostowałem, to poza czapką wysuwał mi się z niego nos i czułem nim, że w namiocie jest znacznie zimniej niż w śpiworku i musiałem się znowu kulić. Okazuje się, że człowiek przeważnie śpi skulony, ale jak nie ma możliwości rozprostowania, to jednak jest ciężkawo. Nad ranem nie mogłem się doczekać aż wreszcie słońce wyjdzie zza górki i zacznie mnie podgrzewać. Prócz głośnych ptaków było słychać jakiś pojazd od drewna, niby z oddali, a jednak męczył, wreszcie przejechał (dziwiłem się że aż tak wcześnie, pewnie koło piątej) i zrobiło się błogo. A za jakiś czas wreszcie ciepło! Jeszcze wieczorem wymyśliłem, że nigdzie nie jadę, że cały dzień spędzę w Radocynie, więc też nie spieszyłem się ze wstawaniem. Kiedy już wstałem, to też bez pośpiechu zrobiłem śniadanie, tym razem „chińska zupka”, herbatka, kawusia… W pewnej chwili, przeciągając się, usłyszałem, że ktoś mnie woła. Patrzę a to dziewczyny na rowerach – postanowiły jechać do Krynicy przez Radocynę. No ja dzień wcześniej nie umiałem powiedzieć co będę robił, czy też nie ruszę już w tamtą stronę. Pogadaliśmy chwilę, powiedziałem, że ja jednak dziś nigdzie nie jadę. Te łapki miałem spalone, zupełnie nie na rower, poza tym się mi nie spieszy oraz nie chce. Kiedy pojechały pozabezpieczałem się trochę od słońca i poszedłem na spacer w górę do Radocyny.

Obrazek

W lecie, wiadomo, pełno jest wysokich traw, pokrzyw, wszystko jest zarośnięte. I dlatego tak wiosną lepiej widać, że Radocyna była kiedyś zamieszkana, że dolina tętniła życiem. Łatwo rozeznać gdzie były zabudowania, da się zauważyć obrysy ścian, niekiedy nawet resztki murów. Najbardziej rzucają się w oczy zrujnowane, ziemne piwnice, ale można też znaleźć zasypane studnie. Wiosną też wygodniej poruszać się po zboczach doliny, z czego chętnie korzystałem. Najpierw wdrapałem się na zbocze zachodnie, powyżej cmentarza. Wypłoszyłem tam trochę saren i ulokowałem się u samej góry, na skraju lasu. Potem zszedłem w dół i ruszyłem za drogą, ku południu. Obserwowałem ten nagórniejszy bieg Wisłoki - to co nawyprawiały tam bobry. Mnóstwo ściachanych gałęzi, drzew, dziesiątki tam, całe jeziorka – zalewy. A że cała góra doliny stała się przez to podmokła, to w całej rosną też kaczeńce, kwitło ich tam akurat wtedy miliony. Droga w górnej części doliny odwija na wschód i prowadzi do góry więc i ja tak poszedłem, aż do skraju lasu. Tam znów walnąłem się w cieniu w trawę aby trochę odsapnąć, podumać, poprzyglądać się, posłuchać kukułek, dzięciołów i reszty leśnej hałastry. Ach te kukułki! Ach te różne leśne cisze!

