Ultima Thule

Forum fanów Armii i 2TM2,3
Dzisiaj jest ndz, 16 grudnia 2018 13:58:24

Strefa czasowa UTC+1godz.




Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 142 ]  Przejdź na stronę Poprzednia  1 ... 6, 7, 8, 9, 10  Następna
Autor Wiadomość
 Tytuł:
PostWysłany: sob, 21 grudnia 2013 20:32:20 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 10 listopada 2004 14:59:39
Posty: 25034
Kontynuując...

Jeśli się - jak ja do niedawna - kojarzy Jefferson Airplane tylko z przebojami, to łatwo przecenić udział sławnej Grace Slick w początkach historii zespołu. Tymczasem nie było jej w pobliżu, gdy w lecie 1965 Marty Balin (prawdziwe nazwisko Buchwald) i Paul Kantner, działając w klubie The Matrix (dawna pizzeria, a później popularne miejsce koncertowe), formowali skład. Nie było jej także wtedy, gdy zespół nagrywał swój pierwszy longplay. Ukazał się on, pod tytułem „Jefferson Airplane Takes Off”, w końcu lata następnego roku. Nie znam go, ale wiem, że w kilku piosenkach śpiewała jeszcze pierwsza wokalistka Signe Toly Anderson. Jej mężem był jeden z Merry Praknkstersów, niebawem urodziła córeczkę i… zrobiła miejsce dla Grace. No i zaraz koncerty, a późną jesienią nagrywanie „Surrealistic Pillow”.

Obrazek

Mnie na początku ta płyta, poza dwoma hitami, rozczarowała. Cóż, jeśli słyszy się całe życie, że to klasyczny psychodeliczny album, to oczekiwania robią się wygórowane. Człowieka spodziewa się odlotów, a tu właściwie folk rock grają, tyle że zelektryfikowany i brzmienie jest dziwne, archaiczne, co powoduje, że całkiem urozmaicony repertuar wcale takim urozmaiconym, przynajmniej na pierwszy rzut ucha, się nie wydaje.

Płyta jednak broni się! Jakiś czas nie umiałem usunąć jej z odtwarzacza mp3, więc miałem czas, by się o tym przekonać. Broni się samymi piosenkami, a także środkami muzycznymi, które zastosowano, żeby ich urodę pokazać światu. No i głosem Grace - mimo, że śpiewają chłopcy i jest go zaskakująco mało - to jednak stanowi niezwykłą ozdobę albumu. Jej krystaliczny, chłodny ton (może to te skandynawskie korzenie) stanowi doskonałą przeciwwagę dla psychodelicznych rozedrgań reszty dźwięków.

Słuchać to już w pierwszym numerze „She Has Funny Cars” - rewelacyjne są wejścia Grace w refrenach. Tworzą, obok tych rzężących gitar, zupełnie inny wymiar w piosence. Aż trudno uwierzyć, że to właśnie ona became the first person to say "motherfucker" on live television :) . W „Somebody To Love” Grace jest już główną wokalistką, a numer, z tym satysfakszonowatym rytmem, dynamiką i gitarami, to zasłużony klasyk. „My Best Friend” wypada po nim blado – ot sześćdzisionowata piosneczka, z bitelsowatą melodią. Za to dwie następne piosenki to pełne uroku perełki, śpiewane głównie przez chłopaków. Liryczne „Today” ma bardzo fajny, przestrzenny aranż (może naprawdę i Jerry Garcia tam gra?), a wyciszone ”Coming Back To Me” może zachwycić finezyjną grą… - no właśnie, brakuje mi wiedzy – …tonacjami? W każdym razie ładnie tam zmieniają się temperatury barw rozwijającej się muzycznej opowieści. Dość dynamiczne "3/5 of a Mile in 10 Seconds" to taka średnia płyty - fajne solo gitary, ale do „Somebody…” daleko. Za to ”D. C. B. A.” to znów bardzo ładna piosenka – kojarzy mi się z The Moody Blues! 8-) Znów głos Grace wałęsa się po obrzeżach, przykuwając uwagę słuchacza. Podobnie jest w ”How Do You Feel”, może mniej dynamiki, ale za to więcej harmonii wokalnych i flet. „Embryonic Journey” to akustyczna miniaturka Jormy Kaukonena – na dwie gitary. Wspaniale potem wchodzi „White Rabbit” – dla mnie wciąż najlepszy numer Jefferson Airplane. Boska piosenka autorstwa Grace Slick. Alicja wśród kaktusów jakiegoś meksykańskiego pogranicza. Sąsiedztwo z królikiem natomiast bardzo źle wpływa na recepcję następnej piosenki „Plastic Fantastic Lover”, która mimo głupiego tytułu nie jest zła, ale… Trzeba by jakoś inaczej poukładać te piosenki.

