Ultima Thule

Forum fanów Armii i 2TM2,3
Dzisiaj jest pt, 24 listopada 2017 01:20:12

Strefa czasowa UTC+1godz.




Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 441 ]  Przejdź na stronę Poprzednia  1 ... 26, 27, 28, 29, 30
Autor Wiadomość
PostWysłany: sob, 09 września 2017 22:08:41 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 09 listopada 2004 18:29:55
Posty: 3467
Skąd: Warszawa
Trochę głupio mi teraz pisać po poście Crazy'ego, który lepiej się zna na wszystkich poruszanych tu aspektach, bo co tu mógłbym wnieść, ale co tam - najwyżej po prostu zignorujecie to, co poniżej.

Smok pisze:
...chyba, że postrzegamy muzykę jako matematykę.... i w sztuce ma się wszystko zgadzać co do linijki... chyba na chwilę obecną oczekuję od filmu nieco więcej...

No tak, ja oczekiwałem efektownych strzelanek i gołych bab. Przyznaję, zwłaszcza w tym drugim elemencie postęp względem starego TP był zauważalny, ale jednak daleko nie satysfakcjonujący.
Tak, jestem prostym człowiekiem (ceniącym pewnie bardziej, dajmy na to, Laplace'a niż Lyncha ;) ) i podejście "Wow! Nic się kupy nie trzyma! Prawdziwa Sztuka!" jest mi obce. Film ma wg mnie opowiadać historię. Może to robić dobrze, stawiając przy tym jakieś pytania, pozostawiając niedopowiedzenia, ale pozostając spójnym, może też robić to nieudolnie, grzęznąc w chaosie. Postawiłem zatem konkretny zarzut, który brzmi: początek Returnu, dokładnie trochę ponad pierwsze 16 odcinków, nie ma właściwie żadnego przełożenia na to, co dzieje się później. Cooper po obudzeniu się działa wg planu, który zna jedynie on sam, o tym że jakiś plan w ogóle istnieje wiemy dlatego, że widzimy Coopera, który działa, jakby ten plan miał, no i jeszcze chwilę wcześniej wspomina o tym Cole, bo wcześniej jakoś nikomu nie powiedział. To po prostu jest źle skonstruowana historia, a nie sztuka. Ostatnie półtorej godziny nie wynika w żaden sposób z tego, co działo się wcześniej, a z tym, co działo się jeszcze wcześniej - 25 lat temu - jest, jak sądzę, sprzeczne (i nie chodzi mi tu o powrót do przyszłości, ale o tym zaraz). Nie wykluczam oczywiście, że się mylę, ale musiałbym zostać do tego przekonany. Stwierdzenie, że jest to sztuka, nie jest argumentem. Jest pustym stwierdzeniem, takim samym, gdybym upierał się, że śpiewając nie fałszuję, tylko tworzę sztukę.

Wrócę jeszcze do tej sprzeczności ze starym Twin Peaks. Odniosłem wrażenie, że Lynch potraktował bohaterów TP bardzo instrumentalnie. Wiedział, że ten szyld zadziała jak magnes i Showtime wyłoży kasę bez większego problemu, bo niczym nie ryzykuje. Więc wziął ten szyld, choć tym, co ten szyld zawiera, nie był zainteresowany. Sceny, w których występują dawni bohaterowie w większości krzyczą "no, macie, jak chcecie, mnie to nie obchodzi". A Cooper, który jest postacią centralną Returnu, w żadnym momencie nie jest tym Cooperem, który wszedł do Czarnej Chaty. I nie chodzi o to, że jest starszy i przez 25 lat siedzenia z tym gościem bez ręki (którego, swoją drogą, grał Olbrychski albo jego doppelganger) mogło mu się coś poprzestawiać. Dla mnie ten Cooper obecny zanegował tamtego. Tamten wchodził do Chaty za Annie, za życie której gotów był oddać duszę. Teraz o niej nawet nie wspomniał, za to, jak się okazuje, związek z magnetofonem kwitł w tym czasie w najlepsze, a intencje miał zupełnie inne. Nie widzę tu pogłębiania postaci, a jej zniszczenie. Oczywiście, można to tłumaczyć występowaniem 47 równoległych rzeczywistości, ale to są teorie, które na siłę próbują łatać występujące problemy. Dobra teoria, powinna być gładka, spójna i stosunkowo prosta, a nie zawierać 150 zastrzeżeń typu "natomiast to tłumaczyć można tym, że...".
Tego, w jaki sposób zostało pokonane w Returnie ta emanacja zła, która 25 lat temu pokazana została ciekawie, bardzo groźnie i prowokowała do pytań, nie ma sensu nawet komentować.

Odnośnie bałaganu, z którego opisem u Crazy'ego bardzo się zgadzam, dodam tylko tyle, że pewnym symbolem, choć od Lyncha w pełni niezależnym, stał się dla mnie błąd tłumacza, który pytanie "Anybody seen Billy?" w końcówce odcinka 7, przetłumaczył jako "Czy ktoś widział Binga?". No, tak przetłumaczył, bo w sumie co za różnica? Jeśli ten film jest sztuką, to tłumacz dokonał performensu, który przekonuje mnie daleko bardziej :)
Scen niepotrzebnych było tak dużo, że zacząłem się zastanawiać, czy budżet filmu nie był zbyt niski. Zbyt niski o $29,99.

Sama końcówka jest, jaka jest - mój główny zarzut już postawiłem: jest czymś kompletnie odrębnym. Otwiera pole do niezliczonych interpretacji? Z pewnością. Tyle, że dla mnie niekoniecznie oznacza to, że mam popadać w zachwyt tylko z tego powodu. Poczytałem trochę tego forum, które linkował Crazy, choć głównie po to, żeby dowiedzieć się, co Crazy o tym myśli (tam ma innego nicka, ale poznałem po twarzy), bo nie wiedziałem jeszcze, że w sposób jasny i dogłębny wyrazi to tutaj. I widziałem tam różne teorie, głównie cząstkowe, które wychodzą od jakichś szczegółów, które łączą się z jakimś innym szczegółem, ale zwykle nie bardzo prowadzi to do jakichś istotnych wniosków. Zwłaszcza że, jak mi się zdaje, Lynch bawił się zostawianiem różnych nawiązań, z których niekoniecznie miało coś wynikać, ale o których wiedział, że zostaną zauważone i będą rozstrząsane. Traktuję to jako zabawę formą, w której jednak brak treści. Są też teorie ogólne, np. teoria, że wszystko jest snem, która może nawet i jest całkiem spójna, ale taką teorią można wytłumaczyć wszystko i wszędzie. Przeczytałem też coś, co trafiło do mnie najbardziej - że jeśli coś otwiera pole do interpretacji na tysiące sposobów, czyli mówiąc inaczej może znaczyć wszystko, nie znaczy nic. Póki co, najspójniejszą interpretacją Returnu wydaje mi się ta, że Lynch zabawił się formą, nie dbając kompletnie o treść. Crazy pisał, że wyrzucanie strumienia podświadomości bez zastanawiania się, czy to ma sens, czy nie, jest metodą twórczą Lyncha. Jak już mówiłem, nie znam innych filmów, ale znajduję tu potwierdzenie przypuszczenia, że to nie dla mnie.