Obrazek

Tam jest kawał zielonej łąki, a zarazem wysokiego wzgórza – postanowiłem się na nie wdrapać, a potem wrócić do drogi od tak, na siagę. To wzgórze zresztą na mapie jest oznaczone jako punkt widokowy. Łaziliśmy po nim w kilka osób pierwszego forumowego popołudnia w Radocynie – Crazy, Panki, Boski – pamiętacie? Bo ja trochę zapomniałem jak dużo stamtąd widać, że ponad krawędziami doliny pokazują się tu i tam niemałe górskolesiste grzbiety, i można się przekonać, że dolina Radocyny rzeczywiście jest górską doliną. Połaziłem sobie, patrząc na te krajobrazy, wypatrując horyzontów, ale też zerkając z góry na bobrze inwestycje i całą dolinę, na kwitnące i zieleniące się różnorodnie drzewa. Schodziłem też pomalutku na dół i do drogi wróciłem w okolicach szkoły - tam łatwo było Wisłokę przeskoczyć. Dziwiłem się trochę, że od wielu godzin nie spotkałem żadnego człowieka. Robiłem się już głodny, ale miałem ochotę zobaczyć jeszcze jeziorko osuwiskowe, skręciłem więc w jego stronę (ćwiczyłem się przy tym wszystkim również w wolnym chodzeniu). Po drodze wreszcie minęła mnie grupka rowerzystów, a nad samym jeziorkiem zastałem całkiem sporą grupę pieszych turystów – młodzież pod opieką duchowieństwa. Przywitałem się, ale zająłem miejsce opodal – żeby sobie odpocząć i, nie ukrywajmy, poczekać aż wreszcie pójdą. No co, chciałem przyjrzeć się podwodnemu życiu w jeziorku, a przy nich się jednak wstydziłem. Długo im zaszło, ale nie przeszkadzało mi to bardzo, nawet zapadłem w lekką drzemkę. Kiedy jednak poszli zapanowała piękna, głęboka cisza leśnego popołudnia. Kucnąłem nad brzegiem: tu żółtobrzeżek, tam traszka, o jeszcze jedna, jakiś mniejszy żuk, coś puszcza bąbelki spomiędzy zeszłorocznych liści na dnie… A wszystko widoczne w miłych promieniach popołudniowego słońca. A górą bukowy las, z jasnymi listkami. Obszedłem całe jeziorko (a nawet dwa! - wiosenny brak chaszczy umożliwił to odkrycie) i zatrzymałem się po drugiej stronie. Tam traszka się mnie nie wystraszyła, długo balansowała, podpływała to w górę, to w dół, przysiadała nad konarem zanurzonym w wypełnionej promieniami słońca wodzie. Śliczna.

Hehe, chyba z osiem godzin wałęsałem się tego dnia tam u góry, jeśli nie dłużej. Po powrocie na dół stwierdziłem, że dużo ludzi się pojawiło – chyba jakaś druga długołikendowa fala. Trochę mniej mi się podobała niż pierwsza, ale co tam. Zjadłem michę ogórkowej, potem dużego krokieta z mięsem, którego popiłem barszczykiem. Zwłaszcza krokiet był smaczny. Potem tradycyjnie pomyślałem o kąpieli. Tym razem u myłem się razem z głową, a potem siedziałem sobie na kamyczkach i wcale nie kwapiłem się do ubierania. Pełen relaks, święty spokój. Wychodziło mi na to, że następnego dnia będę już wracał do domu, ale też postanowiłem sobie, że wstanę jakoś wcześnie i spróbuję podejść bobry. Dlatego też położyłem się wcześniej.

Noc jak zwykle, wcale nie potrzebowałem budzika, żeby przebudzić się koło piątej. Ruszyłem cichutko w górę doliny. Chłód, lekka mgiełka nad rzeką. Najpierw wypłoszyłem czarnego bociana. Potem sarnę, za chwilę zająca. Bobra, niestety, żadnego. Trochę się tego obawiałem, że one przeniosły się już w górę doliny, a tam już nie przewidywałem iścia. A może jednak wstałem za późno? Pamiętam jednak opowieść kumpla, że widział bobra wczesnym rankiem, jak wygrzewał się w promieniach słońca. Myślę też, że gdybym poszedł wyżej…