Tak że w sumie bardzo fajna płyta. W dodatku nie ostatnia wydana przez Jeffersonów w 1967. W związku z tym być może cdn... :)


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: sob, 21 grudnia 2013 22:03:25 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
ndz, 20 stycznia 2008 13:09:14
Posty: 3699
Bardzo ładnie napisane, sygnalizuję, że czytam wszystko :)

Cytat:
Człowieka spodziewa się odlotów, a tu właściwie folk rock grają, tyle że zelektryfikowany

Ja nie wiem czy to dla mnie nie jest lepsza rekomendacja niż czyste psycho!

_________________
gdzie znalazłeś takie fayne buty i taką fayną głowę?


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: sob, 21 grudnia 2013 22:40:46 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
ndz, 06 maja 2007 11:40:25
Posty: 13524
Skąd: Krk
muszę odświeżyć. dzięki!

_________________
http://67mil.blogspot.com/


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: ndz, 22 grudnia 2013 13:02:39 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 09 listopada 2004 22:33:35
Posty: 4548
Skąd: ęsowany
ja się tutaj pozwolę wciąć Witkowi (świetny wpis, muszę posłuchać tego DCBA), z małym antywątkiem, dotyczącym najbardziej niedorzecznych psychodelicznych wąsów

(od razu trzeba dodać: niedorzecznych i co z tego?)

już tłumaczę o co chodzi - my sobie możemy nostalgicznie wdychać przejrzałe narkotyczne opary roku 1967, natomiast w porządku diachronicznym psychodelia była nowym groźnym trendem, który zdmuchnął resztki poprzedniego gatunku na tapecie, czyli ogólnie pojętego "beatu" (z którego po części wyewoluował)

i teraz, niektóre uśmiechnięte grzywki przyjęły nowe z godnością i pokornie zeszły ze sceny nie zapuszczając wąsów, takie tuzy Merseybeatu jak Gerry & The Pacemakers albo The Searchers nigdy nie nagrały kawałka psychodelicznego

inni jednak postanowili walczyć o byt (a nawet big-byt) - przywdziewali psychodeliczne kaftany, rozmazywali swoje zdjęcia na okładkach a nawet udawali, że biorą LSD

co najfajniejsze, udało im się przy tym nagrać całkiem niezłe płyty

oto Herman's Hermits - znani dotychczas z głupkowatego uśmieszku wokalisty, tandetnych nawet jak na standardy szeździesiony przeboików (ale też flirtów z wodewilem i to grubo przed Beatlesami) nagle wydają świetny album Blaze (wprawdzie tylko w USA)

Obrazek

Siłą rzeczy jest to bardziej psychedelic pop niż rock na ale to samo można by przecież zarzucić Sierżantowi Pepperowi, zresztą ja nie narzekam, melodie są świetne, a kompaniament (jak to już na longach Hermitsów bywało - Page na gitarze i John Paul Jones na basie) przynajmniej raz w tym zespole mógł sobie pozwolić na dużo więcej fantazji, w Moonshine Man bas jak z Revolvera, całe Museum w lekkiej marihuanowej mgiełce, w Last Bus Home psychodeliczne chórki, a przy Don't Go Out Into the Rain ktoś po prostu włożył kadzidełko do ogniska. Nie ma tu wielkiego skoku na rkotyki, jedynie mały retusz stylistyczny. Wystarczy, co najmniej ****


inaczej zagrali Bee Gees, ci przeprowadzili się w poszukiwaniu sukcesu z Australii do Anglii, a że zastała ich tu psychodelia, to daWAJ! "Debiutancki" album jest przecięty dokładnie na pół - z jednej strony soul, czasem rzewny, z drugiej... widać dokładnie nawet na obrazku:

Obrazek

Tym razem link revolverowy jest całkiem namacalny, okładkę zaprojektował ten sam Klaus Voorman, a numer In My Own Time jest jakby zupełnie wzięty z tamtej płyty. Słychać dokładnie, że chłopaki przypalały jak trza, co sprawia na przykład, że teksty są uwolnione od zbytniej troski o znaczenie, co z kolei prowadzi do małych klejnotów (not much conversation ever came from me/ I never saw reality, brawo!). Następne płyty dobitnie pokażą, że psychodelia zupełnie nie wzięła się braciom Gibb z trzewi ino z radia, ale płyta Bee Gees 1st i tak na zawsze pozostanie ich najlepszą, właśnie dlatego, że przynajmniej raz wibrują na statecznym onyxie a nie między strunami głosowymi (fuj!) **** i 3/4

największy być może szok z doklejanymi wąsikami przychodzi od rubasznych, tandetnych i diotycznych Freddie & The Dreamers, ci nagrali nie cały album ale jednego psychodelicznego singla pt. Brown and Porter's (Meat Exporters) Lorry

Obrazek

Utwór opowiada o tym, że gostek jedzie do dziewczyny z Birmingham do Londynu w ciężarówce od rzeźnika i obija się w drodze o ciałka zamrożonych kurczaków, a muzycznie jest dość przedni! Żeby całkowicie doświadczyć magii psychodelicznej przypomnijmy jak zespół zachowywał się w swoim żywiole w 1964:

największy hit

a oto rzeczony singiel


natomiast na najbardziej niepojętą rzecz trafiłem dziś - okazało się, ze swój "psychodeliczny" album nagrali też Everly Brothers

Obrazek

Tytuł i okładka nie wyglądają może zachęcająco,a dodatkowo wszyscy leją, że zrobili cover Whiter Shade of Pale. Nie zawsze może piosenki dają radę i nie rażą może zbytnią... potrzebnością, ale bywa naprawdę wysoko, w Talking to the Flowers starzy mistrzowie pokazali, że Dżefersoni, Mamas, Papas i Srapas mogą się jeszcze dużo nauczyć o subtelności faktury i wykwintności harmonii, ale duet nie poprzestał na brylowaniu na swoim podwórku, tylko odważnie wszedł w klawesyny i overdubbing. Teraz już nie śpiewamy o Little Suzie, proszę państwa, tylko o Mary Jane:

Clouds so sweet, cloud my mind girl
And I don't know, what way I'll go girl

But I don't care no more
I've got my Mary Jane
And I'm secure once more
I've got my Mary Jane


dziękuję za uwagę, idę się uwalić w trawie

_________________
szczęście osiągniesz i dobrze ci będzie
Psalm 128

https://thesoundrops.bandcamp.com/


Ostatnio zmieniony ndz, 22 grudnia 2013 13:31:35 przez Gero, łącznie zmieniany 2 razy

Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: ndz, 22 grudnia 2013 13:24:02 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
ndz, 20 stycznia 2008 13:09:14
Posty: 3699
Nie jestem aż takim fantykiem szeździesiony, niemniej jednak część tych nazw jest mi znana z jednego z dziwniejszych wywiadów jakie w życiu widziałem :) Może coś sprawdzę, dzięki.

_________________
gdzie znalazłeś takie fayne buty i taką fayną głowę?


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: ndz, 22 grudnia 2013 16:23:03 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 10 listopada 2004 14:59:39
Posty: 25034
Dzięki chłopaki! :) Gero, może posłuchamy tych rzeczy kiedyś?


Prazeodym pisze:
część tych nazw jest mi znana z jednego z dziwniejszych wywiadów jakie w życiu widziałem


Chłop ma tam sporo racji :D .


Tymczasem:

Obrazek

/Popatrzcie, sami sobie dali dobrze gwiazdek!/

Nie wiem czy zwróciliście uwagę, ale w 1967 wszyscy wydawali po dwie płyty. Jefferson Airplane też. Na albumie „After Bathing at Baxter's” rozwinęli swój styl i choć nie ma tu przebojów na miarę sami wiecie których, to jako całość płyta wydaje się nie mniej atrakcyjna jak Poduszka. Poduszka. A pod niejednym względem to właśnie tu jest lepiej. Jeśli kogoś na przykład męczyło archaiczne brzmienie wcześniejszych nagrań, powinien spróbować takich Jeffersonów bardziej zawodowo brzmiących. Instrumentalnie też tu jest ciekawiej – te kilka miesięcy dobrze zrobiło wszystkim muzykom. Mimo, że chyba wciągnęli też w tym czasie sporo kwasu – na tej płycie znajdziemy już te bardziej typowe, psychodeliczne momenty. A i całość, choć zróżnicowana, podobnie jak „Surrealistic Pillow”, to ujęta została w ramy jakiejś koncepcji. Utwory pogrupowano w krótkie cykle. Trzy pierwsze tworzą „Streetmasse”, dwa następne pojawiają się pod hasłem „The War Is Over”, pierwszą stronę kończy zaś „Hymn to an Older Generation” (ścieżki 6 i 7). Na stronie drugiej mamy natomiast najpierw „How Suite It Is” (8 i 9), a całość wieńczy „Schzoforest Love Suite” (ścieżki 10, 11 i 12). Piosenki należące do jednego cyklu przechodzą - mniej lub bardziej płynnie - jedna w drugą.

„Streetmasse” się świetnie zaczyna – od takiego jerychońskiego, ładnego sprzężenia. Które niespodziewanie przechodzi dość typową Jeffersonową piosenkę „The Ballad of You and Me and Pooneil". To znów ten fajny, zelektryfikowany folk rock, ze świetnymi głosami, falującą dynamiką, a rzężące gitary i tak w trakcie wracają. ”A Small Package of Value Will Come to You, Shortly” to chaotyczny, kwaśny odlot, jakiego nie było na poprzedniej płycie. Kończy go ktoś wykrzykując sławne /skąd innąd/ „no man is an island! no man is an island!”. Trudno się przy tym nie uśmiechnąć. „Young Girl Sunday Blues” przywraca równowagę i wysoki poziom piosenek na płycie.

"Martha" i „Wild Tyme” /ach, jaki tytuł/ składające się na „The War Is Over” mają troszkę inny, bardziej folkowy, przestrzenny charakter. Choć jest też trochę jamowania, grania na elektrycznych gitarach i delikatniutkiego stosowania efektów studyjnych. Bardzo to wszystko, no, ładne kurde.

Z hymnów dla starszej generacji "The Last Wall of the Castle" jest bardziej czadowy /szybki, kolejowy rytm i radykalny brzmieniowo mostek/, a „Rejoyce” bardziej odjechany /wreszcie dużo Grace, pojawiają się fortepian, trąbka i chyba klarnet, migają królicze klimaty, momenty są bardzo bajkowe/.

Na „How Suite It Is” też złożyły się kontrastujące utwory. ”Watch Her Ride” to jeden z bardziej porywających i wciągających momentów płyty, wszystko w nim świetne, a zwłaszcza dośpiewująca głównemu wokaliście Grace i ta wzbudzająca się gitara. A ”Spare Chaynge” to niespodziewane rozwinięcie poprzedniego utworu – prawie dziesięć minut muzycznych poszukiwań. Brzmi to jak dialog gitarzystów, bębniarza i basisty (świetny Jack Casady – ten sam, który grał z Jimim w niektórych kawałkach z „Electric Ladyland”). Czym więcej tego słucham, to bardziej mi się podoba. Słychać, że to rasowi, rockowi gracze grają, pięknie im niekiedy sprzęga, gdy rozwijają tę studyjną improwizację.

Schizolas może już /wbrew tytułowi/ nie zaskakuje, ale wspaniale dopełnia całości. ”Two Heads” są bardziej kwaśne, a „Won't You Try / Saturday Afternoon” …mniej… Ale za to zbiera większość zalet tej płyty. Świetne momenty zawieszenia, powypełniane wielogłosami…

…tak jak rzekło się wcześniej: „After Bathing at Baxter's” nie ma aż takich mocnych pojedynczych argumentów jak hity z „Surrealistic Pillow”, ale daje za to ogromną przyjemność ze słuchania, od początku do końca. Bardzo fajna taka psychodelia, zwłaszcza, że umiejętnie łamana elektrycznymi brzmieniami i momentami zgoła nie popowymi… O, jeszcze delikatnie sprzęgło na koniec… Super.

Trzeba dodać jeszcze jedno. Wiadomo, że Jefferson Airplane kojarzony jest z amerykańską kontrkulturą, na co zasłużyli sobie nie tylko radykalną postawą artystyczną, ale też jakimś radykalizmem politycznym czy obyczajowym. Do tego w ich utworach pojawiają się specyficzne odniesienia literackie. Tu do Alicji z wcześniejszej płyty możemy dodać Kubusia Puchatka („The Ballad of You and Me and Pooneil") oraz „Ulissesa” („ReJoyce” autorstwa Grace).