_________________
My shadow is always with me. Sometimes ahead... sometimes behind. Sometimes to the left... sometimes to the right. Except on cloudy days... or at night.


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: sob, 09 września 2017 22:42:38 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pt, 19 listopada 2004 15:47:56
Posty: 10930
Bogus pisze:
Stwierdzenie, że jest to sztuka, nie jest argumentem. Jest pustym stwierdzeniem, takim samym, gdybym upierał się, że śpiewając nie fałszuję, tylko tworzę sztukę.

Chłolera... punk rock!

Bogus, chętnie bym odpisał... ale muszę ogarnąć się, bo jutro gram koncert... ;) No, ale dzięki, że rozwinąłeś...

_________________
Więc dokąd, dokąd ta wędrówka
Posmutniał król i zadął w róg
Przeciwnik straszy, pielgrzym idzie
A pyta zawsze Bóg


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: pn, 11 września 2017 19:32:13 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
czw, 11 listopada 2004 16:00:25
Posty: 19984
Trochę nudne te ostatnie dwa odcinki, ale nie rozumiem szczerze mówiąc aż tak silnego wzburzenia. Może dlatego, że nie jestem fanem?

_________________
„Roszczeniowe juwenalia" - nowy Spirit of 84 w dużym skrócie


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: śr, 13 września 2017 01:49:56 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pt, 13 stycznia 2012 16:29:27
Posty: 2679
Skąd: Hôtel Lambert / Rafał Gan Ganowicz Appreciation Society
Warto:

phpBB [video]

_________________
Ceterum censeo Platformem delendam esse

"If you say why not bomb [Soviets] tomorrow, I say, why not today. If you say today at five o’clock, I say why not one o’clock?" John Von Neumann