Tymczasem wróciłem do siebie i zacząłem zwijać rzeczy – namiot jeszcze mokry, ale co tam. Koło 6.30 byłem gotowy i jadąc powoli żegnałem się z Radocynką. Wszyscy (prawie) jeszcze spali. Tym razem skierowałem się ku Zdyni, przez Lipną. Ta droga może i dłuży się pieszemu, ale na rower jest bardzo fajna. W porannym lesie, mimo słońca, panował jeszcze miły chłód. Ptaki rozliczne – wiadomo. Żal mi było, że już jadę w tę stronę, trochę odzywały się wcześniejsze myśli, że jeszcze dolina Jasiołki, jeszcze dalej na Wschód. W Zdyni skręciłem w prawo, na Gorlice, ale też za chwilkę w lewo: wzdłuż Zdynianki do Smerekowca. To już wszystko obszary rolnicze, ładne, ale o innym charakterze niż Radocyna. W Smerekowcu skręciłem na Regetów, najpierw polami pod górkę, potem przez sosnowy las. Podobał mi się, więc już na zjeździe do Regetowa postanowiłem odbić i zjeść na jego skraju, pod jakąś sosną, śniadanie. Było bardzo przyjemnie: miałem jeszcze małą szyneczkę w konserwie, zrobiłem sobie kromki, wypiłem herbatę i kawę, umyłem zęby. Poobserwowałem zaloty tych dużych, zielonych dzięciołów, poidentyfikowałem według mapy okoliczne górki, zaszedłem jeszcze nad Regietówkę, a potem już wróciłem do drogi i do samego Regetowa. Poprzyglądałem się trochę ciekawemu krzyżowi na kaplicy grekokatolickiej, trochę hucułkom na pastwisku i skierowałem się na Skwirtne. Tam zajechałem pod cerkiew, a zaraz zjawiła się miła dziewczyna z wielkim kluczem, aby mnie do niej wpuścić. Bardzo fajnie, chwilkę jeszcze porozmawialiśmy i poszła na śniadanie (pora była wciąż wczesna). A ja pojechałem dalej, wypatrując odbicia na Hańczową. Spodziewałem się raczej drogi polnej, a tu patrzcie: wygodny asfalcik. Na prawo widoki z Kwiatoniem i Uściem pomiędzy górami. Dalej spacerowe podprowadzanie rowerku przez las i zjazd do następnej doliny, doliny Ropy. Rozglądałem się w te i we wte, bo bardzo malownicze te okolice Hańczowej. Cerkiew okazała się być świeżo obłożona rusztowaniami, ale za to za chwilę pojawił się mężczyzna z kluczami i wpuścił mnie do środka. Czy to był batiuszka? Nie wiem, ale chwilę później, szukając drogi na Ropki, pierwszy raz musiałem zapytać o drogę, przy okazji porozmawiałem z panem, który porządkował otoczenie przydrożnej kapliczki. Potwierdził też, że przez Czertyżne rowerem można spokojnie. Tymczasem zrobiło się gorąco, więc naciągałem rękawy na wierzchy dłoni i przybliżałem się do Ropek. Okolica wyglądała mi na bardziej cywilizowaną, jakieś dacze, ludzie biegający po lesie z bidonami… Ale ładnie za to, urozmaicony teren, mnóstwo kwitnących drzew, świeżej zieleni. Oczywiście znalazłem sobie też rozlewisko ze stadami kijanek. W samych Ropkach na Czertyżne pokierowali mnie ludzie, którzy w kilka rodzin, z dzieciakami, wybrali się na spacer („ale ten pan ma dużo bagażów”): zapuściłem się w urokliwą dolinę, prowadząc rower pod stromą górkę polną drogą. Dookoła widać było efekty tych już kilku dni pięknej pogody, wiosna zdążyła okrzepnąć, drzewa już całkiem zakwitnąć i zazielenić się.

Obrazek
(Czertyżne)

Zatrzymałem się na chwilę na przełęczy, a potem zacząłem zjeżdżać do samego Czertyżnego. Tamta część drogi została jednak dość solidnie zmasakrowana przez jakieś pojazdy, często musiałem zeskakiwać z siodełka, a raz nawet z niego, za sprawą jakiejś koleiny, fiknąłem. W końcu jednak zjechałem, ale okazało się, że dół doliny nabiera jakiegoś przemysłowo-leśnego charakteru, dlatego już bez zatrzymywania skierowałem się ku Izbom.