Bardzo fajny album. Impresjonistyczny trochę. Nie wiem jednak czy następny nie jest jeszcze fajniejszy :) .

A tu jeszcze wzmiankowany w tekście Jacenty:

Obrazek

:peace:


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: czw, 09 stycznia 2014 11:09:54 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
ndz, 10 kwietnia 2011 17:14:16
Posty: 6120
Skąd: z Tralfamadorii
całkiem przyjemny Jacenty :)


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: czw, 09 stycznia 2014 21:52:22 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 10 listopada 2004 14:59:39
Posty: 25034
anastazja pisze:
całkiem przyjemny Jacenty


No :) . A pacz to:

Obrazek

Zdjęcie a propos tematów poruszanych tam.
Grace i Janis, z dwóch zespołów, działających w tym samym mieście.
Że z Dżoplinki było niezłe ziółko, to wszyscy wiedzą. W przypadku Grace zwieść może jej delikatna uroda i subtelny styl :) .
Ale to chyba po prostu był taki moment, że wszystkie ludzkie tęsknoty próbowano zaspokoić tu i teraz, przy pomocy wszelkich możliwych środków.
Głupio, choć romantycznie.

Jest ogromna różnica gdy od słuchania płyt Big Brother & The Holding Company przejdzie się do Jefferson Airplane.
Na przykład do następnej w kolejce płyty „Crown Of Creation” (1968).

Obrazek

Big Brother grali brudno, garażowo, a uroda ich muzyki czasem ukrywała się za rzężeniem i szorstkością. Jeffersoni natomiast na omawianym etapie zachwycają finezją, zgraniem i wyczuciem. W ich muzyce jest miejsce na ujmujące melodie, harmonie wokalne, ale też na jamowanie i eksperyment. Wyczuwa się to, że muzycy słuchają się nawzajem i współbrzmią. Między dźwiękami można znaleźć przyjemną głębię i taką przestrzeń porozumienia.

„Crown Of Creation” nagrali będąc u szczytu. Uhonorowani okładką magazynu „Life”, po koncertowej trasie w Europie… I moim zdaniem rzeczywiście jest to ich najlepsza płyta. Ma swój charakterystyczny flow od początku do końca – mimo, że z początku dominuje akustyczna gitara Jormy Kaukonena, a pod koniec fajny, przesterowany basik Jacentego… On na okładce dał do zrozumienia, że jego instrument wykonany jest z drzewa kosmicznego. Figuruje tam jako Yggdrasil Bass… Poetycko, ale i patetycznie. I chyba tylko ten patos - bo zakradł się on niestety do niektórych piosenek - jest jakąś słabością tej płyty. Może lekko nużyć pod koniec.
Chyba, że wcześniej zrobimy sobie małą przerwę na herbatę z malinami.
Albo skipniemy którąś ścieżkę.
Przecież można.

Nie będę rozpisywał się o poszczególnych utworach, ale o niektórych trzeba wspomnieć.
”Lather” może Was totalnie zaskoczyć. Ja nie spodziewałem się czegoś takiego po zespole z San Francisco. Może to te skandynawskie geny pani wokalistki i pana gitarzysty? No i rewelacyjne solo na nosie!
”Chushingura” wyróżnia się w inny sposób. Słucham i spodziewam się, że zaraz „śniły mi się ptaki bez nieba, śniły mi się konie bez ziemi” – powie Marek Grechuta. A to tylko półtoraminutowy ślad Zappowskich inspiracji i zabaw w awangardę. Wszak czasem jako dodatek do albumu pojawia się nagranie „Would You Like a Snack?” – owoc współpracy Franka i Grace.
Warto wspomnieć też ”Triad”. Bo to bardzo ładna piosenka napisana przez Davida Crosbiego. Nie mógł grać jej w swym macierzystym zespole ze względu na kontrowersyjność tekstu. A potem w ogóle wyleciał i na okładce zastąpiono jego twarz twarzą konia. To Gero musi dokładniej wyjaśnić. Ale Grace wspaniale wykonała „Triad”. Spokojnie, jak chłopu na miedzy, ale po przyjacielsku, uroczo wyjaśnia koledze zalety miłości w trójkącie :) .
No i jeszcze wątki literackie, tym razem chodzi o utwór tytułowy. „Crown Of Creation’ to piosenka oparta na powieści science – fiction „The Chrysalids”. W 1955 wydał ją angielski pisarz John Wyndham - ten od „Dnia tryfidów”. „The Chrysalids” przetłumaczono w Polsce jako „Poczwarki”…
Szkoda, że nie tak nazywa się najlepsza płyta Jefferson Airplane :wink: .