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: śr, 13 września 2017 09:45:15 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pt, 19 listopada 2004 15:47:56
Posty: 10930
Pozwolę sobie wrzucić jedną z interpretacji, która mnie bardzo zainteresowała
jakiś gość na filmwebie pisze:
No to jazda.
1. Pozwolę sobie pominąć pierwszą połowę 17 odcinka, bo tu chyba wszystko jest raczej jasne – Gordon opowiada o Judy, agenci FBI jadą do Twin Peaks, zły Cooper przybywa do Białej Chaty i zostaje skierowany na posterunek policji, tam następuje walka z Bobem i mamy swego rodzaju happy end. Freddie uderza w kulę z esencją Boba, która ulega zniszczeniu. Nie widzimy już potem Boba w Czarnej Chacie, moim zdaniem został ostatecznie zniszczony.
2. Pierwsza istotna sprawa – pojawia się smutna twarz Coopera na ekranie w tle (czy też to wydarzenia na posterunku są tłem dla twarzy). Co to oznacza? Moim zdaniem twarz Coopera symbolizuje podświadomość Dale’a. Jest to ten niewinny, naiwny Cooper, którego widzieliśmy przez większość sezonu po wyjściu z Czarnej Chaty. Sporo osób nie może wybaczyć Lynchowi sprowadzenie naszego ulubionego agenta to niemalże marionetki powtarzającej ostatnie słowa za wszystkimi, ale moim zdaniem to jak najbardziej ma sens (pomijając oczywisty fakt, że było to zwyczajne droczenie się z widzem i granie na oczekiwaniach). Cooper od początku był przygotowywany do swojej misji i musiał „cofnąć się” do stanu niemalże dziecka, będąc człowiekiem nieskażonym złem i niewinnym dokonywał dobrych rzeczy i doświadczał dobra. Spostrzegał znaki prowadzące go wybudzenia – sowa, kawa, czerwone buty, muzyka w barze, placek z wiśniami, wreszcie nazwisko Gordona Cole’a. Swoją przemianę „aktywował” porażeniem prądem (elektryczność pełni w „Twin Peaks” funkcję zapalną, o tym jeszcze parę razy wspomnę), gdy był już gotowy do powrotu jako dobry Cooper. Smutna twarz Coopera wskazuje na to, że on zdaje sobie sprawę ze swojej misji i intuicyjnie może przeczuwać co czeka go w przyszłości. O wypowiadanych przez Coopera słowach „we live inside the dream” wspomnę pod koniec.
3. „The past dictates the future” – Cooper zapowiada swój plan, chce cofnąć się w czasie i uratować Laurę. On i Diane (która zdaje się pamiętać wszystko z okresu uwięzienia w innym wymiarze i zdaje sobie sprawę z tego, co planuje Cooper) zauważają zbliżającą się godzinę 2.53. Godzina ta kilkukrotnie już się pojawiała i jest to pora, gdy granice między światami się zacierają. Coś dziwnego dzieje się z czasem, wskazówki zegara idą do przodu i cofają się, nastaje ciemność i po chwili Cooper, Diane i Gordon idą korytarzem w piwnicach Great Northern Hotel. Cooper ma w tej scenie przypinkę FBI, którą po raz ostatni widzieliśmy w purpurowym pokoju, gdzie została razem z butami. Być może jest niedopatrzenie w produkcji (w co wątpię), ale dla mnie ten detal ma znaczenie. Moim zdaniem to coś na kształt obrączki z drugiego sezonu, którą odebrał Cooperowi Olbrzym, oddał mu ją dopiero po rozwiązaniu zagadki śmierci Laury. Ta przypinka symbolizuje moim zdaniem gotowość do wykonania misji, Cooper przeszedł przez inne wymiary i odmienne stany świadomości zbliżając się do osiągnięcia gotowości do uratowania Laury. Być może o to chodziło w notce zostawionej Bushnellowi – liczba dziesięć symbolizuje spełnienie, Cooper dąży do doskonałości pozwalającej mu wędrować między światami. Nie przez przypadek widzimy w tym miejscu Diane, która miała kontakt z innymi wymiarami, a także Gordona, który ma świadomość tego, że istnieje „coś więcej” i prawie całe swoje życie poświęcił badaniu sprawom metafizycznym, był przewodnikiem dla innych postaci. Nie ma tu Alberta, który moim zdaniem jest zbyt pragmatyczny i racjonalny, aby mógł „przejść dalej”. Być może dlatego nie powtórzył losu Desmonda, Jeffriesa i Coopera, nigdy nie zaginął w dziwnych okolicznościach. Cooper otwiera tajemnicze drzwi (trochę dziwne, że klucz pasuje do zamka, ale już nie takie rzeczy działy się w tym serialu) i za nimi Mike przeprowadza go do pokoju nad Convenience Store. Nie do końca wiem jak interpretować pożegnalne słowa Coopera – „See you at the curtain call”. Może to oznaczać coś w stylu „do zobaczenia w innym świecie”, mówiąc te słowa patrzy na Diane, tak jakby spodziewał się, że to właśnie ją zobaczy ponownie, co okazało się prawdą.
4. Philip Jeffries ma możliwość przenosin Coopera w czasie, symbol z Sowiej Jaskini przekształca się w ósemkę (jak wiemy „przewrócona” ósemka jest symbolem nieskończoności), po której przesuwa się dziwna kropka. Tu moim zdaniem pokazane jest przygotowanie Jeffriesa do cofnięcia Coopera w czasie. Philip ostrzega Dale’a, że „może być ślisko”, misja Coopera może być trudna i łatwo się pomylić. Przenosiny w czasie następują oczywiście po wyładowaniu elektrycznym.
5. Cooper pojawia się w lesie w noc śmierci Laury, spotyka ją i pragnie zabrać do domu (czyli do Białej Chaty, gdzie może być bezpieczna). Sceny z „Fire Walk With Me” są czarno-białe, dopiero po tym jak Cooper chwyta Laurę za rękę obraz staje się kolorowy. Chwycenie ręki jest tym momentem, kiedy następuje zmiana i ciało Laury znika z plaży. Teraz ważne pytanie – czy przeszłość została zmieniona, czy też może powstała alternatywna linia czasowa? Ja bym obstawiał to drugie (całkowitej pewności nie mam). Już po tej scenie widzimy Sarę wpadającą w szał w salonie oraz Dougiego powracającego do Jonesów. Chronologia wydarzeń w tym serialu jest dość niepewna, ale przyjmijmy najprostsze wyjaśnienie, że mają one miejsce później, co wskazywałoby na fakt, że wydarzenia nie zostały wymazana, a jedynie powstała alternatywna rzeczywistość, gdzie nie doszło do morderstwa Laury. Tu się nie będę upierał, możliwa jest również druga opcja.
6. Cooper idzie z Laurą przez las, prowadzi ją do bezpiecznego miejsca – do Białej Chaty. Tu następuje kluczowa scena – Sarah Palmer w salonie wpada w szał i niszczy zdjęcie Laury. Miałem co do tego wątpliwości wcześniej, ale moim zdaniem ta scena jest dowodem na to, że tajemnicza „Matka” zamieszkuje Sarę tak jak wcześniej Bob opętał Lelanda. Na imię jej Judy, o której wspominali Philip i Gordon (więcej o niej na piszę na końcu). Matka jest wściekła, bowiem Cooper przywrócił Laurę do życia, postanawia zainterweniować i poprzez niszczenie zdjęcia doprowadza do zniknięcia Laury, która z przeraźliwym krzykiem po prostu rozpływa się w powietrzu. Tuż przed zniknięciem Laury słyszymy charakterystyczny dźwięk, który znamy już z początku sezonu (przy okazji wszelkie dźwięki z lasu się wyciszają, tak jakby sama przyroda bała się Judy). Na tym odcinek się kończy.
7. Przed omówieniem ostatniego odcinka przypomnijmy sobie pierwszą scenę sezonu, czyli rozmowę Coopera z Firemanem. Ta scena ma moim zdaniem miejsce po porażeniu prądem w 15 odcinku, gdy Cooper był w śpiączce (ale tu również nie będę się upierał, po prostu przyjąłem najbardziej popularną teorię). Na początku słyszymy dźwięki z gramofonu, które możemy zidentyfikować jako sygnał Judy, te dźwięki pojawiły się chwilę przed porwaniem Laury. Cooper otrzymuje trzy wskazówki – 430, Richard i Linda, dwie pieczenie na jednym ogniu. Możemy już jasno powiedzieć na czym polegała misja Coopera – chciał upiec dwie pieczenie na jednym ogniu, czyli uratować Laurę i pokonać Judy. O samym Firemanie więcej napiszę na końcu, bo jego działania są nie do końca jasne.
8. Czarna Chata i dokończenie dwóch wątków. Doppelganger Coopera wreszcie wrócił do Czarnej Chaty, po 25 latach. Mike tworzy tulpę Coopera (kreacji towarzyszy coś, co możemy zidentyfikować jako działanie elektryczności), która jako Dougie Jones powraca do Janey-E i Sonny’ego Jima. Tulpa po tych dwóch krótkich scenkach przypomina kogoś pomiędzy Cooperem a Dougiem. To moim zdaniem ostatni szczęśliwy moment w tym odcinku.