Upał i zmęczenie dawały o sobie znać, ale jakoś przedostałem się przez znaną już mi płytówkę do Mochnaczki (na największym podjeździe, gdy prowadziłem, dogoniło mnie dwóch gości, którym pogratulowałem – okazało się, że w ogóle jadą od Przemyśla do Zakopanego). W Mochnaczce sprawdziłem czy Laska już nie wróciła, potem nawiązałem z nią kontakt smsowy spod sklepu, a następnie zabrałem się za Jakubik. Prowadziłem, prowadziłem, chwilkę podjechałem, prowadziłem, wreszcie szalony zjazd do Krynicy. W sklepie kupiłem sobie picie oraz dżem wiśniowy i udałem się na stację kolejową. W pociągu wyjadłem łyżką ze słoiczka dżem, zagryzając resztą chleba orkiszowego, który jeździł ze mną cały czas, i wciąż był bardzo dobry, pogadałem ze współpasażerami (hehe, miałem chwilę jakiegoś słowotoku, chyba w związku z tym, że w poprzednich dniach jednak większość czasu spędzałem sam). Ale daleko nie zajechaliśmy: w Żegiestowie kierownik pociągu ogłosił, że jest awaria i jakąś godzinę trzeba czekać. Hehe, przygoda: ludzie przyjęli nowinę dość spokojnie, szcześciem słońce trochę kryło się za chmurami, jedni łazili tu czy tam, drudzy rozsiedli się na trawie i próbowały się z nimi integrować miejscowe psy, inni jeszcze grali w skrable… W końcu pociąg zatrąbił, wszyscy zajęli swoje miejsca i pojechaliśmy dalej.

Obrazek
(W Żegiestowie)

W Piwnicznej chyba dosiadł się jeszcze jeden rowerzysta, zaczęliśmy rozmawiać o rowerowych doświadczeniach, gdy doszliśmy do Podlasia i ogólnie wschodniej granicy okazało się, że wszyscy w przedziale tam bywali i kochają, tak że było bardzo miło. Wysiadłem w Sączu, dojazd do domu, chyba dzięki tej godzinie opóźnienia, też okazał się być przyjemnością, dzień się już chylił, nie było za gorąco.

Więcej zdjęć tu oraz tu.


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: sob, 05 maja 2012 13:05:21 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pn, 01 października 2007 21:19:21
Posty: 5995
Skąd: Kraków
Super, Witek! Wspaniała opowieść!

antiwitek pisze:
Ale szkoda, chciałem zobaczyć dolinę Ciechani – mieliśmy tam mrożące krew w żyłach przygody w czasie powodzi w 1897.


Nie wiedziałem, że to już tyle trwa :!: A przynajmniej Ty nie wyglądasz na tyle lat. :lol:

_________________
Would you know my name, if I saw you in heaven ?

Mój kanał na YouTube, czyli klejenie modeli, ale nie tylko. :wink:


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: sob, 05 maja 2012 15:45:42 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pn, 26 stycznia 2009 20:04:57
Posty: 13372
Skąd: ze wsi
hahaha...

wspaniale niespieszna opowieść...
... Ty masz jeszcze te fajki?.... :shock:

_________________
un tralala loco


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: sob, 05 maja 2012 19:06:00 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 10 listopada 2004 14:59:39
Posty: 25025
Jest jeszcze pięć w pogniecionym pudełku :faja: .


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: sob, 05 maja 2012 19:23:17 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pn, 20 października 2008 16:48:09
Posty: 6322
noooo Witek pooojechałeśśś :D
wyprawa wspaniała
tuś mi brat
świetne klimatyczne foty


antiwitek pisze:
Pomyślałem, że pewnie rozsądnie byłoby zawrócić, albo poszukać jakiegoś serwisu, ale nie zamierzałem robić ani jednego, ani drugiego.

Dlaczego początki są zawsze takie trudne, zniechęcające i bojaźliwe a później luz i spoko :roll:

antiwitek pisze:
Doskwierał mi za krótki śpiwór, bo jak się prostowałem, to poza czapką wysuwał mi się z niego nos i czułem nim, że w namiocie jest znacznie zimniej niż w śpiworku i musiałem się znowu kulić. Okazuje się, że człowiek przeważnie śpi skulony, ale jak nie ma możliwości rozprostowania, to jednak jest ciężkawo. Nad ranem nie mogłem się doczekać aż wreszcie słońce wyjdzie zza górki i zacznie mnie podgrzewać. Prócz głośnych ptaków było słychać jakiś pojazd od drewna, niby z oddali, a jednak męczył, wreszcie przejechał (dziwiłem się że aż tak wcześnie, pewnie koło piątej) i zrobiło się błogo. A za jakiś czas wreszcie ciepło!

skąd to znam :lol:

antiwitek pisze:
do samego Regetowa. Poprzyglądałem się trochę ciekawemu krzyżowi na kaplicy grekokatolickiej, trochę hucułkom na pastwisku

a w Regetowie słynna ciocia Jola z Poznania :D


no muszę kończyć ale jeszcze cuś dopiszę
dziękiii bardzoo
/dla mnie łykend był stracony przez pracę :(


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: sob, 05 maja 2012 19:40:09 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
ndz, 10 kwietnia 2011 17:14:16
Posty: 6115
Skąd: z Tralfamadorii
Pięknie, jak z opowiadań Stachury :)
Pozazdrościć samotnej wyprawy!