Obrazek

Polecam do sprawdzenia! I proszę nie zniechęcać się okładką!

:D


Ostatnio zmieniony czw, 09 stycznia 2014 22:09:49 przez antiwitek, łącznie zmieniany 1 raz

Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: czw, 09 stycznia 2014 21:59:29 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pt, 26 maja 2006 19:29:43
Posty: 6501
Zajebisty wpis!!!! :D
Chyba się zapoznam, choć nie wykluczam, że w taki sposób:
antiwitek pisze:
Chyba, że wcześniej zrobimy sobie małą przerwę na herbatę z malinami.
Albo skipniemy którąś ścieżkę.

:D

Ze wszystkiego co piszesz wynika, że to muzyka dobra na sobotę!

_________________
http://freemusicstop.com


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: czw, 09 stycznia 2014 22:09:19 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 10 listopada 2004 14:59:39
Posty: 25034
Hehe, dzięki. Sobota może być bardzo dobra :) .


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: pt, 10 stycznia 2014 11:54:24 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 09 listopada 2004 23:22:22
Posty: 26664
Skąd: rivendell
antiwitek pisze:
Bardzo fajny album. Impresjonistyczny trochę

wczoraj żem słuchał pierwszy raz i bardzo mi się podoba ! spokojnie daję ****

crown trochę mniej mi się podoba ale ogólnie wporzo !

_________________
ooooorekoreeeoooo


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: czw, 16 stycznia 2014 10:29:13 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 10 listopada 2004 14:59:39
Posty: 25034
A Volunteers? Bo mi z początku podobało się mniej, ale pomału zaczynam doceniać :) . No i nie sprawdzałem jeszcze tej debiutanckiej płyty.

Zastanawia mnie też trochę zespół Love... :)


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: czw, 16 stycznia 2014 11:08:49 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
wt, 09 listopada 2004 23:22:22
Posty: 26664
Skąd: rivendell
Volunters spoczi ! nawet żem sobie kupił na allegro za 16zł ! :D

_________________
ooooorekoreeeoooo


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: czw, 16 stycznia 2014 11:14:04 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
pn, 10 stycznia 2005 11:49:49
Posty: 21488
Skąd: Kamienna Góra/Poznań
antiwitek pisze:
Zastanawia mnie też trochę zespół Love...

"Da Capo" i "Forever Changes" łykaj śmiało. Są na youtube w całości, jakby co.

_________________
In an interstellar burst
I am back to save the Universe.


Na górę
 Wyświetl profil
 Tytuł:
PostWysłany: czw, 16 stycznia 2014 11:22:32 
Awatar użytkownika

Rejestracja:
śr, 10 listopada 2004 14:59:39
Posty: 25034
Peregrin Took pisze:
"Da Capo" i "Forever Changes"


Znam nawet obie pozycje :) . Tylko to taki dość specyficzny zespół, z jednej strony się mi podoba, ale ma też promil czegoś, co leciutko drażni.

"Forever Changes" super, tylko finał płyty mniej mi leży. "Da Capo" jakoś w ogóle słabo mi podeszło, ale spróbuję jeszcze raz podejść. Za to podoba mi się też następna płyta po "Forever Changes" - "Love For Sail". No i fajny jest ten numer, co zrobili z Hendrixem: http://www.youtube.com/watch?v=zpmUGVTrHeQ :) .


elrond pisze:
na allegro za 16zł


spoko cena! :D


Na górę
 Wyświetl profil
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Nowy temat Odpowiedz w temacie  [ Posty: 142 ]  Przejdź na stronę Poprzednia  1 ... 6, 7, 8, 9, 10  Następna

Strefa czasowa UTC+1godz.



Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 0 gości


Nie możesz tworzyć nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Przejdź do:  
Technologię dostarcza phpBB® Forum Software © phpBB Group