9. Teraz następuje najbardziej problematyczna część odcinka i tutaj mam najwięcej wątpliwości. Po zniknięciu Laury Cooper ponownie ląduje w Czarnej Chacie i widzimy sceny będące częściowo powtórzeniem tych z drugiego odcinka, a częściowo są to nowe sceny. Tutaj pytanie – kiedy i gdzie właściwie mają one miejsce? Tu wkraczam w domysły, moim zdaniem Cooper ponownie przeskoczył 25 lat (z 1989 roku do 2014), ale już w alternatywnej rzeczywistości. Mógł wejść do Czarnej Chaty, ponieważ szuka wskazówek w celu odnalezienia Laury. On dobrze wie, że to wszystko sprawka Judy, tak więc przygotowuje się do odnalezienia Laury. Pierwsza scena jest identyczna, Mike rozmawia z Cooperem, ale nie widzimy Laury, ponieważ została ona porwana przez Judy. Następnie widzimy rozmowę z The Arm, który zadaje istotne pytanie – „Czy to opowieść o dziewczynce, która mieszka na końcu drogi?” (to pytanie wcześniej zadała Audrey, o niej również piszę na końcu). Jaka jest odpowiedź? Moim zdaniem brzmi ona „nie”. To już nie jest opowieść o dziewczynce na końcu drogi, ponieważ Laura została porwana przez Judy. Cooper stara się uwolnić Laurę i doprowadzić do tego, aby główną bohaterką tej historii ponownie stała się mała dziewczynka, czyli właśnie Laura. Rozmowy z Laurą nie ma, mamy tylko krótką scenkę z szeptaniem do ucha i krzykiem Laury, wygląda to tak, jakby Cooper miał coś w stylu echa dawnej wizji, jeszcze przed uratowaniem Laury przed śmiercią. Następnie Cooper spotyka Lelanda. Ta scena wygląda nieco inaczej niż w drugim odcinku, nakręcona jest z nieco innej perspektywy. Może to nie jest Leland z „oryginalnej” linii czasowej, ale z tej alternatywnej? Tej, w której Laura zaginęła, a nie zginęła. Dlatego prosi o odnalezienie jej, bo nigdy nie dowiedział się co właściwie się z nią stało. Następnie Cooper wychodzi z Czarnej Chaty, tym razem nie ma żadnych problemów, wręcz przeciwnie, wyciąga rękę i przejście otwiera się samo. I teraz dochodzimy do ważne kwestii – po co Cooper właściwie wchodził do Czarnej Chaty? Mógł szukać wskazówek, ale jego głównym celem było odnalezienie swojego doppelgangera, z którym się połączył. To dlatego przez resztę odcinka nie widzimy dawnego dobrodusznego Coopera, ale kogoś pomiędzy dobrym Coopem i złym. Przejście jako dobry Cooper od dobrodusznego i naiwnego Dougiego do Coopera-agenta (z przypinką, to dla mnie ciągle symbol ostatecznego przygotowania) wystarczyło do cofnięcia się w czasie i odwrócenia biegu wydarzeń, ale by wyrwać Laurę ze szponów Judy potrzeba innych środków, stąd to połączenie dobra i zła w osobie Coopera. Przy wyjściu widzimy Diane, która wydaje się dobrze pamiętać wydarzenia z oryginalnej linii czasowej i chce Cooperowi pomóc. Upewnia się, czy to na pewno jest Cooper. On zdradził jej swój plan połączenia się ze swoim Doppelgangerem i dlatego Diane chce mieć pewność, że Cooper panuje nad swoją mroczną stroną. Być może pamięta czego doświadczyła niegdyś z ręki złego Coopa. Dale zachowuje się inaczej, warto zwrócić uwagę na to jak się uśmiecha – coś pomiędzy złym Cooperem a tym dobrym.
10. Kolejna wskazówka od Firemana – 430. Jest to odległość, którą Diane i Cooper muszą przebyć (szlag trafił wszystkie teorie związane z częstotliwością dźwięków, szkoda, tutaj Lynch mnie minimalnie rozczarował). Docierają do miejsca, gdzie mają miejsce silne wyładowania elektryczne. Cooper jest zdecydowany i pewny, chce przejść dalej w poszukiwaniu Laury. Diane się waha, pyta się Coopera czy na pewno chce to zrobić. Ich postawy są kluczowe, mają duże znaczenie w kontekście dalszych. Przejeżdżają samochodem i dalej, wkraczają do innego świata. Jest to wymiar stworzony przez Judy w celu uwięzienia Laury.
11. Po drugiej stronie, zgodnie z przewidywaniami Coopera, wiele rzeczy się zmienia. Cooper i Diane stają się Richardem i Lindą, to są ich osobowości w świecie Judy. Kolejna wskazówka od Firemana. Niestety, plan nie do końca się powiódł. Dojeżdżają do motelu, Cooper-Richard idzie po klucze do pokoju. Diane widzi samą siebie. Nie będę bawił się w teorie „czy to tulpa, czy to doppelganger”, nie mam zamiaru rozstrzygać, czy to Diane siedzi w samochodzie, a Linda stoi koło motelu – ta scena moim zdaniem symbolizuje fakt, że Diane nie udało się zachować własnej tożsamości. Jej osobowość rozdwaja się i w tym świecie jest Lindą. Oboje zmierzają do pokoju motelowego i dochodzi do niepokojącej sceny erotycznej. Linda chce kochać się z Richardem, a kocha się z Cooperem. Cooper chce kochać się z Diane, a kocha się z Lindą. Nie patrzą na siebie, Diane wręcz zasłania Cooperowi twarz, nie rozpoznają siebie nawzajem i biorą siebie nawzajem za kogoś innego.
12. Poranek, Cooper budzi się i czyta list od Lindy, przy okazji jest zdziwiony faktem, że ona podpisuje się imieniem Lindy i nazywa go Richardem. Zmienia się otoczenia, Cooper wychodzi z innego motelu i wsiada do innego samochodu. Tu na moment się zatrzymamy. Diane nie była do końca pewna, czy to dobry pomysł wkraczać do tego wymiaru, dlatego jej osobowość nie wytrzymała i rzeczywistość świata Judy ją pokonał. Diane uważa siebie za Lindę, nie pamięta samej siebie sprzed wejścia w ten wymiar, dla niej ta rzeczywistość jest tą jedyną. Cooper był w stu procentach zdecydowany i pewny siebie, ponadto dodatkowo jest wzmocniony poprzez wchłonięcie doppelgangera. Oparł się Judy, ale tak nie do końca. Zachował tożsamość i wspomnienia, moim zdaniem jednak zatracił poczucie rzeczywistości, on nie wie, że znajduje się w wykreowanym przez Judy wymiarze. Jego zdaniem jest Cooperem szukającym Laury, nie zdaje sobie sprawy z tego, że jest Richardem w innym wymiarze. Zauważa fakt, że motel i samochód są inne niż poprzedniego dnia, ale ostatecznie przechodzi nad tym do porządku dziennego. Sama zmiana otoczenia to moim zdaniem coś w stylu „błędu Matrixa”, w tej wykreowanej rzeczywistości coś nie zadziałało tak jak trzeba i pewne rzeczy się zmieniły. A może to Cooper swoją częściową odpornością wywiera pewien wpływ na otoczenie? Może to Fireman próbuje ingerować w świat Judy i próbuje dać Cooperowi do zrozumienia, że znajduje się w iluzorycznej rzeczywistości?
13. Cooper przyjeżdża do baru „U Judy”, gdzie chce znaleźć Laurę. Tu najbardziej widać jego połączoną osobowość, jego działanie w obronie kelnerki przypominają dobrego Coopera, ale już pacyfikacja kowbojów i zniszczenie broni przypomina działania doppelgangera. Coop zastrasza kelnerkę i zdobywa adres Laury. Tak na marginesie – ta scena to taka lynchowska krytyka amerykańskiego społeczeństwa w pigułce – obsesja na punkcie broni, pewien wzorzec męskości (kowboj zaczepiający młodszą i bezbronną dziewczynę), ludzkie zobojętnienie na złe rzeczy dziejące się w pobliżu (para staruszków przy stoliku).
14. Cooper jedzie pod wskazany adres i pojawia się problem – Laura okazuje się być Carrie Paige i nigdy nie słyszała o Laurze czy Lelandzie. Jedynie na dźwięk imienia Sary odczuwa niepokój, tak jakby podskórnie przeczuwała, że gdzieś w innej rzeczywistości Judy przebywała w ciele Sary Palmer. Cooper decyduje się zabrać Carrie do Twin Peaks, na co ona się godzi. Tu na moment się zatrzymajmy. Judy zamknęła Laurę w innym świecie, specjalnie dla niej stworzyła inną rzeczywistość. W domu Carrie widać na półce białego konia, przed barem „U Judy” również znajduje się biały koń. Symbolizuje on Matkę. Można to zinterpretować tak, że Judy w miejsc zamieszkania i pracy Laury zamieściła białe konie niejako w celu pilnowania Laury-Carrie, chce ją mieć ciągle na oku. Carrie na szyi ma naszyjnik z podkową, to moim zdaniem kolejne „echo” Judy w tym świecie. Kolejna kwestia – kim jest zastrzelony mężczyzna? Trudno po stanie zwłok ocenić jego wiek. Możliwe, że to mąż/ojciec Carrie. To tylko domysł, ale wymyśliłem taką teorię – co jeśli ten mężczyzna znęcał się nad Carrie, a ona pewnego dnia zdecydowała się go zastrzelić? Mogłoby to być odbicie Laury opierającej się Lelandowi opętanego przez Boba, Carrie w tym świecie odtwarza pewne wydarzenia z oryginalnej linii czasowej. Niezależnie od tego co się zdarzyło naprawdę, Carrie korzysta z okazji ucieczki z Odessy i wyrusza do Twin Peaks z Cooperem.
15. Następuje długa sekwencja jazdy samochodem, gdzie pada niewiele słów. Cooper i Carrie zachowują się jak nieznajomi, którzy nagle muszą spędzić sporo czasu razem i prawie w ogóle się do siebie nie odzywają (podobnie jak wcześniej Richard i Linda, którzy byli dla siebie coraz bardziej obcy i nie rozmawiają w samochodzie). Carrie ciągle się boi, w pewnym momencie wydaje się jej, że ktoś ich śledzi. Opowiada o tym, jak to pragnęła w życiu jedynie mieć wszystko dobrze zorganizowane i czysto w domu. To już nie jest Laura, na której barkach spoczęło zadania walki ze złem. To zwyczajna gospodyni domowa, która stara się jakoś wiązać koniec z końcem.