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: sob, 05 maja 2012 23:57:31 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 09 listopada 2004 23:39:35
Posty: 12221
Skąd: Nieznajowa/WarsawLove
witek, wspaniała wyprawa :piwo: :faja:

a co tam te nowe okropne budynki w radocynie? coś się tam dzieje, czy stoją nieukończone i puste?

dziewczyna z okienka radocyńsiego to dorotka :wink:

_________________
ja herez ja herez
Obrazek


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: ndz, 06 maja 2012 11:02:12 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pt, 24 grudnia 2004 14:34:22
Posty: 13646
Skąd: Poznań
Jak zwykle fascynująca opowieść! Witt, powinieneś pisać książki, takie na pół przewodnikowe na pół nie...


antiwitek pisze:
„zwolnij NIEDŹWIEDZIE”, „zwolnij WILKI”.


:)

antiwitek pisze:
Okazuje się, że człowiek przeważnie śpi skulony, ale jak nie ma możliwości rozprostowania, to jednak jest ciężkawo.


To jest jedna z podstawowych prawd życiowych! :idea:

antiwitek pisze:
No co, chciałem przyjrzeć się podwodnemu życiu w jeziorku, a przy nich się jednak wstydziłem.


No ja miałby dokładnie tak samo!

antiwitek pisze:
pogadałem ze współpasażerami


A tu należysz do frakcji krejziowej... o ile pamiętam jesteście jednak w mniejszości.

_________________
Odchodzę i miewam się znakomicie. Słyszałem wszystko, co mówiliście przez sto lat, bo wcale nie jestem głuchy. Wiem też, że cały czas urządzaliście ukradkiem zabawy.


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: ndz, 06 maja 2012 17:11:41 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 10 listopada 2004 14:59:39
Posty: 25025
dziękuję wszystkim za miłe słowa, dziwię się że to przeczytaliście :)

Maciej pisze:
słynna ciocia Jola z Poznania


o? nic nie wiem o ciociach Jolach!


anastazja pisze:
jak z opowiadań Stachury


naczytałem się w młodości: Michał Kątny, Janek Pradera, babcia Oleńka et cetera :)


natalia pisze:
a co tam te nowe okropne budynki w radocynie? coś się tam dzieje, czy stoją nieukończone i puste?


mam wrażenie, że tak właśnie jest: nieukończone i puste, nic się nie dzieje
zaskoczył mnie jakiś mały obiekt, coś z pszczołami - nie zapamiętałem nazwy.. pracownia bartnicza czy jakoś tak
w każdym razie stoi: nieukończony i pusty :wink:


natalia pisze:
dziewczyna z okienka radocyńsiego to dorotka


a! dzięki, teraz już może zapamiętam: dorotkadorotkadorotka :)
w ogóle załoga radocyńska super :serce , chciałbym żeby wszystko im się fajnie układało


arasek pisze:
należysz do frakcji krejziowej


nie no, ja jestem trochę odludek, ale jednak czasem lubię trochę porozmawiać :wink:


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: ndz, 06 maja 2012 19:46:23 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pn, 04 lutego 2008 23:32:44
Posty: 3234
ja te fragmenty lubię bardzo :) :
antiwitek pisze:
mam ambicje być najwolniejszym rowerzystą świata.


antiwitek pisze:
człowiek, który właśnie wprawia się w wolnej jeździe


ogólnie, czuć dużo wolności, zazdroszczę...