16. Cooper i Carrie dojeżdżają do Twin Peaks, czy też może do miejsca, które przez Coopera jest uważane za Twin Peaks. Lynch nie pokazuje nam znaku stojącego przy wjeździe do miasteczka i moim zdaniem to celowe. To jest jakieś inne miasteczko, w którym pojawiają się miejsce znane z Twin Peaks, ale nie spotkamy tam szeryfa Trumana, Normy i Eda czy innych znanych nam bohaterów. Cooper zabiera Carrie do domu Palmerów, ale nie odnajduje tam Sary. Mieszka tam pani Tremond, przed nią dom zamieszkiwała pani Chelfont. Nikt nigdy nie słyszał o Palmerach. Do Coopera powoli zaczyna docierać, że coś jest nie tak z otaczającą go rzeczywistością i zadaje pytanie – „który mamy rok?”. Carrie słyszy głos Sary z wnętrza domu i w tym momencie przypomina się jej wszystko, co niegdyś doświadczyła. Zaczyna krzyczeć, światła gasną i nastaje ciemność.
17. Co Laura szeptała do ucha Cooperowi? Nie wiem. Nie mam zamiaru tego interpretować, akurat ta scena dla mnie niech na zawsze pozostanie tajemnicą.
Cooper chciał upiec dwie pieczenie na jednym ogniu – uratować Laurę i pokonać Judy. Być może Laura miała być osobą, która ma moc zniszczenia Judy, tak jak udało się jej oprzeć mocy i woli Boba. Cooper zaprowadzając Carrie do domu Palmerów mógł liczyć na to, że Carrie „przebudzi się” i stanie się Laurą, a jednocześnie uda im się zniszczyć Judy. Cooper miał dobre chęci, ale moim zdaniem zdecydowanie się przeliczył. Judy jest zwyczajnie zbyt potężna, aby człowiek był w stanie jej zagrozić. Podobnie było z Jeffriesem, który najprawdopodobniej zetknął się z Judy i nie skończyło się to dla niego dobrze. Można pokonać Boba i odnieść chwilowe zwycięstwo nad złem, ale tego ostatecznego, absolutnego zła nie można zwalczyć. Drugą sprawą jest fakt, że Cooper nie rozumiał ofiary Laury. Ona nie potrzebowała ratunku, jej śmierć i przeciwstawienie się złu było jej siłą. Cooper przywracając Laurę do życia niejako pozbawił ją specjalnej roli, jej ofiara przestała mieć znaczenie. Nie wiemy co się stało po krzyku Laury, być może oboje pogrążyli się w ciemnościach, być może przenieśli się do innej rzeczywistości. Pisałem już w innym poście, że Cooper i Laura mogą powtórzyć los Jeffriesa i ich status ontologiczny stanie się niepewny, tak bardzo przeniknęli się z wieloma odmiennymi rzeczywistościami, że zaczną istnieć w zupełnie innym sensie. Judy zastawiła na nich pułapkę, obecność nazwisk Chelfont i Tremond ewidentnie sugeruje siłę sprawczą w postaci złych duchów. Tak więc ja osobiście raczej nie widzę szansy na happy end i moim zdaniem zakończenie jest pesymistyczne. Walka dobra ze złem będzie trwać zawsze i tu nie ma wygranych, żadnego z nich nie można pokonać. Cooper próbował zniszczyć zło i zaczął ingerować w strukturę rzeczywistości, ale on jako człowiek po prostu nie ma siły i możliwości, aby spełnić swój plan. Z niektórymi rzeczami w życiu trzeba się pogodziś, spotykają nas złe rzeczy, ale świat kręci się dalej. „The world spins” – piosenka Julee Cruise została tu wykorzystana nieprzypadkowo.
Parę uwag ogólnych:
1. Słup elektryczny – pominąłem go w mojej analizie, bo zwyczajnie nie mam pomysłu co z nim zrobić. Słup pojawił się w wizji Andy’ego, więc na pewno ma duże znaczenie, stoi on przy domu Carrie Paige i widzieliśmy go zawsze tam, gdzie miały miejsce dramatyczne wydarzenia, jak przejechanie dziecka czy morderstwo Teresy Banks. Być może słup magazynuje energię ze złych wydarzeń? Demony i duchy czerpią z niego siłę? Może słup przy domu Carrie służy jako klucz do więzienia, który Judy stworzyła? Może on magazynować złą energię i w ten sposób uniemożliwia Laurze wyjście. Ta kwestia pozostaje dla mnie otwarta.
2. Judy – to ona jest Matką, jest wcielonym złem i zamieszkuje ciało Sary Palmer. Judy jest obok Firemana najpotężniejszą postacią w uniwersum Twin Peaks, ma władzę na czasem i przestrzenią, może kreować inne wymiary. W 14 odcinku widzieliśmy Sarę odsłaniającą twarz i pokazującą straszne rzeczy, sposób w jaki „wydziobała” facetowi z baru kawał twarzy przypomina ciosy zadawane w pierwszym odcinku Samowi i Tracy. Również szybki i pewne ciosy butelką wymierzane zdjęciu Laury nieco przypomina to, jak Matka morduje ludzi. Trzeci sezon moim zdaniem potwierdza, że biały koń jest powiązany z Judy. Sarah została opętana już po śmierci Laury i Lelanda, inaczej trudno wyjaśnić fakt, że Sarah jest ewidentnie nękana przez swojego męża opętanego przez Boba. Straumatyzowana po stracie rodziny kobieta z parapsychicznymi zdolnościami stała się idealnym hostem dla Judy. Wydaje mi się, że Matka już wcześniej upatrzyła sobie Sarę i wysyłała białego konia (lub też sama przybierała jego postać), aby mieć na nią oko.
3. Fireman – druga obok Judy najpotężniejsza postać w tym uniwersum, ale Fireman jest wcieleniem dobra. Jest on przede wszystkim obserwatorem (nawet ma ładny ekran w Białej Chacie) i daje ludziom wskazówki, Judy jest jednak bardziej aktywna i zdecydowanie bardzoej agresywna w działaniach. On jest ojcem, tak jak Judy jest matką, oboje mają dar kreacji – Fireman stworzył Laurę, Judy dała początek Bobowi. Oni nie walczą ze sobą bezpośrednio, wykorzystują w tym celu swoje „dzieci”. Dlatego Fireman nie pokonuje Boba bezpośrednio, a tak steruje wydarzeniami, aby ludzie mogli tego dokonać. Dobrze to widać w scenie schwytania złego Coopera w Białej Chacie, Fireman wypuszcza go koło posterunku policji. Podobnie Judy nie może skrzywdzić Laury, może jedynie ją uwięzić w innej rzeczywistości. Trochę niejasne są dla mnie działania Firemana. Cały plan pokonania Boba jest jasny, ale dlaczego daje wskazówki Cooperowi na początku sezonu, skoro plan pokonania Judy nie ma szans powodzenia? Może plan powstał, ale zwyczajnie się nie udał? Może to nie były wskazówki, a ostrzeżenia i Fireman wcale nie chciał, aby Cooper ratował Laurę? A może jego działania są po prostu nie do zrozumienia przez ludzi? Trudno mi to wyjaśnić.
4. „Sekrety Twin Peaks” – znane nam wszystkim są niezgodności książki z serialem i całe zawirowanie w finale z liniami czasowymi moim zdaniem są ich wyjaśnieniem – być może książka dotyczy alternatywnej rzeczywistości, kilku rzeczywistości przenikających lub zwyczajnie doszło do pewnych zaburzeń w czasoprzestrzeni, tak jak widzieliśmy w odcinku 7, gdy w barze nagle ludzie się pozmieniali, tak jakby czas nagle skoczył godzinę do przodu i obserwujemy innych gości w lokalu.
5. Audrey – trudno mi stwierdzić co się stało z Audrey, na pewno jej wątek w całości ma miejsce w innej rzeczywistości, na sam koniec Audrey się wybudza. Moim zdaniem ten wątek miał nas przygotować na to, że w finale zobaczymy inne wymiary i że otaczająca nas rzeczywistość może być ułudą. Audrey pyta o małą dziewczynkę na końcu drogi (podobnie jak później The Arm), co może sugerować, że ona nie wie jaką rolę odgrywa w historii Twin Peaks (podobnie jak nie wiedzą tego widzowie), będąc w innej rzeczywistości nie jest częścią opowieści o Laurze.
6. „We live inside the dream” – słowa Jeffriesa I Coopera można interpretować na wiele sposobów. Moim zdaniem sen może oznaczać inną rzeczywistość, w przypadku Coopera i Laury mamy wymiar Judy będący dla nich swego rodzaju snem.
Wiele rzeczy może się zmienić, gdy obejrzę całość jeszcze raz, ale na ten moment tak odbieram dwa ostatnie odcinki. Jeśli coś przeoczyłem, gdzieś sobie zaprzeczam czy coś wydaje się naciągane - będę wdzięczny za uwagi  W każdym razie moim zdaniem zakończenie jest fenomenalne, to sama półka co zakończenia „Mad men” czy „The Sopranos” – przemyślane, wieloznaczne i zmuszające do myślenia.
W tym sezonie zdarzały się drobne wpadki, głównie w kwestii montażu i niewykorzystanego potencjału postaci (Becky, Red czy Carl), 17 odcinek był trochę za bardzo przepakowany wydarzeniami i trochę bolą niedokończone wątki „miasteczkowe) (np. relacja Bobby’ego i Shelly), ale moim zdaniem nowe „Twin Peaks” jest wybitne, to godna kontynuacja legendarnego serialu i fenomenalne zwieńczenie kariery Lyncha. Nie spodziewałem się, że będę tak zachwycony, bardzo się cieszę, że Lynch z Frostem mogli popuścić wodze fantazji i dać upust swojej wyobraźni. To zdecydowanie najpiękniejszy serial w historii i nie mogę się doczekać powtórnego seansu wszystkich trzech sezonów.

_________________
Więc dokąd, dokąd ta wędrówka
Posmutniał król i zadął w róg
Przeciwnik straszy, pielgrzym idzie
A pyta zawsze Bóg


Na górę
 Wyświetl profil
PostWysłany: ndz, 01 października 2017 07:27:22 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pt, 13 stycznia 2012 16:29:27
Posty: 2679
Skąd: Hôtel Lambert / Rafał Gan Ganowicz Appreciation Society
Ciekawe: http://www.filmweb.pl/fwm/article/Sen+o+telewizji-125144

żeby zaś nie zginęło:

Rozalia Knapik
SEN O TELEWIZJI
Uwaga! Artykuł może zdradzać kluczowe momenty fabuły.

Nowe "Twin Peaks" nie jest ani prostą powtórką z rozrywki, ani bezkarnym odcinaniem kuponów od dawnego sukcesu. Lynch nie zaprasza nas na wędrówkę wstecz, żebyśmy rozpłynęli się nad kawałkiem wiśniowego ciasta; zamiast tego pokazuje, że wszyscy śnimy zbiorowy sen o przeszłości... i o telewizji.

Przynęta na widzów

Kiedy w 1990 roku ABC wyemitowało pierwszy sezon "Twin Peaks", świat zwariował. Serial masowo nagrywano, odtwarzano, a potem do znudzenia omawiano w większych grupach – w domach, specjalnych klubach analitycznych, a nawet w zalążkach internetu. Przynętą na widzów miała być kryminalna zagadka śmierci Laury Palmer; dopiero z czasem okazało się, że to, kto zabił, nie ma większego znaczenia. Tożsamość mordercy rozpłynęła się w całym morzu tajemnic; ważniejsze okazało się mnożenie fałszywych tropów, obnażanie mniej chlubnej strony pozornie idyllicznego miasteczka i zrzucanie odpowiedzialności za taki stan rzeczy na karb nadnaturalnych sił z Białej i Czarnej Chaty. "Twin Peaks" podało najstarszą opowieść świata w nostalgiczno-surrealistycznym anturażu, co mocno ukształtowało wyobraźnię kolejnych pokoleń widzów. Przez ostatnie 26 lat wokół kultowej produkcji Davida Lyncha i Marka Frosta narosła potężna mitologia. Serialowe miasteczko budzi dziś konkretne wspomnienia – czy to tańczącego karła, czy doskonale przyrządzonej kawy – i właśnie z tą zbiorową pamięcią pogrywa w najlepsze trzeci sezon.