_________________
I'm not crazy, M'Lynn, I've just been in a very bad mood for 40 years!


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: ndz, 06 maja 2012 19:54:54 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
ndz, 10 kwietnia 2011 17:14:16
Posty: 6115
Skąd: z Tralfamadorii
antiwitek pisze:
mam ambicje być najwolniejszym rowerzystą świata

Cytat:
Schodziłem też pomalutku na dół

Uważam że tak należy żyć.
Żyć szybko to było dobre dla dzieci kwiatów. A w tych czasach wszyscy żyją szybko i do niczego dobrego to nie prowadzi.
:)


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: ndz, 06 maja 2012 20:44:01 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
czw, 03 lutego 2005 20:54:20
Posty: 6359
Ależ OPOWIEŚĆ :boom

To teraz moje best momenty:

antiwitek pisze:
Zjadłem śniadanie przy namiocie: serek, pasztet sojowy, herbata, kawa, wyciągnąłem się w cieniu gąszcza na karimacie. I nagle poczułem: łał, ale jest fajnie – trzeba gdzieś jechać! Nie pierwszy raz zresztą doświadczyłem takiego kryzysu o poranku drugiego dnia, a potem jego niespodziewanego przezwyciężenia.


Poczułam to w kościach: niemoc i przezwyciężenie jej.
Albo też to:

antiwitek pisze:
poza tym się mi nie spieszy oraz nie chce
:piwo:

antiwitek pisze:
Śpiewałem sobie właśnie wymyśloną piosneczkę, w której wyznawałem miłość Wisłoce


Hehe, a to usłyszałam prawie. :D

antiwitek pisze:
i wreszcie Radocyna SCHABOSZCZAK!!! (w końcu niedziela)


I schaboszczaka bym zjadła niedzielnego.

antiwitek pisze:
Łaziliśmy po nim w kilka osób pierwszego forumowego popołudnia w Radocynie – Crazy, Panki, Boski – pamiętacie?
Ba! I w stogach siana wylegiwanie, i na ambony włażenie, i chillout ogólny bardzo piękny.


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: ndz, 06 maja 2012 21:57:24 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 09 listopada 2004 23:22:22
Posty: 26664
Skąd: rivendell
ooooooooooo :shock: Witek !!! ALE CZAD !!!

_________________
ooooorekoreeeoooo


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: ndz, 06 maja 2012 22:17:34 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pn, 20 października 2008 16:48:09
Posty: 6322
antiwitek pisze:
o? nic nie wiem o ciociach Jolach!

proszę, oto wyjaśnienie:
Cytat:
W Regetowie znajduje się jeden sklep, studencka baza namiotowa, oraz schronisko budowane od zawsze. Obok Regetowa, w Gładyszowie, jest hodowla koni huculskich. No i są góry. Właściwie to tylko one są, cała reszta jest niejako na doczepkę. Jest też wrażenie ogromnej przestrzeni, wolności i spokoju – jakby czas biegł dwa razy wolniej. Choć takie wrażenie mają pewnie tylko tacy mieszczuchy jak my. Miejscowi rolnicy latem wstają przed piątą, aby nadążyć z pracą... Jest też, i to najważniejsze dla tego artykułu, Ciocia Jola. Do niej właśnie jak pszczoły do miodu garną na wypoczynek niepełnosprawni z całej Polski.

Ciocia Jola nazywa się naprawdę Jolanta Łuczak i od ponad dwudziestu lat związana jest z osobami niepełnosprawnymi. Prowadzi grupę młodzieży z poznańskiego środowiska, opiekuje się dziećmi niepełnosprawnymi (głównie z dystrofią) organizując dla nich wyjazdy wakacyjne i spotkania w ciągu roku. Chętnie zaprasza wszystkich do swojej chaty w Regetowie. A kupiła ją... przez przypadek. – Zimą szusowaliśmy na nartach i cali mokrzy i zziębnięci trafiliśmy do tego domu, gdzie przyjęła nas urocza staruszka. Ja jej potem wysyłałam paczki, bo bieda była u niej straszna, a ona po jakimś czasie zaproponowała mi kupno chałupy. Po dwu latach udało się to zrobić – mówi Łuczak, przez przyjaciół zwaną Ciocią Jolą. Chata jest drewniana, pozbawiona wszelkich wygód, rozumianych jako np. centralne ogrzewanie. Nie ma też dociągniętej wody. – Wszystko trzeba robić samemu, bardziej zadbać o siebie. I o innych. Te wyjazdy uczą samodzielności i odpowiedzialności – mówi Anna Leonowicz. Katarzyna Żmidzińska, terapeutka Przylesia, dopowiada:- Na zajęciach w Poznaniu poznajemy tylko część siebie. Naprawdę poznajemy się w górach. Tam są trudniejsze warunki i widać, kto jakim jest człowiekiem.