Inicjalna zagadka jest dość podobna – mamy brutalne morderstwo kobiety, opętanego pana domu i grubą aferę w lokalnym liceum. Niby jesteśmy w Dakocie Południowej, ale wszystko wygląda po staremu. Podstawowa różnica nie polega na zmianie lokacji, ale na przesunięciu akcentu: z tym, z czym ostatnio Lynch mierzył się półtora sezonu, tym razem rozprawia się w ciągu dwóch pierwszych odcinków. Mieszkańcy żyją podwójnym życiem, za fasadą prawości kryją się zdrada i zepsucie, morderca o nieposzlakowanej opinii trafia za kratki, a wina za wyrządzone krzywdy zostaje zrzucona na złego ducha. Po odświeżeniu podstaw i odbębnieniu tradycyjnego śledztwa przechodzimy do rzeczy ważnych i ważniejszych. Cooper walczy ze złym sobowtórem, bo zgodnie z logiką kosmicznego westernu za zasłoną nie ma miejsca dla nich dwóch. Olbrzym robi, co może, żeby odeprzeć atak sił nieczystych. Pytania, które widz zadaje sobie podczas ekranowych wędrówek w czasie i przestrzeni, stają się bardziej uwrażliwione. Nie ma znaczenia, kto zabił Laurę Palmer – liczy się to, kim lub czym Laura Palmer była i czemu miało służyć jej cierpienie.
Podczas gdy pierwsze sezony "Twin Peaks" kręciły się wokół legitymizacji niesamowitego, nowa odsłona serialu nurza się w nim po szyję. Poprzednio figury porządku brały podpowiedzi z zaświatów za dobrą monetę, co było twardym dowodem na to, że w ogóle warto ich słuchać. W trzecim sezonie wkraczamy w nadprzyrodzone wątki bez zbędnych wstępów, a konwencjonalne historie stanowią raczej relaksujący przerywnik w ciężkiej opowieści o dobru, złu i wszechobecnej energii. Lynch, który otrzymał od Showtime wolną rękę, ochoczo mąci w narracji i swobodnie żongluje konwencjami. "Twin Peaks" wciąż jest zabawne, i to zabawne w slapstickowy sposób; do ironicznego kolażu włącza nie tylko soap operę, ale i motywy superbohaterskie (z Freddym i jego zieloną rękawicą na czele). Jednocześnie przesuwa punkt ciężkości na bardziej mroczną stronę, miksując thriller z elementami gore i prezentując paradę przerysowanych, groteskowych, napędzanych przemocą postaci. Nadrzędną estetyką pozostaje surrealizm – narracja bywa chaotyczna, poszarpana, na wpół halucynacyjna. Przestrzeń na eksperymenty robi się większa także dlatego, że serial nie musi już przyciągać widzów obietnicą kryminalnej zagadki. Przynętą nie jest tutaj inicjalny trup, ale samo "Twin Peaks".

Przewrotność (anty)nostalgii

Nowe wydanie serialu koncentruje się nie tyle na tytułowym miasteczku, co na kultowej produkcji. Zamiast prostej kontynuacji otrzymujemy wielopoziomową grę z pierwszymi sezonami i filmowym prequelem "Ogniu krocz za mną" (kluczowym dla "zrozumienia" trzeciej serii), podczas której twórcy próbują zająć stanowisko wobec legendy własnego dzieła. Oczywiście nostalgia była wpisana w tę historię od samego początku; "Twin Peaks" wprawdzie obnażało pozorność prezentowanego raju na ziemi, ale tym samym wzmagało tęsknotę za niewinnością lat minionych. Nowy sezon idzie jednak o krok dalej i wynosi ten problem na poziom meta.

Rebooty czy wznawiane po latach kontynuacje są z założenia nakierowane na schlebianie nostalgii; mają przywrócić do życia odległe, fikcyjne uniwersum w możliwie zbliżonej formie, dostarczyć brakujących rozwiązań, a na koniec poklepać nas po plecach. To, że po tylu latach obsada się postarzeje, a dawna opowieść nie zostanie nam przedstawiona w skali 1:1, było do przewidzenia. Zaskoczyła raczej perwersja, z jaką twórcy wykorzystali świadomość pragnień odbiorców serialu. Ułamek kolektywnych żądzy został zaspokojony (przykład happy endu Eda i Normy), ale tęsknotę widza przekuto raczej w podkręcanie atmosfery podszytego smutkiem niepokoju.

I tak: na ekrany powraca szereg rozpoznawalnych rekwizytów, ale świat (ani ten serialowy, ani nasz) nie jest już taki, jak dawniej. Cooper zajada się wiśniowym ciastem za cenę utraty osobowości – ku frustracji fanów agent przez większość sezonu pozostaje w intelektualnym letargu. Mamy całą serię wielkich powrotów, od Jamesa wykonującego "Just You and I", po zmysłowy taniec Audrey, przy czym są to powroty skażone, okupione obecnością ciemniejszej strony, przerywane przez wtargnięcie nagłego koszmaru. Podobne nawiązania czy wręcz dosłowne cytaty z pierwszych serii mogą być czytane jako spontaniczne mrugnięcia do fanów albo jako (anty)nostalgiczne refleksje nad pamięcią, problemem utraty i zagmatwanego stosunku do przeszłości. Weźmy syna Audrey (ubranej i wymalowanej jak za młodu, co tylko podkreśla nieuchronny upływ czasu), który mógł być spełnieniem snutej przez fanów fantazji. Mógł być – a okazał się skrajnie zepsutym dzieckiem nawet nie Coopera, ale jego złego sobowtóra. Podobnie zostaje ograna słynna muzyka Badalamentiego, porzucona na rzecz ciszy i drażniącego ambientu, aby powrócić ze zdwojoną siłą, gdy Bobby spogląda na zapomniane zdjęcie Laury.


Atmosfera dawnego "Twin Peaks" została zachowana, ale w przetworzonej formie – wśród przerysowanych dziwactw, wszechobecnych tulp i doppelgängerów trudno szukać jakiejkolwiek ostoi. Nowy sezon toczy się na granicy życia i śmierci; tego, co trwa, i tego, co już minione. Żegnamy kolejnych bohaterów i aktorów zmarłych podczas produkcji, w tym Pieńkową Damę (Catherine E. Coulson) i Alberta (Miguel Ferrer), a jednocześnie obserwujemy ich ekranowe zmartwychwstania. Podobnie jak długo nieżyjący BOB (Frank Silva) czy Major Briggs (Don S. Davis), znajdują oni równoprawne miejsce w opowieści i w końcowych napisach; trochę tak, jakby nigdy nie odeszli. W ożywianiu przeszłości i karmieniu się nostalgią pomaga zgrabne włączanie w tok narracji niewykorzystanych wcześniej scen i materiałów. Nowy sezon "Twin Peaks" przypomina o tym, za czym tęsknimy, a jednocześnie potwierdza, że do minionych chwil nie ma prostego powrotu. Z czasem postrzeganie przeszłości – a może i sama przeszłość – diametralnie się zmienia. Na bazie nieaktualnych wyobrażeń o serialu wzniesiona zostaje jeszcze dziwniejsza, bardziej przejmująca opowieść. Przez cały sezon pozostajemy rozdarci pomiędzy uczuciem nostalgii a jego świadomym zwalczaniem. Skonfundowani, możemy co najwyżej zawtórować Cooperowi i zapytać, który właściwie mamy rok.

Kino czy telewizja?