U Cioci Joli nie ma łazienki (a właściwie jest, ale nie ma w niej wody w kranie, wanny i prysznica jak w mieście), więc aby się umyć trzeba wpierw zagotować wodę w baliach. Odważniejsi kąpią się w strumieniu. – Mniej więcej wychodzi pół na pół – śmieje się Żmidzińska, gdy ją pytam ile osób wybiera górski strumień. Zapomniałem zapytać, w której grupie ona jest... Za to wszyscy uwielbiają nocne siedzenie i śpiewanie przy ognisku. Bywa, że na wpatrywaniu się w ogień i wspominaniu „jak to kiedyś było w Regetowie, a jak jest dziś” mija cała noc. A rano czekają góry! Bo chodzić jest gdzie! Dwa najważniejsze szczyty Regetowa to Kozie Żebro i Jaworzyna. Obydwa jak na Beskid wysokie – ten pierwszy ma 847m, Jaworzyna jest wyższa o 34 metry. Nazwę Kozie Żebro nadali górze austriaccy kartografowie, którzy pod szczytem znaleźli szkielet sarny, zwaną w okolicy Kozą. Z Jaworzyny, położonej na północny - wschód od Przełęczy Regetowskiej, widać wspaniały widok na Beskid Niski, słowackie pasmo Cergov, a nawet na dość odległe Tatry. Nie muszę dodawać, że oba szczyty Przylesiowcy znają jak własną kieszeń. Tym, którzy mają problemy z chodzeniem, pokonać trudniejsze odcinki trasy pomagają opiekunowie, którzy bywa, że... na rękach wnoszą swoich podopiecznych. W taki sposób na Jaworzynę weszła właśnie Magdalena Mazurek. Pomagał Maciej Hojak. I po co wspinać się tak wysoko? – Nie wiem... Dużo daje samo wejście, ta świadomość, że się coś zdobyło, pokonało swoje zmęczenie – opowiada Hojak. Maciej należy do grupy twardzieli. Kąpie się w strumieniu.

Katarzyna Żmidzińska do Regetowa jeździ od 1992 roku. Zwykle opiekuje się Mirosławem Kuźmiarkiem. – Lubię z nim chodzić, bo to dobry piechur – śmieje się. Mirek uchodził przez długi czas w Przylesiu za niemowę. Przemówił dopiero... w Regetowie. - W kuchni przygotowywano śniadanie, komuś coś się wylało, albo wysypało, nie pamiętam... Mirek powiedział wtedy „Ale jaja!”. Ale mieliśmy niespodziankę! – opowiada Żmidzińska. – Mówimy o tym jego mamie, a ona na to „Przecież Mirek w domu zawsze mówił”!
U Cioci Joli przez cały rok są goście. Ruch zaczyna się zimą, by nasilić się latem. W sezonie trudno szpilkę włożyć, tak jest tłoczno. W lipcu na wakacje przyjeżdżają najmłodsi, w sierpniu ci, którzy przyjeżdżali do Regetowa przed laty... – Kiedyś przyjeżdżali jako dzieci, a dzisiaj mają kopę swoich i też przyjeżdżają – precyzuje Ciocia Jola. I jeśli ma jakieś marzenie, to... żeby było mniej spartańsko. – Żeby choć wody nie trzeba było znosić ze studni – wzdycha. Wierzy, że w końcu się tak stanie. – Nigdy niczego nie planowałam, a się udawało. Tak będzie i tym razem.


Obrazek

wędrowcy mile widziani :D...
do pracy i pomocy
Obrazek


Na górę
 Wyświetl profil
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 160 ]  Przejdź na stronę Poprzednia  1, 2, 3, 4, 5, 6 ... 11  Następna

Strefa czasowa UTC+1godz.



Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość


Nie możesz tworzyć nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Przejdź do:  
Technologię dostarcza phpBB® Forum Software © phpBB Group