W nowej odsłonie serialu głos Davida Lyncha, podobnie jak Gordona Cole'a, jest słyszalny lepiej niż kiedykolwiek wcześniej. Artysta wyreżyserował wszystkie osiemnaście epizodów, a scenariusz stworzył w sprawdzonym duecie z Markiem Frostem. "Twin Peaks" sporo zyskuje na takiej jednolitości (przypomnijmy, że Lynch stał za kamerą jedynie sześciu z pierwszych trzydziestu odcinków); dzięki pełnej wolności i ścisłej współpracy twórców mamy do czynienia z prawdziwie autorską telewizją. Nie, żeby w dzisiejszych czasach było to coś nowego; trzeba jednak przyznać, że dla Lyncha nie ma wielkiej różnicy pomiędzy małym a dużym ekranem. Zamiast kilku surrealistycznych wtrętów obserwujemy realizację wizjonerskiego projektu, utrzymanego zresztą w estetyce ostatnich filmów reżysera ("Zagubiona autostrada", "Mulholland Drive", "Inland Empire"). Showtime podjęło tutaj ogromne ryzyko – nietrudno sobie wyobrazić, co poczuł przeciętny widz, kiedy skacząc po kanałach, trafił na kilkunastominutową scenę wybuchu bomby atomowej w stylu "Odysei kosmicznej" Kubricka.

Nowe "Twin Peaks" rezygnuje momentami nie tylko z tradycyjnej narracji, ale i z cielesności swoich bohaterów. Tym sposobem Davida Bowiego zastępuje potężny czajnik buchający parą, a miejsce Michaela J. Andersona zajmuje elektryczne drzewo z mózgopodobną głową, które przedstawia się jako "ewolucja ręki Mike'a". Brzmi naciąganie? Nie w świecie "Twin Peaks". Tu zmieści się wszystko, od przegiętej karykatury samotnika-motocyklisty, po kilkuminutowe ujęcia sprejowania łopat, zamiatania podłogi czy cichej jazdy nieoświetloną autostradą. Z jednej strony historia wydaje się rozpisana z matematyczną precyzją (uderza zwłaszcza jej skrajna symetryczność – Cooper wchodzi w rolę Dougiego 2,5 godziny po starcie serialu i wychodzi z niej, gdy tyle samo czasu brakuje do końca). Z drugiej strony śledzimy puste, pourywane wątki, notując w pamięci całe mnóstwo strzelb, które nigdy nie miały wystrzelić. Sceny ciągną się w nieskończoność, a widzowie nie mają żadnego przewodnika, który oprowadziłby ich po labiryncie scenariusza. Na każdą logiczną kontynuację historii Normy, Jacoby'ego czy Bobby'ego przypada kolejna ślepa uliczka – wątek znarkotyzowanego zięcia, zaginionego Billy'ego czy historie przypadkowych gości w klubie Roadhouse. Lynch i Frost uprawiają rasowy trolling – na przemian zaspokajają i podsycają głód publiczności, przy czym serwują widzom rzeczy, o których nawet im się nie śniło. Mamy więc krzątających się Woodsmanów, bohaterkę o pozszywanych oczach i otwierane na oścież twarze, za to do konfrontacji dobrego i złego Coopera, zapowiadanej przez cały trzeci sezon, nigdy nie dochodzi.

Skala eksperymentu rodzi pytanie, czy mamy do czynienia z autorską telewizją, czy może raczej z autorskim kinem. Trzeci sezon "Twin Peaks" miał premierę w Cannes; według samego Lyncha jest filmem podzielonym na części, a to, na co patrzymy, to po prostu fragmenty szerszej, abstrakcyjnej układanki. Twórca "Głowy do wycierania" zawsze przedkładał emocje, nieoczywisty montaż, kompozycję kadrów czy grę światłem i dźwiękiem nad linearne opowieści ułożone w przyczynowo-skutkowym ciągu. Lynch zaczynał jako malarz; nawet średnio wprawione oko dostrzeże w "Twin Peaks" odbicie silnych fascynacji surrealizmem, ekspresjonizmem i symbolizmem. Niektóre kadry są żywcem wyjęte z obrazów Bacona, Magritte'a i Hoppera; bez nich Czerwony Pokój, sześcian w nowojorskim wieżowcu i lwia część grubo ciosanych efektów specjalnych nie wyglądałyby tak samo. Być może rozsądniej byłoby rozpatrywać "Twin Peaks" nie w kategoriach kina albo telewizji, ale po prostu wizualnej sztuki – sztuki afektywnie działającej na odbiorcę, który jest z nią konfrontowany.

Kto jest śniącym?

"Twin Peaks" to narracja z gruntu oniryczna, co zresztą serial tematyzuje na każdym kroku. Prezentowane wydarzenia są przy tym w pewien sposób logiczne, tyle tylko że rządzą się logiką snu. Dobry Cooper, zamknięty w ciele Dougiego, nie może wybudzić się z letargu niemal przez cały sezon. Sny Williama i Laury zespalają ich z mocami zza zasłony. Swój własny koszmar przeżywa Audrey; z kolei Gordon śni o Monice Bellucci, która stwierdza, że "jesteśmy jak śniący, który śni i żyje w swoim śnie". Wypada zapytać za Monicą: "kto jest tym śniącym"? Z miliona fanowskich teorii, które krążą po internecie (pod względem wewnętrznego przymusu negocjowania znaczeń niewiele się przez te ćwierć wieku zmieniło), najbardziej przemawia do mnie właśnie teoria dotycząca śnienia. Nie mam na myśli interpretacji, wedle których śledzona przez nas historia to plon wyobraźni Coopera albo Laury, ale hipotezę na temat głębokiego autotematyzmu serialu. Być może metafora snu dotyczy widzów, którzy na długie godziny zanurzają się w świecie wykreowanym przez Lyncha. Jeśli Twin Peaks to tulpa naszej rzeczywistości, a ostatnie sceny serialu przenoszą Coopera do "realnego" świata – świata ockniętej Sherilyn Fenn, Moniki Bellucci i Davida Lyncha (a nie: Gordona Cole'a) – co to mówi o telewizji, postrzeganiu fikcji i o nas samych?

"Twin Peaks" nie podsuwa pod nos jednoznacznych odpowiedzi; wszelkie próby oswojenia narracji na drodze prostego dekodowania od razu spełzają na niczym. W takiej nieuchwytności tkwi jednak jakaś ożywcza siła. Dzisiejsze produkcje, w tym wychwalane seriale nowej generacji, zbyt często dają się wtłoczyć w krytyczne ramy, rozsupłać na części pierwsze, a później nawlec, koralik po koraliku, na łańcuszek całościowej interpretacji. Oglądając "Twin Peaks", jesteśmy skazani na los pary, która w pilocie serialu wpatruje się w szklane pudło – bez pytania o sens i cel, ale z nadzieją na to, że coś ciekawego się w nim pojawi. Podobnie jak tamci, ponosimy spore ryzyko – możemy łatwo stracić głowę.

_________________
Ceterum censeo Platformem delendam esse

"If you say why not bomb [Soviets] tomorrow, I say, why not today. If you say today at five o’clock, I say why not one o’clock?" John Von Neumann


Na górę
 Wyświetl profil
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 441 ]  Przejdź na stronę Poprzednia  1 ... 26, 27, 28, 29, 30

Strefa czasowa UTC+1godz.



Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość


Nie możesz tworzyć nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Przejdź do:  
Technologię dostarcza phpBB® Forum Software © phpBB Group